W przeciwieństwie do Karola z Dinali rozkminiam se opcję, że wciąż jestem hip-hopowcem.

Spotkanie z drugim człowiekiem to zawsze sytuacja, która prowadzi do „czegoś”: nie oszukujmy się – nie zawsze dobrego, ale jednak „czegoś”, a to zawsze więcej niż „nic”. Jest wypadkową myśli, opinii, pomysłów; i najważniejsze – tworzy relacje, które w świecie, gdzie coraz mniej ludzi chce stawać twarzą w twarz z innymi, stały się towarem deficytowym. Takim spotkaniem, niosącym ze sobą właśnie wartości dialogu z drugą osobą, jest hip-hopowy jam, który – nawet z historycznego punktu widzenia – nigdy nie miał miana zwykłego wydarzenia. Jamy – od tych pierwszych, organizowanych gdzieś w nowojorskich dzielnicach, aż po współczesne, odbywające się na terenie całego świata – to spotkania z drugim człowiekiem, przepełnione prawdziwymi i bezpośrednimi emocjami. A czym, że pozwolę sobie na pytanie retoryczne, jak nie bezpośrednimi emocjami, jest prawdziwy rap?

Hip-hop, jako kultura, od początku rozwijał się właśnie w takich emocjonalnych i jednocześnie towarzyskich warunkach. To kultura będąca wypadkową konfrontacji z drugim człowiekiem oraz faktu, że ludzie zbierali się w jednym miejscu, żeby rapować, tańczyć, malować graffiti, jeździć na deskorolce, dzielić się pasjami i wyrażać samych siebie. Siłą jamu jest to, że tutaj nikt nie musi być tylko widzem. Wynalazki, takie jak chociażby „open mic” lub kawałek miejsca na murze, na którym powstaje właśnie graffiti, dają każdemu możliwość artystycznej wypowiedzi. Przełamując barierę strachu, można wyjść przed ludzi i wnieść coś od siebie: rapowe słowo, taneczny ruch lub kolor naniesioną sprayem.

Hip-hop Plener Jam, jaki w sobotę 18 lipca zorganizowany został przez lokalnych aktywistów przy Domu Kultury Westerplatte, był dowodem na powyższe słowa. Owszem, wydarzenie ograniczyło się do samej muzyki, ale weźmy pod uwagę, że była to pierwsza (bo mam nadzieję, że będą kolejne!) edycja imprezy, więc dajmy czas na poszerzenie repertuaru o kolejne elementy. Nie obyło się bez wpadek – tych scenicznych i pozascenicznych – ale nie to jest dzisiaj najważniejsze. To, że ktoś wypadł z bitu, zagrał coś nie w tempo, a publiczność raz czy dwa razy poczuła zbyt piknikową atmosferę, nie skreśliło tego wydarzenia. Tak, z głośników kolejny raz można było usłyszeć o tej mitycznej prawdzie na bitach lub przeoranych już na dziesiątą stronę wątkach typu uliczne zasady, ciężkie życie na osiedlu lub imprezowym vibe. Słyszeliśmy to już wiele razy zarówno z ust tych raperów, którzy mogą pochwalić się milionowymi wyświetleniami klipów, jak i tych, dla których magiczną granicę na liczniku stanowi 301. Czy stanowiło to aż tak duży problem, jeśli treści te wypływały prosto z serca, a nie były wynikiem przebiegłej kalkulacji?

Nie będę tu relacjonował imprezy ani próbował oceniać poszczególnych wykonawców – choćby dlatego, że nie byłem na wszystkich występach. Zresztą nie w tym rzecz. Na jednej scenie spotkali się artyści z różnych polskich miast (pełny line-up dołączam w formie grafiki na końcu tekstu), o różnym stażu, warsztacie i pomyśle na rap: od ulicznego sznytu, przez bardziej nowoczesne poszukiwania, aż po formy z wykorzystaniem żywych instrumentów. Jedni brzmieli dojrzale i pewnie, inni dopiero szukali własnego języka, ale publiczność pozytywnie przyjęła tę różnorodność – i być może właśnie tutaj najlepiej było widać siłę jamu. Rap nie jest przecież muzyką jednolitą, zamkniętą w jednym rytmie, temacie czy sposobie nawijania, a kultura hip-hopowa nie rozwijała się nigdy dzięki pilnowaniu raz ustalonych granic, ale żywiła się nowościami, konfrontacjami i dialogiem – także pomiędzy artystami reprezentującymi różne pokolenia, style, miasta i poziomy doświadczenia. To, że tego dnia wszyscy mogli się spotkać, posłuchać siebie nawzajem i dać sobie przestrzeń, zasługuje na pozytywną ocenę znacznie bardziej niż pojedyncze niedociągnięcia.

Właśnie dlatego jamy, takie jak ten zorganizowany w Tarnowie przez Ciabareza i jego ekipę, są tak ważne. Prowadzą bowiem do budowania wspólnoty, łączenia różnych pokoleń, przekazywania zajawki na rap młodszym lub pokazywania starszym, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. W czasach, w których coraz częściej ukrywamy się za ekranem komputera lub smartfona, hip-hopowy jam przypomina o czymś na wskroś prostym: że najlepiej żyje się nam wtedy, gdy ludzie naprawdę są razem. Ci, którzy w sobotę pojawili się na tarnowskim wydarzeniu – nie istotne czy na scenie, czy pod nią – faktycznie przez chwilę byli wspólnotą, ponieważ mają hip-hop w sercach. (MAK)

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Autor

ostatnio popularne