Twierdzę, że muzyka The Black Keys nie wymaga kontekstu, nie jest zależna od określonego sprzętu czy sezonowej mody, próbując jednocześnie udowodnić, że Dan Auerbach i Patrick Carney tworzą aktualnie najlepszą muzyczną formację na świecie. Nie trzeba się z tym twierdzeniem zgadzać, a wręcz należy mieć własne zdane i swój pogląd na sprawę.

^ The Black Keys (foto: Larry Niehues, materiały prasowe)

W pierwszej chwili tytuł tego tekstu może brzmieć jak tania prowokacja – szczególnie w dzisiejszym świecie, gdzie, nie tylko w muzyce, ale ogólnie w szeroko pojętej sztuce, nader często liczy się viralowy potencjał utworu na TikToku lub zasięgi w social mediach, które z muzyką mają, niestety, coraz mniej wspólnego. Jeśli jednak – zgodnie z tym, co mądrze zarapował kiedyś Łona – spojrzeć na całą sytuację i pojęcie „bycia najlepszym” nieco szerzej, widząc za tym nie tylko chwilową popularność, ale całość artystycznej drogi (tj. konsekwencję, uniwersalny przekaz, odporność na trendy), to The Black Keys naprawdę wyrastają na jednych z najmocniejszych kandydatów do tego miana. Są bowiem zespołem, który przeszedł długą i krętą drogę od domowego garażu do światowych tras i stadionów, ale nigdy nie porzucił przy tym swoich korzeni. Powtórzę teraz coś, co kiedyś przeczytałem, ale nie potrafię teraz (przepraszam) przypomnieć sobie gdzie konkretnie: mianowicie, że grupa The Black Keys, chociaż zaliczyła biznesowe kryzysy, nie zagubiła się w ewolucji. I ja się z tym zgadzam, ponieważ to właśnie ta kombinacja prostoty z ambicją i komercji z rzemiosłem sprawiła, że Dan Auerbach i Patrick Carney – jako The Black Keys – to wyjątkowy przykład artysty najlepszego na współczesne czasy.

Zacznę może od truizmu, ale niekiedy trzeba wyjść od kwestii tak prostej, jak niemalże budowa cepa. Każda epoka muzyki popularnej miała swoje centralne postaci – solistów, solistki, grupy, którzy nie tylko w danym okresie byli na szczycie list przebojów, ale swoją działalnością zmieniali dodatkowo reguły gry i sposób, w jaki odbieraliśmy muzykę. Dla przykładu w latach pięćdziesiątych XX wieku Elvis Presley zdefiniował pojęcie masowego idola, dekadę później The Beatles dosłownie dokonali muzycznej rewolucji, zmieniając standardy tworzenia piosenek, grania, a nawet bycia młodym odbiorcą ich muzyki. Kiedy w latach osiemdziesiątych triumfy święcił Michael Jackson, okazało się, że muzyka pop może stać się także muzycznym spektaklem, który w latach dziewięćdziesiątych (przynajmniej na ich początku) zszedł na drugi plan na rzecz bardziej melancholijnych i rockowych dźwięków spodka znaku Nirvany i ponadczasowego „Nevermind”, wyznaczając tym samym drogę całej generacji wychowanej na grunge’u.

Dobrze, ale gdzie tutaj miejsce dla The Black Keys? Grupa wpisuje się, moim zdaniem, w podobną opowieść. Owszem, w ich muzycznym CV nie uświadczymy rewolucji tanecznej czy pokoleniowej ani zmiany generacyjnej. Auerbach i Carney wybrali nieco inną drogę: wrócili do źródeł analogowej energii, gitarowego brudu, bluesowego dźwięku rodem z garażu. Dziś, kiedy kolejne piosenki powstają pod algorytmy, oni pokazują, że nowym trendem może być właśnie powrót do niedoskonałości i kontaktu z tradycją. Widać to po sukcesach płyt, takich jak „Brothers” i „El Camino”. To dzięki nim archaiczny – wydawałoby się – język bluesa ponownie stał się sexy.

Gdybym miał teraz w krótki sposób zachęcić kogoś, kto prawdopodobnie nigdy nie słyszał The Black Keys, wskazałbym na niezwykłą uniwersalność ich muzyki. Panowie zaczynali jako surowy duet: bez produkcyjnych fajerwerków, z bluesem i garażowym rockiem jako wyznacznikiem, nagrywając czasem swoje piosenki wręcz „po domowemu”. Nigdy nie popadli przy tym w pułapkę muzealnego, patetycznego do kwadratu odtwarzania starych dźwięków. Przeciwnie! Pokazywali (i wciąż pokazują), że blues to język żywy, przy swej korzenności bardzo plastyczny, elastyczny i komunikatywny. W recenzji wydanego w 2024 roku album „Ohio Players”, jaka ukazała się na łamach opiniotwórczego serwisu Pitchfork, zauważono, że materiał łączy w sobie riffy, energiczny funk, soulowe, a nawet hip-hopowe elementy, by na końcu i tak wszystko zagrać pod bluesowym sztandarem. Stephen Thomas Erlewine napisał, że to album spójny jak dobra szafa grająca – i faktycznie, The Black Keys potrafią cudze inspiracje przetworzyć na własny język. I co ważne – nie są przy tym „najlepsi” dlatego, że pasują do jednej szufladki, ale dlatego, że potrafią różne gatunki filtrować przez samych siebie, zachowując jednocześnie własną tożsamość.

To wszystko nie jest efektem wyrachowanej kalkulacji (a przynajmniej chcę w to wierzyć…), tylko wypadkową konstrukcji tej muzyki. Riffy Auerbacha i groove Carneya są – żebym dobrze został zrozumiany – podstawowe, czasem wręcz archetypowe. W ich najlepszych piosenkach słychać coś starszego niż sam rock – puls pracy, emocje, pragnienia i upór, ale też czystą radość z samego grania – taką, która towarzyszy wszystkim garażowym zespołom, które marzą o wielkiej karierze, w głębi serca wiedząc, że tak naprawdę nigdy jej nie zrobią. Liczy się jednak sam akt tworzenia, nawiązywane relacje i pojawiające się przy okazji chwile radości. To właśnie dlatego The Black Keys mogą zapełniać i kluby, i stadiony, a ich muzyka działa zarówno jako niezobowiązujący soundtrack do podróży samochodem, jak i jest źródłem zachwytów wymagających słuchaczy. Album „Brothers” (2010) udowodnił, że można być brudnym, zmysłowym i przebojowym, „El Camino” (2011), że z garażu udaje się wejść na poziom światowego rock’n’rolla, „Turn Blue” (2014) sięgnął po psychodelię i melancholię, a „Delta Kream” (2021) i najnowsze „Peaches!” (2026) wyraźnie przypomniały, że w tym całym zamieszaniu cały czas chodzi tylko o bluesa. Bo The Black Keys nie jest katalogiem wypadkowej różnych stylizacji – to świadomy rozwój muzycznego języka, zrozumiałego dla ludzi z różnych pokoleń.

Jest jeszcze jedna sprawa, o której trzeba wspomnieć – muzyka The Black Keys nie wymaga kontekstu, nie jest zależna od określonego sprzętu czy sezonowej mody. Bez obaw można dzisiaj puścić ją z winyla (i nie musisz mieć przy tym sprzętu wyposażonego w złote kable!), odtworzyć z płyty CD w samochodowym odtwarzaczu z wymagającym korekty basem, na stadionie i na nocnej próbie w garażu. W żadnej z tych sytuacji nie traci ona na charakterze, ponieważ zawsze opiera się na jakości kompozycji, pasji tworzenia i na tej niby-prostej charyzmie, za którą dzisiejszy pop trochę tęskni. Mam też nieodparte wrażenie, że The Black Keys jeszcze nie zaczęli odcinać kuponów. Wielu twórców po światowym sukcesie powtarza wyłącznie to, co się sprawdza, będąc tym samym na kolejnych płytach tylko kopią samych siebie. Auerbach i Carney zamiast tego wybrali inną ścieżkę, majstrując przy tym proporcjami – raz dodając do swojej muzyki więcej groove’u, innym razem stawiając na bardziej popowe brzmienia, by na następnej płycie zaserwować słuchaczom potężną dawkę psychodelii. Efekt bywa oczywiście dwojaki, bowiem z jednej strony tracą często odbiorców skupiających się na tradycyjnych dźwiękach, z drugiej jednak zdobywają nowych fanów, co także bywa odświeżającym przeżyciem. Za tym kryje się chyba cała filozofia The Black Keys: ważniejsze od produkcyjnego dopieszczenia materiału jest uczucie konieczności i autentyczności. Jeśli coś staje się sztuczne, przestaje być muzyką, pod którą mogliby się podpisać.

^ The Black Keys (foto: Larry Niehues, facebook.com/TheBlackKeys)

Można odnieść wrażenie, że podobne podejście mieli, kiedy zaprosili do współpracy Ricka Nowelsa, Daniela Tashiana czy Scotta Storcha. Nie chodziło wtedy o listę nazwisk istotnych w branży, które pozwolą im być bardziej rozpoznawalnym tworem, tylko o spotkanie z innym podejściem do pisania piosenek. Auerbach mówił, że z Nowelsem „od razu zaskoczyło”, dzięki czemu Carney chciał pójść „prosto do [bluesowego] źródła”, czyli do ludzi, którzy naprawdę potrafią tworzyć muzyczne historie. To pokazuje, że gdy The Black Keys wracając na swoich płytach do bluesa, nie zamykają się w skansenie. Jest wręcz przeciwnie – ich wierność korzeniom żyje przez otwartość na innych.

Tegoroczny materiał „Peaches!” to jeszcze wyraźniejszy przykład. Zespół początkowo nawet nie planował albumu – panowie chcieli po prostu wspólnie pograć: surowo, na żywo, z emocjami, frontem do publiczności. Auerbach przyznał: – Nie robiliśmy płyty, po prostu jammowaliśmy. Carney dodawał, że wszystko powstawało na żywo w jednym pomieszczeniu. Dzięki takiemu sposobowi pracy na piosenkami chciano spowodować, że w nagraniach miał zostać uchwycony ten mityczny brud i wręcz prymitywny dźwięk. – Shitty is pretty! – puentował wszystko Auerbach. I w tych słowach nie ma pozy. Ta zastąpiona jest przez uczciwość: zamiast na każdym kroku polerować swój twórczy pomnik, panowie pozwalają mu się ubrudzić i trochę porysować, przy czym żadne zadrapanie nie uchybia temu wizerunkowi.

Jasne, The Black Keys nie są literackimi gigantami, jak Bob Dylan (noblista!) czy Nick Cave. Ich siła tkwi w oszczędności: teksty są proste, celują w podstawowe emocje – pragnienia, lęki, utratę, zmęczenie, potrzebę bliskości, ucieczkę, autodestrukcję i odrodzenie. Często ta prostota bywa mylona z banałem, ale tak naprawdę to zabieg, który pozwala każdemu wejść w piosenkę z własnym doświadczeniem. Dzięki temu kawałki, takie jak „She Does It Right”, „Gold On The Ceiling” czy „Next Girl” nie zestarzeją się tak, jak teksty zależne od aktualnego, publicystycznego kontekstu lub chwilowego trendu.

Zresztą ostatnie płyty w dyskografii pokazują jeszcze jedną rzecz. Po trudnym 2024 roku – kiedy grupa odwołała trasę, relacje z częścią bliskiego otoczenia uległy mocnemu nadszarpnięciu lub zostały całkowicie zerwane, co w wielu aspektach zakończyło się sporym rozczarowaniem (także tym osobistym dla samych muzyków) – The Black Keys nagrali „No Rain, No Flowers” (2025). Album okazał się połączeniem surowego bluesa i psychodelii, przy czym wyłaniający się z tego powrót do korzeni zaprezentowany został słuchaczom w bardziej melodyjnej i współczesnej formie. Chyba każdy zna taki stan, kiedy po burzy próbuje ułożyć na nowo swoje życie, odnaleźć jego sens, poszukać siebie po utracie (kogoś lub czegoś) czy zawodzie. The Black Keys, jak nikt inny (może z wiecznie pochmurnym Nickiem Cave’em), potrafią przekuć te wspomniane uczucia w piosenki, które nie są ani banałem, ani moralizatorskim męczeniem boomerów.

Pomimo niepodważalnego gwiazdorskiego statusu (kilka milionów sprzedanych płyt i sporo nagród mówią same za siebie), Auerbach i Carney nie stawiają się w roli niedostępnych bożyszczów tłumów. Całe życie stoją po stronie zwykłych ludzi, podkreślając zawsze swoje pochodzenie z Akron oraz fakt, że nic nie zostało im podane na złotej tacy, a tam, gdzie aktualnie są, dotarli tylko dzięki pracy i wytrwałości. Ich historia to nie bajka o błyskawicznym sukcesie. To raczej serial będący metaforą długiej drogi: od wspomnianego już dzisiaj garażu przez zacisza studia, aż po nagrody i międzynarodowe trasy. Tym też różnią się od gwiazd „wyprodukowanych” przez przemysł muzyczny. OK, sami są marką samą w sobie i to taką, którą z łatwością można spieniężyć w formie umowy reklamowej produktów wszelakich. W pierwszej kolejności są jednak zespołem – takim z krwi i kości, miewającym wzloty i upadki, średnie i świetne płyty, popełniającym ludzkie błędy. Mimo to (a może właśnie dlatego!) są dzisiaj jeszcze bardziej wiarygodni, ponieważ nie przypominają produktu wygenerowanego przez AI. Są ludźmi, którzy – jak zwykło się mawiać – przeszli swoje, potykali się, ale przetrwali i zbudowali na tym własny styl nie tylko na płaszczyźnie muzycznej, ale ludzkiej.

Nie ma się co oszukiwać – z łatwością znaleźć można artystów bardziej rewolucyjnych, zaangażowanych politycznie (ciągle Bruce Springsteen?), osiągających bardziej spektakularnie sukcesy na listach przebojów czy lepszych w kategorii zasięgów i „kliknięć”. Ale określenie „najlepszy” nie musi oznaczać „najgłośniejszy”, „najlepiej sprzedający się”, „ten z największą liczbą obserwujących w social mediach” lub „ten znany z reklamy produktu iks”. The Black Keys są najlepsi (i to naprawdę nie jest żart), ponieważ łączą rzemiosło, instynkt, tradycję i charakter, pozostając przy tym prawdziwi od pierwszego do ostatniego dźwięku. Nie próbują wygrać z teraźniejszością, bezwiednie się jej poddając. Są dowodem, że proste środki wyrazu – głos, gitara, perkusja, rytm, niedopracowanie i brud – wciąż wystarczą, jeśli widać za nimi prawdziwą osobowość, dlatego można ich porównywać do największych z poprzednich epok nie przez pryzmat liczb, ale przez ich rolę w kulturze. The Beatles byli swego rodzaju laboratorium dla piosenki, Michael Jackson czy Madonna – wirtuozami widowiska, Nirvana – dowodem na to, że niedoskonałość przesiąknięta melancholią i generacyjnym gniewem potrafią zmieniać całą muzyczną scenę. The Black Keys są dziś dokładnie taką siłą, tylko po swojemu i bez fałszywego patosu.

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Autor

ostatnio popularne