Zachęcając do sprawdzenia podsumowania minionego roku, jakie napisałem dla portalu Śląska Opinia, zdecydowałem się na tezę, że „I Am” to najlepsza płyta ostatnich dwunastu miesięcy. Pomyślałem, że warto wątek ten rozwinąć.

^ foto: bandcamp.com

Wyczekiwany (bo wyczekiwany, prawda?) fonograficzny powrót Alice Russell w minionym roku stał się faktem. „I Am”, jako materiał sygnowany nazwiskiem postaci, która przez słuchaczy kojarzona jest przede wszystkim z utworami przesiąkniętymi emocjami, jest zbiorem piosenek niezwykle intymnych, prezentujących osobiste refleksje artystki nad stratą i odbudową po niej.

Charakterystyczny, delikatny głos brytyjskiej wokalistki stanowi na płycie przewodni instrument. Dziewięć premierowych piosenek to popis Alice Russell, która wykorzystuje tutaj wszystkie walory i atrybuty swojej barwy, które podkreślają i uwypuklają zawarte w tekstach przeżycia. Ale to przecież żadna nowość. Wspólnym mianownikiem wszystkich nowych utworów, swoistym spoiwem całej płyty, jest motyw żałoby, radzenia sobie z nią, przeżywania jej, ale i wychodzenia z ciemności, dostrzegania promieni słońca i tak zwanego lepszego jutra.

W jednym z wywiadów, jaki ukazał się przy okazji zapowiadania „I Am”, Russell opowiedziała o historii leżącej u fundamentu realizacji tego materiału. Wokalistka krótko po premierze płyty „To Dust” (2013 rok) straciła ojca, z którym była mocno związana. Świat nie lubi jednak pustki, więc śmierć została zastąpiona życiem. Dzień po pogrzebie swojego rodzica wokalistka dowiedziała się, że sama zostanie matką. Bez możliwości przeżycia w pełni żałoby i przy jednoczesnym braku możliwości odczuwania pełnej radości z dziecka – tak Brytyjce miały minąć najbliższe miesiące, a może nawet i lata. Znalezienie się w sytuacji zawieszenia – trochę niczym bohater tragiczny znany z antycznych dramatów – sprawiło, że artystce towarzyszył wachlarz emocji. Emocji, których trudno nie dostrzec, usłyszeć na tej płycie.

Utwór tytułowy, który co prawda nie rozpoczyna albumu, ale pewnie za jakiś czas będzie przede wszystkim kojarzony z materiałem wydanym w 2024 roku, to swoisty manifest, osobista deklaracja wokalistki zaczynającej akceptować siebie i sytuację, w jakiej się znalazła. W innych utworach – „Rain”, „Things” – Russell eksploruje nie tylko smutek i ból, ale podkreśla również siłę transformacji, jaką przyniosła jej sytuacja, w której natychmiast musiała otrząsnąć się po stracie bliskiej osoby. W drugim z wspomnianych numerów śpiewa pod koniec „and we′ll start again”, co jednoznacznie pokazuje kierunek, w którym zamierza podążać. Jej teksty są zarówno osobistym pamiętnikiem z posępnego okresu, jak i uniwersalnym przesłaniem, że nawet największe cierpienie może przeistoczyć się w dar, a złe dni będą kiedyś procentować zaczerpniętą mądrością i siłą do pokonywania kolejnych życiowych przeszkód. Nie dziwi więc, że płytę kończy numer o wymownym tytule „Light”.

Album został stworzony we współpracy z Alexem Cowanem (kojarzonym pod scenicznym pseudonimem TM Juke) – songwriterem, aranżerem i wieloletnim muzycznym partnerem artystki. Współprac ta przełożyła się na brzmienie „I Am”, które określić można jako mieszankę soulu (jako gatunku dominującego), jazzu oraz elektroniki w jej współczesnym, bardziej wyszukanym wydaniu. Dzięki temu sam materiał mocno wykracza poza sztywne ramy któregokolwiek stylu, dając Russell możliwość zaprezentowania osobistej historii, otworzenia się przed słuchaczami i pokazania ponadczasowych prawd o ludzkim doświadczeniu.

„I Am” to nie tylko powrót Alice Russell po ponad dekadzie. To powrót w wielkim stylu, rozliczenie się z gorszymi chwilami, finał osobistej terapii, który moim zdaniem z miejsca zasługuje na miano najlepszego albumu 2024 roku.

Alice Russell „I Am”
(Tru Thoughts, 2024)

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Autor

ostatnio popularne