Za nami siedemnasty Był Sobie Blues

Kilka zdań o tegorocznej edycji festiwalu Był Sobie Blues. Tekst pierwotnie został opublikowany w postaci osobnych postów na moim profilu na Facebooku (oczywiście zachęcam do polubienia i obserwowania).

4 sierpnia, Mrozu

Jeśli miałbym wskazać jednego polskiego wykonawcę muzycznego, który na przestrzeni ostatnich lat przeszedł największą pozytywną przemianę, bez wątpienia wymieniłbym Mroza. To niesamowite, jaką drogę przebył ten niezwykle uzdolniony artysta: od produkcji utworów przedstawicieli krajowej sceny hip-hopowej i gościnnych występów chociażby u boku Tedego, przez mocne komercyjne wejście w postaci utworu „Miliony monet” (który, moim zdaniem, będzie za dwadzieścia lat czymś, czym dzisiaj dla słuchaczy jest „Samertajm” Norbiego), aż po soulowego i rock and rollowego wokalistę z krwi i kości (przykład trzech ostatnich płyt: „Zew”, 2017; „Aura”, 2019; „Złote bloki”, 2022). Świetne jest również to, że wspomniane zmiany wcale nie wpłynęły negatywnie na poziom prezentowany przez Mroza. Jego ostatnie poczynania są przecież wypełnione rozrywkowymi treściami, przy czym próżno szukać w nich chały, z jaką mamy do czynienia w przypadku wielu innych zespołów i artystów solowych, których nagrania emitowane są w rozgłośniach radiowych. Ale źródło jego sukcesu tkwi też gdzie indziej. Jest nim łączenie pokoleń i nawoływanie do dobrej zabawy.

Rock and roll, soulowe ballady, opowieści zakorzenione w bluesowej tradycji to przecież elementy, które doskonale przemawiają do pokolenia nieco starszego, wychowanego na Hendrixie, Claptonie, B.B. Kingu i Stonesach. Jednocześnie w tych samych utworach pojawiają się sprytne odwołania do rapu – gatunku, który bezsprzecznie jest dzisiaj najpopularniejszą muzyczną formą wyrazu artystycznego w skali globalnej. Mrozu przemycając w tekstach follow upy w stylu „Drina goni kolejny drin / Wiesz dokładnie, o co chodzi nam / Bo ja też nocami odbijam się od ścian”, puszcza oko nie tylko do V.E.T.O., Tedego lub Pezeta, ale także tych słuchaczy, którzy będąc w wieku nastoletnim, przegrywali kasety pożyczane od znajomych i do znużenia słuchali numerów uchodzących teraz za klasyki polskiego hip-hopu. Te buntowniczo nastawione do świata dzieciaki są dzisiaj trzydziesto-czterdziestoletnimi osobami i z łatwością wychwytują takie smaczki. Jeśli dodamy do tego taneczność prezentowanych piosenek, nikogo nie zdziwi fakt, że w Amfiteatrze Letnim w Tarnowie doskonale bawili się wszyscy. Niektórzy nawet do zdarcia gardła (tak, wskazuję teraz na siebie).

12 sierpnia, Ania Rusowicz

Pogoda, niskie ciśnienie, brak parcia ze strony artystki, repertuar pasujący bardziej do przestrzeni klubowej – nie wiem dokładnie dlaczego, ale z jakiegoś powodu publiczność obecna w piątek na koncercie Ani Rusowicz nie była tak skora do zabawy jak tydzień wcześniej. Nie chodzi o to, że przez to występ był gorszy, ale energetyczny kontrast między oboma wydarzeniami był nader zauważalny. Kiedy odstawimy jednak na bok dywagacje na temat zaangażowania widowni i skupimy się wyłącznie na jakości muzycznej, wizytę Rusowicz w Tarnowie zaliczyć trzeba do udanych. Moc rock and rollowych brzmień, soulowe frazy, bluesowe snucie opowieści – taka mieszanka nie mogła przejść bez echa.

Powiedzmy sobie jedno: nie było żadnych niespodzianek, a ci, którzy zjawili się w Amfiteatrze, dostali to, czego oczekiwali. Setlista wypełniona była raczej nowszymi utworami, co nie znaczy, że fani wcześniejszych dokonań wokalistki mogli czuć się zawiedzeni. Przede wszystkim nie pozwolił na to poziom występu. Muzycznie dostaliśmy gig, na który warto było się pofatygować. Dopieszczony, z detalami, ale bez zbędnych wypełniaczy. Sto procent jakości. Ponadto w repertuarze znalazły się także pojedyncze numery z wcześniejszego etapu kariery wokalistki, jak chociażby „Ślepa miłość”. Spajający wszystko i nadający ton całemu koncertowi retro klimat – z ciepłym brzmieniem klawiszy i obecną, ale nienachalną sekcją dętą – sprawdziłby się moim zdaniem nieco lepiej w sytuacji koncertu klubowego. Bigbit zabrzmiał jednak w plenerze, ale „zostawmy to, co było, przeżyjmy to, co jest” i już dzisiaj wypatrujmy kolejnego koncertu w ramach tegorocznego festiwalu.

19 sierpnia, Super Trio

To nie było żadne brzdąkanie na gitarze rodem z delty rzeki Missisipi, ale prawdziwa furia ostrego grania. Co istotne – w bluesie tylko zakorzenionego, w rzeczywistości proponującego publice sporo rocka i metalu. Nie ma się jednak czemu dziwić, skoro muzycy, jacy w piątek pojawili się na scenie tarnowskiego Amfiteatru, mają w swoich CV grę w takich zespołach, jak heavymetalowa kapela Turbo, hardrockowy Non Iron czy progrockowy zespół Morrison Tres. Projekt Super Trio, który trzyosobowym składem jest tylko z nazwy (w ramach festiwalu Był Sobie Blues lista obecności rozrosła się do sześciu nazwisk), spaja i przetwarza te wszystkie klimaty, by finalnie zaproponować słuchaczom coś ponadgatunkowego: mieszankę iście wybuchową, wiązkę energii, której partie raz po raz wysyłane były w stronę grupy fanów, która zdecydowała się opuścić przestrzeń sektorów z siedzeniami.

To był dobrze przygotowany spektakl, w którym historia rozwijała się z każdą kolejną sceną. Były momenty mocne (podkręcane dodatkowo przez perkusistę Mariusza Bobkowskiego), zwroty akcji i fragmenty dające wytchnienie (prezentacja piosenek Witka Łukaszewskiego utrzymanych w stylistyce flamenco i poezji śpiewanej), a wszystko po to, aby utworem „W sumie nie jest źle” poderwać do wspólnej zabawy gros osób. Gitarowe ściany dźwięków, które wspólnie tworzyli Jerzy Styczyński, Wojciech Hoffmann i Marek Raduli, jazz-rockowe solowe partie tego ostatniego oraz czerpiące z maniery Morrisona wokalne partie Piotra Szymczaka, co chwilę nagradzane były brawami.

Pytanie tylko, co na to wszystko recenzentka pewnego tarnowskiego portalu kulturalnego, która kilka dni temu w swoim tekście grzmiała, że „tego lata w Tarnowie prawdziwy blues pojawi się tylko raz”, a koncert projektu Super Trio będzie jednocześnie zwieńczeniem „imprezy pod zupełnie już nieadekwatną nazwą Był Sobie Blues”? Nie wiem jak was, ale jeśli muzyka – bez względu na gatunek – będzie na wysokim poziomie, niewiele mnie to zdanie interesuje.

Każdy z powyższych fragmentów ukazał się pierwotnie na Facebooku: tutaj, tutaj i tutaj.

*** *** ***

Bądź na bieżąco. Polub profil autora na Facebooku oraz obserwuj go na Instagramie i Twitterze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.