Krótka piłka #408: „Łódź kosmiczna”, „Every Third Thought”, „Wariatka tańczy”

Dwie płyty i jedna książka.

Jaząbu „Łódź kosmiczna”
(2017; Audio Cave)
Płyta trochę przeze mnie przegapiona. Materiał wydany w 2017 roku jako wspólne dzieło czterech osobowości krajowej sceny: Wojciecha Jachny (trąbka), Tomasza Glazika (saksofon tenorowy), Marka Kądzieli (gitara) i Jacka Buhla (perkusja). Każdy wywodzący się z innej bajki (Glazik grał przecież z Kultem, Kądziela to z kolei czołówka jazzowej alternatywy), każdy mogący skupić resztę wokół siebie, tworząc zespół, którego byłby liderem. Właśnie dzięki tej niezależności wszystkich wymienionych, ale jednocześnie dbałości o spójność materiału, „Łódź kosmiczna” jest zbiorem dziesięciu dopracowanych, futurystycznych nagrań pełnych swobodnego, ale też dość oszczędnego brzmienia. Zauważalna jest przede wszystkim psychodelia, która od pewnego momentu zdaje się dominować nad innymi muzycznymi wzorcami – improwizacją i free jazzem. Utwory są mroczniejsze, cięższe, głębsze, hipnotyzują i wciągają. Jeśli jeszcze nie znacie, nadróbcie zaległości (jak ja).

David Duchovny „Every Third Thought”
(2018; Westbound Kyd)
Niektórzy ludzie, pomimo osiągnięcia sukcesu w jednej dziedzinie, ciągle chcą więcej i więcej. Nie wystarcza im, że są dobrzy w jeden rzeczy, że coś wyróżnia ich spośród reszty mieszkańców miasta, kraju, kontynentu, a nawet świata. Niezaspokojeni prą do przodu i próbują być numerem jeden we wszystkim. A tak, niestety, się nie da. Przykładem David Duchovny – świetny aktor, który potrafił zrzucić brzemię Foxa Muldera, bohatera serialu „Z Archiwum X”, i wcielić się w rolę Hanka Moody’ego, a tym samym stać się idolem dla kolejnego pokolenia widzów. Amerykanin zapragnął być jednak jeszcze pisarzem (książek nie czytałem, więc oceny się nie podejmuję) i muzykiem. W tej drugiej kwestii mu nie wyszło, zdecydowanie! Album, „Every Third Thought” jest jeszcze gorszy niż debiut sprzed kilku lat. Ni to rock, ni harcerskie piosenki (wróć: w USA są skauci) oparte na kilku prostych akordach. Bohater jest w drodze, na rozdrożu, stoi przed wyborem. Gdzieś w tle migają kolejne przydrożne bary, stacje benzynowe, puste międzystanowe drogi. Przestrzeń, dużo myśli w głowie, alkohol, przygody z kobietami. Takie typowe amerykańskie granie o wszystkim i niczym konkretnym, któremu przyświeca ucieczka z punktu A i próba odnalezienia swoich korzeni. Ameryko, masz innych bardów. Ten jest tylko fałszywym prorokiem, któremu nie warto dać złamanego grosza.

Maryla Rodowicz, Jarek Szubrycht „Wariatka tańczy”
(2013; G+J Książki)
Przeczytałem niedawno, że zaczęto przymierzać się do realizacji filmu dokumentalnego o Maryli Rodowicz. Jeśli jest taka potrzeba – OK, właściwie czemu nie? Jako potencjalny odbiorca stawiam dwa warunki: film ma być porządnie zrobiony (czyli jak się już za to zabrać, to z pomysłem i nie w opcji oszczędnościowej) oraz pokazywać Rodowicz taką, jaka była i jaka jest naprawdę, bez fikcji. I kiedy myślę o tym projekcie właśnie w taki sposób, od razu przypomina mi się wydana kilka lat temu książka „Wariatka tańczy” – wywiad-rzeka z piosenkarką przeprowadzony przez Jarka Szubrychta. Książka, moim zdaniem, to idealny scenariusz (lub jego spora część) dla wspomnianego dokumentu. Dlaczego? Ponieważ w „Wariatka tańczy” jest wszystko: pamięć o rodzinie z kresów, dzieciństwo, moment zawahania przy wyborze życiowej drogi (sport czy estrada?), smaczki z życia początkującej gwiazdy, jak i tej z wieloletnim stażem, spostrzeżenia na temat branży kiedyś i branży dziś, kulisy oziębłych stosunków z Krystyną Prońko i dobrych relacji z Agnieszką Osiecką, głupiej akcji Andrzeja Rosiewicza, z którym Rodowicz była na trasie koncertowej w Australii, wyjazdach do Związku Radzieckiego i niesłabnącej popularności, jaką wciąż cieszy się w Rosji, historia związków z kolejnymi partnerami, z których dzisiaj używanie miałyby portale plotkarskie. A to tylko ułamek z tego, co znajdziemy na prawie trzystu stronach. Zauważalne jest, że Szubrycht daje się Rodowicz wygadać, a ta ma o czym opowiadać i skrzętnie z tego korzysta. W ogóle uroczy jest fakt zetknięcia się przedstawicieli tak naprawdę dwóch różnych światów – wokalistki z tzw. mainstreamu z dziennikarzem, który kojarzony był (jest?) raczej jako specjalista od cięższych i/lub bardziej alternatywnych brzmień. Nagle okazuje się, że to właśnie on, spec od Slayera i facet, który ponad dekadę temu włożył kij w mrowisko, wywołując dyskusję na temat zjawiska Web 2.0, jest równorzędnym partnerem dla Rodowicz, potrafi wyciągnąć od niej to, co chce i robi to stanowczo, ale jednocześnie dbając o komfort rozmówczyni i pilnując, by magiczna granica dobrego smaku nie została przekroczona. Autorzy filmu dokumentalnego, o ile faktycznie miałby on powstać, w pierwszej kolejności powinni sięgnąć po tę lekturę i – co również nie zaszkodzi – zaprosić do współpracy Szubrychta. A samą książkę polecam, chociaż wywiady-rzeki zazwyczaj wyjątkowo mi nie leżą. (MAK)

*** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera.
Polub blog na Facebooku oraz obserwuj autora na Twitterze.

2 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.