Krótka piłka #291: „Rebel Heart”, „Here”, „Right Here, Right Now”

W 291. odsłonie cyklu Krótka piłka kilka zdań o trzech tegorocznych płytach, które nie ukazały się co prawda na przestrzeni ostatnich dwóch-trzech tygodni (czytaj: nie są fonograficznymi nowościami), ale warto o nich wspomnieć i mieć świadomość ich istnienia.

Madonna „Rebel Heart”
(2015; Interscope Records)
Kolejny raz pojawią się zarzuty, że Kołodziej zakochany jest w muzyce Madonny i daje jej wysoką ocenę za płytę. Przypomnę więc, że poprzedni krążek Królowej Popu („MDNA”, 2012) wcale nie przypadł mi do gustu i bez mrugnięcia wystawiłem mu trzy plus. To tyle słowem wstępu, teraz coś o nowym materiale. Madonna już dawno nie wyznacza trendów w muzyce. Zgadzam się. Na płytach, które ukazały się na przestrzeni ostatnich dziesięciu-dwunastu lat goni inne, młodsze od siebie koleżanki. Zgadzam się. Aby być ze swoją muzyką na czasie, dobiera odpowiednich współpracowników, którzy nierzadko wspomniane już wzorce tworzą. Zgadzam się. Można oczywiście za to wszystko ganić piosenkarkę (chociaż niby dlaczego? bo sobie radzi?), która od lat utrzymuje się na topie list przebojów, ale niech ma to wszystko „ręce i nogi”. Bo jeśli ostatnie albumy Madonny – „MDNA” i „Hard Candy” – zwyczajnie były przekombinowane, to tym razem psioczyć za wiele nie ma na co. „Rebel Heart” to oczywiście kolejny raz powtarzanie tych samym wątków – życiowych, społecznych – ale podanych w odświeżonej formie. „Inside Out” ma w sobie coś z ery kultowego „Ray Of Light”, „Davil Pray” niesie podobny format przesłania, co „Like A Prayer”, a „Holy Water” nie tylko wplecionym fragmentem, ale i samym klimatem odwołuje się do bodaj największego hitu Ciccone, jakim jest „Vogue”. Surowy w brzmieniu „S.E.X” z pewnością pasowałby do wizerunkowej przemiany, jaką wokalistka przeszła w połowie lat 90., stając się symbolem wyzwolonej i dojrzałej kobiety. W numerze tytułowym na samym początku powraca natomiast figura pouczającego ojca (odwołanie do „Papa Don’t Preach”?), a cały utwór zbudowany jest na zasadzie zaprzeczania otoczeniu i pozostaniu wiernym własnym zasadom. Dodając do tego całkiem zgrabne „Living For Love”, „Iconic” z gościnnym udziałem Chance’a The Rappera i „Veni Vidi Vici” z królem nowojorskiego ulicy Nasem (bardzo chciałbym zobaczyć do tego klip!), finalnie tegoroczna płyta 57-letniej już wokalistki jawi się jako mocny produkt. OK, „Bitch I’m Madonna”, „Body Shop” i nadmierne użycie auto-tune’a odtrącają, ale to tylko fragment większej całości. Kiedy dodamy do tego cztery numery z dysku drugiego, który współtworzą także dwa remiksy singlowego „Living For Love” (od razu uprzedzam: możecie je odpuścić), okazuje się, że jest nawet lepiej niż dobrze. Pewnie powtórzę to, co pisali przede mną inni, ale „Rebel Heart” to najlepsza płyta Madonny od lat i kto wie czy nawet nie druga najlepsza pozycja w całej dyskografii Amerykanki (tuż za „Ray Of Light”). Tylko słuchacze jakoś tego nie doceniają, a nowy tytuł w dorobku Madge notuje najgorsze wyniki sprzedaży od lat. Ironia, a może znak, że warto ze sceny zejść niepokonanym?

God’s Favourite Drud „Here”
(2015; Universal)
Od pewnego czasu w rockowym środowisku słyszalna jest modna na nawiązywanie do lat 90. Klimat alternatywnego grania z przełomu dekad, zabawy z pogranicza grunge’u i rock’n’rollowych „gierek”, akustyczne próby niczym z koncertów unplugged sygnowanych logiem popularnej niegdyś muzycznej telewizji. To wszystko – w większym lub mniejszym stopniu – usłyszeć można także na płycie „Here” polskiego zespołu God’s Favourite Drug. Na krążku, oprócz premierowych numerów, grupa prezentuje nam również kompozycje znane z przeszłości, jak chociażby „Fireflies” (kawałek z wydanej kilka lat temu epki pt. „Now”) oraz covery. Bluesowo-folkowy w oryginale utwór „Nothing’”, z repertuaru Townesa Van Zandta, na „Here” wprowadza uspokojenie. Zaprezentowane mniej więcej w połowie płyty „Ressurection Song” Marka Lanegana (ex-Screaming Trees i Queens of the Stone Age) na płaszczyźnie dźwiękowej wzbogacone zostaje klawiszami, które moim zdaniem nieco psują atmosferę. Pierwotna wersja Lenegana jest chyba zbyt charakterystyczna, aby można było ją przerabiać. Panowie z GFD bawią się również samą grą, czego dowodem pięć w pełni instrumentalnych numerów. Z tej grupy utworów podobać może się szczególnie „Travelogue for Exiles”. Wszystko dzięki brudnym dźwiękom gitary, które budują cały klimat. Ostatecznie, chociaż pojedyncze przesłuchanie czternastu przygotowanych przez zespół piosenek niesie ze sobą sporo pozytywów, powtórne obcowanie z tym krążkiem nie jest już tak zadowalające. „Here” to album z tych, które dość szybko się nudzą i w odtwarzaczu zostają zastąpione przez te z dłuższym terminem przydatności. Jeśli tak wygląda ulubiony narkotyk boga, dziękuję – nie biorę. Za słaby i za krótki odlot.

Jordin Sparks „Right Here, Right Now”
(2015; Louder Than Life/Sony Music)
Jordin Sparks, podobnie jak inni młodzi laureaci telewizyjnych talent show, kilka lat temu została wtłoczona w schemat, który nie musiał jej odpowiadać. Kontrakt był jednak kontraktem i należało go wypełnić. Stąd dopiero teraz, osiem lat po triumfie w programie „American Idol”, czarnoskóra piosenkarka zaprezentowała płytę, o której ze spokojem sumienia może powiedzieć, że jest odzwierciedleniem jej artystycznej duszy. W porównaniu do poprzednich dwóch albumów, przede wszystkim pozbyto się tego lukrowego, dziecinnego klimatu. „Right Here, Right Now” to wciąż popowy materiał nagrany z myślą o szerokim gronie odbiorców dużych stacji radiowych, jednak poziom produkcji przewyższa wcześniejsze płyty Sparks o lata świetlne. Na wyróżnienie zasługują m.in. Babyface (producent „They Don’t Give”), DJ Mustard („It Ain’t You”) i Salaam Remi, który w muzycznej kwestii gra tutaj pierwsze skrzypce. I chociaż dwudziestopięciolatka z Phoenix momentami szuka jeszcze swojej formy i własnego muzycznego ja, czasami w tych poszukiwaniach odpływając nieco w stronę Janet Jackson („100 Years”) lub Ciary („It Ain’t You”), to w ogólnym ujęciu tegoroczną płytę zapisać należy po stronie plusów. Całościowej pozytywnej ocenie bruździ jedynie „Casual Love” z gościnnym udziałem Shaggy’ego i to głównie przez przewidywalność Kanadyjczyka, który od lat 90. robi zwyczajnie wciąż to samo. Najważniejsze jednak, że stygmat telewizyjnego programu został zrzucony. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.