Relacja: 10. edycja festiwalu Był Sobie Blues (6-21.08.2015 r., Tarnów)

W miniony piątek zakończyła się dziesiąta edycja tarnowskiego festiwalu Był Sobie Blues. Jak wypadł jubileusz? O tym w poniższej relacji.

Wojtek Klich

Charakterystyczne czarne plakaty promujące Był Sobie Blues już po raz dziesiąty poinformowały mieszkańców Tarnowa o najlepszej cyklicznej imprezie w mieście. Festiwal, który z roku na rok zdobywa coraz większy prestiż nie tylko w rankingach małopolskich imprez, ale wszystkich bluesowych wydarzeń w Polsce, od 2006 roku rozwija się, ewoluuje, zmienia i dostosowuje swoją ofertę programową do wymagań publiki (wystarczy wspomnieć chociażby o wprowadzonym dwa lata temu cyklu klubowych spotkań „Sam na sam z bluesem”). Wszystko to sprawia, że sierpniowe koncerty na stałe wpisały się do kulturalnego kalendarza miasta i regularnie przyciągają – raz większą, raz nieco mniejszą – liczbę sympatyków gitarowego grania zakorzenionego w południowych regionach Stanów Zjednoczonych.

Tegoroczna odsłona festiwalu nie wyłamała się ze schematu i przyświecającej idei prezentowania zarówno bluesowo-rockowych „wyjadaczy”, jak i muzyków zaczynających dopiero swoje kariery. Nie jest tajemnicą, że niektóre wcześniejsze edycje proponowały często koncerty wykonawców, którzy „wracali” do Tarnowa. Maciej Maleńczuk, Boogie Boys czy Ścigani to tylko niektórzy z artystów, którzy mieli okazję zagrać i zaśpiewać dla mieszkańców małopolskiego miasta dwa razy. Rozwiązanie takie nie było oczywiście niczym złym (wszak koncertów dobrych zespołów nigdy za wiele!), jednak z myślą o jubileuszu organizatorzy postawili w stu procentach na premiery. Tym samym w Piwnicach Tarnowskiego Centrum Kultury i na scenie plenerowej wystąpiły projekty, jakich w Tarnowie jeszcze nie gościliśmy.

Festiwal zainaugurowany został 6 sierpnia koncertem klubowym, którego gwiazdą był Łukasz Jemioła. Młody wokalista i gitarzysta urodzony w Limanowej w swoich artystycznych dokonaniach sięgał już i po Grechutę, i po Tuwima, a także piosenkę przedwojenną. Jego występ w ramach cyklu „Sam na sam z bluesem” okazał się ponoć sporym wydarzeniem. Piszę „ponoć”, bowiem kilka osób chwaliło Jemiołę za ten koncert, a ja niestety nie byłem na nim obecny. Co więcej, według jednej opinii, opuściłem najlepszy występ w ramach Piwnicznego grania. Na szczęście na tym zakończyły się moje absencje podczas jubileuszowej edycji imprezy. Już dzień później, 7 sierpnia, zameldowałem się pod sceną na Rynku, gdzie pojawiły się zespoły Marek Piowczyk Trio i Szulerzy.

Kliknij w miniaturkę zdjęcia, aby obejrzeć je w większym rozmiarze.

Autorski projekt Marka Piowczyka zagrał tak naprawdę na rozgrzewkę. Zespoły występujące na początku zawsze mają najtrudniej i nie jest to problem (czy też przypadłość) tylko festiwalu Był Sobie Blues. Tarnowska impreza charakteryzuje się tym, że na płycie Rynku tłoczniej robi się zazwyczaj nieco później, a dźwięki grane przez pierwszy zespół są dla wielu „pierwszym dzwonkiem” informującym o tym, że warto swoje kroki kierować w kierunku sceny. Trio Piowczyka zagrało ciekawie, mniej bluesowo, skupiając się w nieco większym stopniu na technicznej zabawie gitarą i rytmem. Podobać mogła się finałowa partia grana wspólnie z Wojtkiem Klichem. Obaj gitarzyści popuścili wodzy fantazji i zatańczyli ze swoimi instrumentami, co zostało ciepło przyjęte przez obserwujących całą sytuację fanów. Gwiazdą wieczoru byli Szulerzy. Ich ponadgodzinny koncert nie dał wytchnąć tarnowskiej publice ani na moment. Prezentowane utwory z pogranicza bluesa, rock’n’rolla, swingu i soulu mocno bujały, a płynąca ze sceny energia wracała na nią ze zdwojoną siłą. Słychać było, że ludzie zgromadzeni na Rynku bawią się dość dobrze. Nie ma się jednak czemu dziwić – jak informuje nas tytuł wydanej w roku ubiegłym płyty Szulerów, życie zaczyna się w piątek. Tym bardziej przy takiej muzyce. Pierwszoplanową postacią grupy niepodważalnie jest jej wokalistka. Natalia Abłamowicz dysponuje bardzo charakterystyczną barwą głosu (zbliżoną trochę do tej, jaką pochwalić może się Duffy). Dzięki takiemu atutowi w połączeniu z seksapilem jasnowłosa piosenkarka z łatwością skupiła uwagę uczestników koncertu na sobie, zespole oraz wykonywanych utworach. Te nie zrewolucjonizują może całego rynku fonograficznego, jednak z całą pewnością nadają się i do zabawy podczas imprezy plenerowej, mniejszego klubu, a także do spokojnego domowego odbioru.

Drugi tydzień festiwalu przyniósł sinusoidę nastrojów. Czwartkowy koncert Olka Bluesa (a w zasadzie duetu Bluesferajna, bowiem muzyk wystąpił w Piwnicach TCK z kolegą z zespołu – Tomkiem Hermanem) nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia. Owszem, artyści zaprezentowali set bardzo nośnych i typowo bluesowych utworów (posiłkując się przy tym jedynie gitarami), nie była to jednak propozycja wywołująca to przysłowiowe „łał!”. Poprawny koncert, którego najmocniejszym akcentem była kompozycja napisana z myślą o zmarłym w styczniu tego roku Janie Skrzeku – bez patosu, ale z należytym „Kyksowi” szacunkiem. Sytuacja powtórzyła się dzień później, kiedy już jako Bluesferajna obaj panowie pojawili się na scenie plenerowej. Hołd dla śląskiego muzyka wykonany z wyjściem do publiczności na pewno poruszył i zapisał się w pamięci przybyłych tego dnia na Rynek osób.

Drugi piątkowy wieczór rozpoczął się jednak od występu zespołu Hard Rockets. Pszczyński band okazał się w tym roku tym, czym dwanaście miesięcy wcześniej nazwałem grupę Es Flores – małym festiwalowym odkryciem. Podobieństwo zresztą nie kończy się tylko na przypisanym tytule. Obie formacje ochoczo sięgają po mocniejsze rockowe brzmienia, co podczas Letnich Spotkań z Bluesem zdarza się coraz częściej. Hard Rockets ujęli mnie przede wszystkim wykonaniem „Proud Mary”, które prezentowałem już na blogu w ramach krótkich wideo-pocztówek z festiwalu. Wisienką na torcie był jednak koncert zespołu MA. Formacja powstała na fundamentach nieistniejącej już Big Fat Mamy kontynuuje ideę grania „protoplasty”. Dla mnie – najlepszy muzyczny akcent dziesiątej edycji festiwalu. Pod względem muzycznym MA prezentuje złagodzoną, mniej funkową, ale kładącą nacisk na psychodeliczną wizję dźwiękowego świata. Przedstawione podczas występu utwory oscylowały wokół muzyki soul, funk i psychodelicznego rocka. Zdarzył się nawet moment z rytmem reggae. Wszystko doprawione szczyptą elektroniki. Zdecydowanie najmniej bluesowy koncert spośród sierpniowych spotkań na Rynku. Jak powiedział mi w jego trakcie Wojtek Klich, z premedytacją zaprosił do Tarnowa zespół MA, aby pokazać utalentowanych ludzi z muzyczną wizją wybiegającą poza granice i schematy klasycznego bluesa, a nawet pojęcie typowego krajowego słuchacza. Nawet jeśli znalazł się ktoś, kto uznał zabieg ten za zbyt odważny, warto było zaryzykować. MA to bowiem polski zespół wykonujący anglojęzyczne piosenki, które śmiało można pokazać światu. Wierzę, że ich talent przemówi do osób, którzy poszukują interesujących dźwięków. Czekam na płytę, którą zakupię w dniu premiery (jak obiecałem grupie po koncercie, tak też zrobię).

Ostatnie dwa dni imprezy, które przypadły na 20 i 21 sierpnia, miały stać pod znakiem plenerowego koncertu „Wojtka Klicha i Gości”. Tym razem na zaproszenie pomysłodawcy i animatora festiwalu dla tarnowskich mieszkańców zagrać miał Tomek Organek. Niestety – ku zmartwieniu organizatorów i publiki – z powodu choroby muzyk zmuszony był odwołać przyjazd do Tarnowa. Na szczęście dla lokalnych fanów solowych poczynań członka zespołu SOFA, obie strony dość szybko znalazły dogodny termin zastępczy (Organek – tym razem ze swoim projektem wystąpi w Piwnicach TCK już w listopadzie). W takiej sytuacji zaszła – całkiem słuszna – obawa, że plenerowy koncert zamykający jubileuszowy Był Sobie Blues okaże się klapą. Wieczór, początkowo spisany na straty, nie był wcale tak kiepski. Owszem, zaczęło się nieciekawie od krótkiego występu zespołu Trick Beck. Grupa ta wskoczyła do koncertowej rozpiski w ostatniej chwili w skutek luki spowodowanej absencją Organka. Wbrew niektórym komentarzom, jakie znaleźć można chociażby na Facebooku, spotkania z Trick Beck nie zapamiętam jako wybitnie dobrego. Przeciętny wokal, gra pod schemat, solówki jakby na siłę. Jednak część publiczności brawo biła dość żywiołowo. Być może to znajomi panów z Trick Beck? Tego jednak nie sprawdzałem, ponieważ chwile później na scenie zameldował się duet Manfredi & Johnson, który już dzień wcześniej dał poznać się z bardzo dobrej strony podczas koncertu klubowego. – Młodzi ludzie, którzy grają bluesa, trochę autorskich rzeczy, trochę standardów. Układ muzyczny, który między nimi funkcjonuje, to, w jakiś sposób sobie akompaniują, jak harmonizują muzykę, jest dla mnie czymś bardzo ciekawy – podkreślał w zapowiedzi czwartkowego występu Wojtek Klich. Zgodnie z przewidywaniami nie mylił się ani o jotę. Mieszko „Manfredi” Służewski (harmojka) i Piotr „Johnson” Kozub (gitara, wokal) dali bardzo dobry koncert. Zarówno utwory własne (nie tylko bluesowe, ale nawiązujące także do funkowych brzmień), jak i interpretacje znanych piosenek (świetny, zupełnie niepodobny do oryginału cover „Sweet Home Chicago”) szybko przypadły do gustu publiczności – być może nieco mniej tej plenerowej, jednak tutaj pod uwagę trzeba wziąć fakt, że takie akustyczne granie na gitarę i harmonijkę o wiele lepiej sprawdza się w przestrzeni klubowej. Podobnie jak w przypadku zespołu MA, czekam na płytę, która – mam nadzieję – ukaże się jak najszybciej.

Finał X edycji festiwalu Był Sobie Blues

Dziesiąta edycja festiwalu miała swój mocny lokalny akcent. Było nim trio Jarka Tuckiego. Dla zespołu występ podczas ostatniego piątkowego koncertu był w zasadzie scenicznym debiutem. Grupa, chociaż zmontowana całkiem niedawno, nie jest składem złożonym z samych żółtodziobów. Zarówno lider oraz basista Grzegorz Nosek i perkusista Kamil Patulski mają w swoich muzycznych życiorysach zapisanych kilka projektów i zespołów. Pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie to, że grupa nie zaprezentowała coverów, ale autorskie kompozycje, co w przypadku wielu młodych kapel nie jest przecież sytuacją standardową. Czekam na dalszy rozwój sytuacji, mając przy tym nadzieję, że Jarek mądrze pokieruje zespołem, dzięki czemu w przyszłości Tarnów cieszył będzie się z kolejnego muzyka kojarzonego przez całą Polskę.

Wieczór zakończył się kolejną edycją koncertu „Wojtek Klich i Goście”. Pod nieobecność Organka byli nimi Magda Stalmach (wokalistka zespołu Przystanek Mrówkowiec) i wspomniany wcześniej Tucki. Najpierw w trio (z basistą Kubą Dworakiem i perkusistą Damianem Niwińskim) Klich wykonał kilka premierowych utworów (zupełnie świeży klimat!; słychać, że zmiana partnerów przyniosła nowe pomysły i sposób na ich muzyczną realizację; brzmienie jest mniej schematyczne i bluesowe, słychać groove i lekkość melodii; gościnnie w dwóch numerach zagrał skrzypek Bartosz Dworak), by później już z pozostałymi solistami zaprezentować piosenki Hendrixa („Angel”, „Foxy Lady”) i Dżemu („Lunatycy”, którymi z przytupem zakończono całą imprezę). Standardy, ale w myśl powiedzenia, że najlepiej bawić się przy znanych kawałach, tarnowianie aktywnie i głośno wsparli artystów na scenie.

Nie będę na siłę przekonywał, że dziesięć edycji festiwalu Był Sobie Blues to już spory rozdział historii tarnowskiej muzyki. Wiedzą o tym doskonale ci, którzy towarzyszą imprezie od samego początku. Nie mam na myśli tylko Wojtka Klicha i organizatorów z Tarnowskiego Centrum Kultury, ale także szarych słuchaczy. Dla mnie te sierpniowe koncerty to wydarzenia naprawdę wyjątkowe. Wyczekuję ich przez cały rok, ponieważ wiem, że zawsze dostarczą mi wielu pozytywnych emocji. Śmiem twierdzić, że gdyby nie one, nie przekonałbym się do bluesa i nie zaczął zgłębiać jego historii. Nie mógłbym też dzisiaj napisać, że po jazzie jest on moim ulubionym gatunkiem muzycznym. Czy jubileuszowa odsłona festiwalu była najlepsza z najlepszych? Raczej nie. Znalazłbym dwie ciekawsze (pierwszą i tą z 2012 roku), jednocześnie kilka koncertów tegorocznej edycji (a na pewno ten zespołu MA) miałoby szansę znaleźć się na liście dziesięciu najlepszych koncertów w historii tej imprezy. Napisać trzeba również o tym, że niedawne koncerty przyciągnęły na płytę Rynku zdecydowanie mniejszą publikę niż w latach poprzednich. Nie należy powodu takiej sytuacji szukać jednak w słabej ofercie programowej lub nadmiarze wydarzeń kulturalnych odbywających się w tym samym czasie w mieście. Tendencja gorszej frekwencji na koncertach w Tarnowie jest zjawiskiem obserwowanym od dłuższego czasu i dotyka nie tylko imprez biletowanych (np. koncerty klubowe), ale również tych, za które płacić nie trzeba, np. Juwenalia Tarnowskie (ubiegłoroczna edycja była wręcz katastrofalna) lub Dni Tarnowa (pustki na występach Nosowskiej i Nowych Sytuacji). Na tego typu imprezy nie ma jednak zwyczajnie kto chodzić. Z Tarnowa w ostatnim czasie wyemigrowało aż 7,5 procenta całej ludności, co potwierdzał w swoim artykule portal dziennik.pl (to największy wynik w skali kraju). Perspektywy wcale nie są bardziej optymistyczne, dlatego mam nadzieję, że za rok na bluesowych spotkaniach zespoły będą miały dla kogo zagrać. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.