Krótka piłka #281: „El Conde Negro”, „Born In Black & White”, „Hollywood: A Story Of A Dozen Roses”

W 281. odsłonie cyklu Krótka piłka prezentuję kilka zdań na temat tegorocznych płyt autorstwa Pete Rodrigueza, Mylesa Sanko i Jamiego Foxxa.

Pete Rodriguez „El Conde Negro”
(2015; Destiny Records)
Masz ojca, gwiazdę salsy, którego wokal w mgnieniu okaz rozpoznają fani jazzu i muzyki latynoskiej. Do tego wszystkiego dostajesz po nim imię, przez co niemal z automatu będziesz do niego porównywany. Co w takiej sytuacji mógł zrobić Pete Rodriguez? W kwestii wokalu – niewiele. Tego talentu po rodzicu akurat nie odziedziczył (słychać to chociażby w utworach „Guaguanco De Amor” i „Convergencia”). W genetycznym spadku dostał jednak muzyczny zmysł i czucie nut, dzięki czemu z łatwością przyszło mu nauczyć się gry na trąbce i perkusji. Płyta „El Conde Negro” nie jest może najoryginalniejszym dziełem we współczesnym jazzie, prezentuje za to wysoki poziom kultury gry, gdzie obok klasycznego podejścia do muzyki („Stolen Changes”, „Ten Fe”) pojawia się również miejsce dla lekkiej ekstrawagancji i młodzieńczej, latynoskiej wariacji („Perdomo’s Blues”). To także hołd złożony ojcu, swego rodzaju sentymentalny powrót do korzeni i podróż do krainy znanej z przeszłości. A przeszłość, jak to przeszłość – lubi bywać ulotna. Zupełnie tak samo jak tegoroczna płyta Rodrigueza.

Myles Sanko „Born In Black & White”
(2015; Legere Recordings)
Urzędujący w Londynie Myles Sanko po dobrym przyjęciu ubiegłorocznej płyty zatytułowanej „Forever Dreaming” zaprezentował drugi solowy materiał. Nie jest to jednak, jak można by się spodziewać, zupełnie premierowy krążek. Wokalista, zamiast nagrać nowe piosenki, wolał odświeżyć starsze utwory, które zarejestrował już wcześniej. Ruch z tych, które odbieram negatywnie. Uważam bowiem, że lepiej było poczekać i zaserwować słuchaczom zupełnie nową płytę. Z drugiej strony do zawartości „Born In Black & White” niewiele można się przyczepić. Siedem piosenek umieszczonych pierwotnie na epce sprzed dwóch lat plus dwa utwory live („Save My Soul” znane z debiutanckiego longplaya i „Come On Home”, którego wersja studyjna znajduje się także na „Born In Black & White”). Całość kończy akustyczne demo piosenki „City To Crumble” z 2010 roku. Jazzowo-soulowo-funkowa porcja muzyki dla fanów Otisa Redinga i Ala Greena, do inspirowania którymi przyznaje się sam Sanko. Wokalnie bez zastrzeżeń, muzycznie miło dla uszu, bez zbytniego nadużywania schematów charakterystycznych dla gatunku. Sam Myles Sanko to na pewno jeden z ciekawszych artystów młodego pokolenia, jednak w swojej kategorii ustępujący jeszcze pola Maxwellowi czy The Weekend.

Jamie Foxx „Hollywood: A Story Of A Dozen Roses”
(2015; RCA Records)
Szanuję Jamiego Foxxa za dwie role, jakie zagrał w filmach „Ray” i „Zakładnik”. I to jest chyba problem, że postać Foxxa bardziej kojarzy mi się ze szklanym ekranem niż muzyką. Dotychczasowa twórczość Amerykanina na tej płaszczyźnie zwyczajnie do mnie nie przemawiała. Z płytą „Hollywood: A Story Of A Dozen Roses” jest podobnie. Album-opowieść o związku z kobietą, dla którego tłem jest tytułowe Hollywood – brzmi niby banalnie, ale podobnych chwytliwych historyjek było już więcej i kilka z nich na stałe wpisało się do kanonu muzyki. Krążek Foxxa się tam jednak nie znajdzie. Powód? Prezentowany poziom. Przeciętny – to najdelikatniejsze słowo, jakiego mogę użyć w tym miejscu. Czuć pogoń za trendami („Like A Drum”) i brak dbałości o słuchaczy szukających w muzyce czegoś więcej niż prostych prostackich tekstów („She wanna fuck right now, right now, now, right” w „Right Now”). Dobrze brzmi za to utrzymany w Prince’owej stylistyce utwór „Baby’s In Love”. Ta mieszanka funkujących syntezatorów i miękkiego wokalu Jamiego sprawdza się jeszcze w piosence tytułowej („Hollywood”) oraz kolaboracji z raperem Fabolousem („On The Dot”). Te chwilowe przebłyski formy nie ratują jednak całej płyty przed stosunkowo niską oceną. Foxx jawi się tutaj jako kolejny wokalista R&B, który nie ma do zaoferowania niczego autorskiego, a jedynie masę powielonych wzorców. Byleby tylko załapać się na trwającą modę, podpiąć się pod panujący trend i dać się wtłoczyć w machinę przemysłu fonograficznego produkującą identycznych artystów różniących się jedynie nazwiskami. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.