Krótka piłka #278: „Key Change”, „Fyfya Woto EP”, „Django and Jimmie”

W 278. odsłonie cyklu Krótka piłka sięgam po następujące płyty: „Key Change” kanadyjskiego muzyka o pseudonimie Mocky, wspólny album Merle Haggarda i Williego Nelsona„Django and Jimmie” oraz solowy materiał Jojo Abot„Fyfya Woto EP”.

Mocky „Key Change”
(2015; Heavy Sheet Productions)
Mocky, a właściwie Dominic Salole, jest dla mnie postacią całkowicie anonimową. Dowiaduję się jednak, że ten kanadyjski multiinstrumentalista obecny jest w świadomości fanów sceny elektronicznej i downtempo od połowy poprzedniej dekady, a na koncie ma trzy solowe albumy utrzymane w tej stylistyce. W 2009 roku Mocky zapałał jednak uczuciem do jazzu, czego dowodem okazała się płyta „Saskamodie”. „Key Change” to kolejna pozycja w jego jazzowej dyskografii. Zdecydowanie lepiej wypada początek płyty. Otwierający całość „Upbeat Thing” hipnotyzuje rytmem, który wspólnie z dźwiękiem fletu przenosi nas w świat Salole. Trochę to bajeczne i ludyczne zarazem. Świetnie, dzięki udziałowi smyczków, brzmi druga na płycie kompozycja zatytułowana „When Paulie Gets Mad”. Najlepszy utwór pojawia się pod numerem trzecim. „Soulful Beat” powtarza motyw z fletem, dokładając do niego jeszcze lepszą rytmikę i smyczki. Połączenie, które nie mogło się nie udać. Później, im bliżej końca, odnoszę wrażenie, że gospodarzowi zaczynało brakować pomysłów. Utwory może nie są kopiami, jednak brakuje im błysku i przysłowiowego haczyka, na który złapałby się słuchacz. Dodatkowo od czwartego utwory do gry wchodzą wokale. Wypadałoby napisać, że najgorsze na płycie są właśnie one, ale w gruncie rzeczy nie jest z nimi aż tak źle (nie uświadczymy np. fałszowania). Chodzi o to, że warstwa muzyczna zawarta na krążku sama w sobie jest na tyle dobra, że śpiewane partie czasami psują końcowy efekt. Jako słuchacz o wiele bardziej cieszyłbym się po prostu z materiału w stu procentach instrumentalnego. Te dobre, bezgłosowe momenty wracają jeszcze w dwóch kompozycjach („Whistlin”, „Late Night Interlude”). W reszcie utworów Mocky postanowił jednak pochwalić się swoim wokalem, zapominając o powiedzeniu, że milczenie czasem jest na wagę złota.

Willie Nelson & Merle Haggard „Django and Jimmie”
(2015; Legacy Recordings)
Pamiętam śmiech znajomych, kiedy podczas spotkania jeden z nich powiedział, że „Rap tak bardzo stracił na wartości, że ostatnimi czasy Mateusz częściej sięga nawet po country”. Jeśli dobrze kojarzę fakty, chwilę wcześniej zupełnie na poważnie powiedziałem, że polecam płytę „Better Day” Dolly Parton. Z tym traceniem na wartości rapu to sprawa jest chyba mniej złożona niż mogłoby się wydawać. Jeśli wybiera się sprawdzonych wykonawców, którzy po prostu trzymają fason, to i możliwość sparzenia się jest o wiele mniejsza. Z country natomiast jest tak, że od dość dawna się nie zmienia, więc brać można niemal w ciemno. Willie Nelson i Marle Haggard są najlepszymi na to przykładami. Ich piąta (szósta jeśli liczyć album bożonarodzeniowy) płyta mogłaby zostać nagrana pięć, dziesięć i pięćdziesiąt lat temu, a jej odbiór przez fanów kowbojskiej muzyki byłby pewnie na zbliżonym poziomie. Przyczyna jest bardzo prosta: weterani country i bluesa trzymają się pewnego schematu, którego aktualność zwyczajnie nie przemija. „Django and Jimmie” to bowiem porcja patosu oraz emocjonalnych narracji, ale i muzycznych żartów typowych dla wykonawców muzyki country. Wszystko sprezentowane tak, aby słuchało się lekko, miło i przyjemnie. Jak to mawiają: do tańca i do różańca. Jak przystało na płytę nagraną w duecie, znajdziemy tutaj utwory charakterystyczne dla Nelsona („Driving the Herd”) i Haggarda („Swinging Doors”, „The Only Man Wilder Than Me”) oraz wypadkową obu osobowości („It’s All Going to Pot”). Do tego cover „Don’t Think Twice, It’s All Right” z repertuaru Boba Dylana i kapitalnym numerem „Missing Ol’ Johnny Cash” z gościnnym udziałem Bobby’ego Bare’a. Być może ktoś będzie zaskoczony, ale jest dobrze do tego stopnia, że wielce prawdopodobne jest spotkanie z „Django and Jimmie” w całorocznym podsumowaniu.

Jojo Abot „Fyfya Woto EP”
(2015; wydanie własne)
Mająca swe korzenie w Ghanie, ale dzieląca artystyczne życie pomiędzy Kopenhagę i Nowy Jork, Jojo Abot to kolejny wokalny diament z Czarnego Lądu, jakim zapewne zachwycać będą się słuchacze na całym świcie. Debiutancka epka „Fyfya Woto” to składający się z czterech utworów konceptualny materiał poruszający temat zakazanej miłości ghanijskiej kobiety do białego mężczyzny w czasach niewolnictwa. Jojo Abot przybliża słuchaczom tę sytuację, nie zapominając przy tym o kwestiach związanych z tradycją, rodziną i obowiązkiem wobec bliskich, kochanka, a także pana, dla którego pracuje. Historia momentami okraszona łkającym wokalem („Lom Vava”), afrykańskim rytmem („To Li”), elektroniką („Pi Lo Lo”) i narracją („Le Le Le”). Epkę wyprodukował Jonas Rendbo – duński autor tekstów, producent, gitarzysta i wokalista. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.