Krótka piłka #272: „W chmurach”, „Love Somebody, „Jackie”

Krótkie opinie o płytach „Love Somebody”, „Jackie” i „W chmurach” gotowe były już wcześniej, jednak termin Juwenaliów Tarnowskich wymusił przesunięcie publikacji o tydzień na rzecz recenzji płyt gwiazd święta żaków. Dzisiaj zatem czas nadrobienia i uzupełnienia wiadomości.

Maja Hyży „W chmurach”
(2015; Universal)
Mniej więcej rok temu Maja Hyży zaprezentowała debiutancki singiel zatytułowany „Bluza”. Piosenka skomponowana przez Piotra Siejkę do słów Pauliny Przybysz wokalistka przedstawiła pod pseudonimem Maya. Fakt ten miał zapewne odciąć Maję od męża Grzegorza, który w roku ubiegłym debiutował płytą „Z całych sił” nagraną wspólnie z producentem Tabbem (krążek otrzymał nawet nominację do Fryderyka 2015). Dlaczego pierwsza w dorobku płyta Mai ukazała się zatem pod prawdziwym nazwiskiem? Podejrzewam, że zadziałała siła marketingu i fundament reklamowy zbudowany przez udział w telewizyjnym talent show „X-Factor”. Swoje dołożyli też pewnie prawnicy, bo Maja „Bluzę” śpiewała w barwach Sony, a płyta „W chmurach” pojawiła się z logiem Universalu. Wspominam o tym jedynie w formie ciekawostki, bo jak wiadomo dobra muzyka obronić powinna się sama – bez względu na to, czy podpisujemy ją nazwiskiem, czy pseudonimem. Fakt jest jednak taki, że Maya egzystowała dość krótko, a singiel sygnowany pseudonimem ostatecznie nie znalazł się nawet na debiutanckiej płycie. Na jednym z plotkarskich portali przeczytałem, że Maja i Grzegorz rozstali się po cichu i bez medialnego prania brudów (zapewne ku rozpaczy osób redagujących ową stronę). Zastanawiam się tylko po co mieliby to robić, skoro wszystkie bóle i emocje – pozytywne oraz negatywne – wylali na płytach? Problem tylko w tym, że tekstowo ta swego rodzaju spowiedź utrzymana jest na bardzo przeciętnym poziomie. Maja Hyży ma zadatki na dobrą piosenkarkę – przede wszystkim dzięki dobremu głosowi. Z ładną barwą mogłaby pozwolić sobie na nieco więcej. Tymczasem „W chmurach” to zbiór takich sobie popowych piosenek z kilkoma odniesieniami do soulu i R&B (chociaż nawet w tym przypadku słowo „odniesienie” to i tak zbyt dużo). Zawodzi przede wszystkim warstwa muzyczna, która nastawiona jest na komercyjne rozgłośnie radiowe i rodzinne pikniki, których z takim repertuarem Maja będzie pewnie gwiazdą. A szkoda, bo takich numerów jak „Thelma i Louise” czy „Huragan” słucha się bardzo przyjemnie. Wyróżnia się także zamykający płytę „N.C.L.N.S”, który stawia na nieco większą ilość elektroniki, dając iskierkę nadziei na przyszłość, że talent i kariera Mai nie zostaną doszczętnie zmarnowane. Trzymam kciuki, serio.

Reba McEntire „Love Somebody”
(2015; Nash Icon/Starstruck)
Wydaną pięć lat temu płytą Reba McEntire mogła zaniepokoić swoich fanów. Muzyka zawarta na krążku „All the Women I Am” nie była wielkim wydarzeniem, a usilne podporządkowanie się modzie nie wróżyło najlepiej. Oczywiście amerykańskie media w ogóle nie przejęły się takim obrotem sprawy. Chyba najbardziej znana dzisiaj piosenkarka country w USA (oczywiście po Dolly Party) została za swój materiał pochwalona, największy aplauz otrzymując za cover utworu „If I Were a Boy” innej wielkiej amerykańskiej gwiazdy, jaką jest Beyonce. Jakieś głosy krytyki jednak do świadomości Reby dotrzeć musiały, bowiem jej nowa płyta – „Love Somebody” – stoi na wyższym poziomie. Album ten to umiejętne wymieszanie muzyki country ze stylistyką muzyki popularnej z zachowanie umiaru i odpowiednich proporcji. Country jest tutaj gatunkiem dominującym, a jeśli już pojawiają się jakieś zapożyczenia, są to raczej wycieczki do rocka i bluesa, a więc brzmień blisko spokrewnionych z gatunkiem uprawianym przez wokalistkę. McEntire na swojej nowej płycie, podobnie jak na dwudziestu sześciu (!) poprzednich krążkach studyjnych, wydaje się emocjonalnie zaangażowana w to, co przekazuje odbiorcom. Piosenki śpiewane są tym charakterystycznym wokalem Reby, który w odpowiedni sposób prowadzi do stopniowania napięcia w utworach. Szczególnie dobrze słychać to w wolniejszych kawałkach, jak np. „She Got Drunk Last Night” i „I’ll Go One”. Co prawda to ballady stanowią o sile tej płyty, ale numerem jeden jest zdecydowanie rockowo-bluesowy „Until They Don’t Love You”, w którym Reba prezentuje tę rockowa zadziorność i feeling kojarzony z muzyką country.

Ciara „Jackie”
(2015; Epic)
Dwa lata temu przełamałem się i posłuchałem całej płyty Ciary. Nie żałowałem, bo wokalistka z osoby, która zapełniała swoje albumy ciekawymi singlami i marnymi wypełniaczami, przeobraziła się w artystkę, która zdolna była do nagrania równego materiału. Niestety, nowa płyta „Jackie” ponownie kieruje Ciarę na niewłaściwe tory. Krążek kuleje szczególnie w monetach bardziej popowych, gdzie muzycznie piosenki zlewają się w całość, tworząc radiową papkę, której zwyczajnie nie ma się ochoty słuchać (przykład „Kiss & Tell”, „Dance Like We’re Making Love” i „That’s How I’m Feelin'” z gościnnym udziałem Pitbulla). Ciara dobrze czuje się za to w nieco mocniejszej stylistyce, gdzie ostrzejsze (momentami trapowe) bity nadają wyrazistości jej głosowi i podkreślają śpiewane bądź rapowane teksty. Na pierwszy plan wysuwają się numer tytułowy oraz „Stuck On You”. Dwa utwory? Tak, to zdecydowanie za mało, żeby pisać o „Jackie” wyłącznie w superlatywach. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.