Krótka piłka #270: „Bush”, „Wij”, „F.H.H”, „Coming Forth By Day”

W 270. odsłonie cyklu Krótka piłka odradzam lub polecam następujące nowości płytowe: Snoop Dogg „Bush”, Król „Wij”, Kecaj x Mysta „F.H.H”, Cassandra Wilson „Coming Forth By Day”.

Snoop Dogg „Bush”
(2015; Doggystyle)
Snoop Dogg od dłuższego czasu wędruje po muzycznym świecie, nie trzymając się sztywno brzmienia z zachodniego wybrzeża. Jego przygoda z muzyką reggae (jako Snoop Lion) pokazała jednak, że eksperymenty nie zawsze muszą się opłacać. Na płycie „Bush” czarnoskóry raper ponownie nieco śmielej spogląda w stronę g-funkowych korzeni, gdzie bliżej jest mu do okresu, kiedy podpisywał się ksywką Snoopzilla. Duża w tym zasługa duetu producenckiego The Neptunes, który nadał materiałowi funkowo-westcoastowej stylistyki z domieszką disco. Świetnie wypadają w zasadzie tylko utwory z udziałem Charliego Wilsona – czy to z odnotowanym featem („Peaches N Cream”), czy też z chórkami („So Many Pros”, „This City”, „R U A Freak”) – i bądźmy szczerzy, ale jest to zasługa właśnie tych wokalnych wstawek, nie zaś samego gospodarza. Otwierający cały krążek kawałek „California Roll” (duet ze Stevie Wonderem) również zapisać można po stronie plusów, chociaż jego pierwsza faza nie zapowiadała wcale wiele dobrego. Znamienne jest to, że album podzielić można na dwie części: lepszą (do numeru szóstego) i gorszą, czyli ostatnie cztery kawałki, wśród których znajdziemy tragiczny duet z Gwen Stefani i „I’m Ya Dogg” z Kendrickiem Lamarem (chyba najgorsza gościnka w dorobku K-Dota) i Rick Rossem (Klawisz od dłuższego czasu nawija strasznie monotonnie, przez co jego flow zwyczajnie spowszechniało i zniechęca do słuchania). Utworu nie ratuje nawet podśpiewujący w tle Wilson. Nie chcę być źle zrozumiany: „Bush” to dość przyjemna płyta, na której słychać inspiracje takimi wykonawcami, jak chociażby George Clinton czy grupa Earth, Wind & Fire, jednak na tle całej dyskografii rapera (a już szczególnie jej części z lat 90.) wypada dość blado. Snoop przestaje być powoli Doggy Doggiem, a zaczyna przybierać postać Dobrego Wujaszka Dogga, któremu bliżej do snucia fantazji niż bycia prawdziwym OG.

Król „Wij”
(2015; Kayax)
Połowa duetu UL/KR nie zmienia obranego jakiś czas temu kursu na dobrą muzykę. Nowa płyta Błażeja Króla to klimatyczna kontynuacja solowego krążka sprzed roku. „Wij”, podobnie jak wydany w 2014 roku „Nielot”, również nie jest przesycony barokowym przepychem dźwięków i słów. Pochodzący z Gorzowa Wielkopolskiego artysta prezentuje charakterystyczny dla siebie zestaw dziewięciu utworów, które pod względem struktury dźwiękowej nazwałbym raczej oszczędnymi, gdzie głównym narzędziem tworzącym formę poszczególnych piosenek są, przywołujące skojarzenia z erą disco sprzed dwóch-trzech dekad, instrumenty perkusyjne i syntezatory. Odpowiednio przetworzone i zastosowane nie wywołują jednak uczucia zniesmaczenia, ale dość dobrze wpasowują się w klimat tekstów śpiewanych przez Króla. Kolejna ciekawa propozycja z logiem Kayaxu. Tak szczerze: kto kilka lat temu spodziewałby się, że wydawnictwo to okaże się dostarczycielem jednych z ciekawszych płyt w polskiej muzyce pierwszych dwóch dekad XXI wieku?

Kecaj x Mysta „F.H.H”
(2015; Skwer)
Z Kecajem mam od dłuższego czasu problem. Bardzo szanuję go za to, że chce się mu bawić w rap, chociaż pewnie w życiu znalazłby więcej ciekawszych zajęć niż pisanie tekstów (ot, chociażby zabawa z dzieckiem). Pozytywnie oceniam również jego merytoryczne podejście do tego, co zawiera w swoich szesnastkach. Kecaj nie jest bowiem raperem, który plecie trzy po trzy. Tutaj każde zdanie jest przemyślane i ma sens. U reprezentanta Koligacji GieKa było to zresztą zawsze czymś w rodzaju znaku rozpoznawczego. „F.H.H” i w tym przypadku nie odbiega od normy. Kecaj wie, o czym chce zarapować i robi to. Problem tylko jak to robi. Być może część słuchaczy nie podzieli mojego zdania, ale przedstawiciel gliwickiej sceny od dłuższego czasu zwyczajnie nie poczynił żadnego postępu. Flow i technika wciąż tkwią gdzieś w okolicach 2000 roku, co skutecznie zniechęca do ponownego wciśnięcia play. Nie licząc dwóch (no, może trzech) wyjątków, odpowiedzialny za produkcję Mysta niestety równa do poziomu rapera. Dodając jedno do drugiego, otrzymujemy ostatecznie dość przeciętny album z tekstami, które chyba lepiej przeczytać samodzielnie.

Cassandra Wilson „Coming Forth By Day”
(2015; Legacy)
Jedna ze współczesnych jazzowych diw prezentuje płytę-hołd ku czci innej wspaniałej postaci związanej z tym gatunkiem. Cassandra Wilson na płycie „Coming Forth By Day” wspomina Billie Holiday, której setna rocznica urodzin przypada na ten właśnie rok. Z tego typu płytami zawsze wiąże się pewnego rodzaju ryzyko, którego sednem jest odbiór materiału przez fanów postaci, której imię opiewamy. Jak wiadomo, Holiday jest ikoną, artystką, bez której wiele z tego, co dzisiaj nazywamy jazzem, nie miałoby miejsca. Osobowość to szczególnie ważna także dla wokalistek, które postanowiły spróbować swoich sił w śpiewaniu. Żadną niespodzianką nie będzie oczywiście fakt, że „Lady Day” spory wpływ miała także na Cassandrę Wilson. „Coming Forth By Day” nie jest pierwszym tribute albumem w karierze urodzonej 59 lat temu artystki. Końcem lat 90. ukazała się bowiem płyta poświęcona twórczości Milesa Davisa („Traveling Miles”, 1999) – dla wielu najlepsza pozycja w dorobku wokalistki. Był to jednak krążek zgoła odmienny od tego prezentowanego dzisiaj. Na nowej płycie, oprócz muzycznych odniesień (jak miało to miejsce w przypadku krążka sprzed szesnastu lat), pojawiają się przede wszystkim całe utwory z repertuaru Holiday. Wilson z ciężarem uniesienia odpowiedzialności godnego zaprezentowania piosenek muzycznej ikony radzi sobie całkiem dobrze. Oczywiście nie uciekniemy od typowych porównań w stylu „tutaj lepiej brzmi oryginał, tutaj cover wypada ciekawiej”. Ja jednak trzymam się teorii, według której, jeśli sięgamy po czyjąś piosenkę, byłoby dobrze zaprezentować jej własną wersję. Tak właśnie robi Wilson, której interpretacje nie są oddaniem jeden do jednego wersji pierwotnych. Wokalistka sięga tutaj po blues, a nawet rock, odsłaniając nową, nieznaną do tej pory twarz kompozycji. Jest bardziej temperamentnie, bez kalkulacji i wstrzelania się w gusta jazzowych purystów. Z ciekawymi aranżacjami i instrumentalnym wykończeniem (niejednokrotnie lepszym niż w przypadku wersji oryginalnych) dyskutował nie będzie raczej nikt. Takich płyt nie nagrywa się codziennie – i to nawet jeśli jest się tak dobrym artystą, jak Cassandra Wilson. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.