Recenzja: Kucz & Klake „Kucz & Klake”

Konrad Kucz i Bartek „Klake” Ujazdowski połączyli siły. Efektem tej muzycznej współpracy okazała się przyjemna płyta „Kucz & Klake”, której recenzję prezentuję w dalszej części wpisu.

Konrad Kucz i Bartek Ujazdowski to postaci dobrze znane nadwiślańskim miłośnikom nastrojowego elektronicznego grania oraz projektów, które chociaż często pozbawione są medialnej promocji, zbierają spore grono fanów w kręgach słuchaczy lubujących się w odkrywaniu muzyki niecodziennej, niekomercyjnej i nawiązującej do szeroko pojmowanej alternatywy. Połączenie sił wokalisty i producenta dało w efekcie płytę, która chociaż nie odkrywa nowych brzmieniowych horyzontów, to podsuwa argumenty, którymi można podeprzeć swoją pozytywną opinię na jej temat.

Płyta zatytułowana „Kucz & Klake” to dwanaście utworów utrzymanych w spokojnym klimacie. Ambientową i chilloutową stylistykę cechują nastrojowość (rodem z filmowego ekranu), syntetyczne brzmienia zawierające nutkę melancholii i nieco chłodne w odbiorze fragmenty przywołujące na myśl scenę skandynawską. Ta poniekąd baśniowa i oniryczna aura, do której nawiązują również zdobiące okładkę zdjęcia Agnieszki Motyki, udziela się także słuchaczowi. Spokój, szlachetność, brak niepotrzebnych ozdobników, które zakłócałyby odbiór dźwięków – to najprecyzyjniejsze hasła, jakimi określić można ten materiał. Wpasowujący się w to wszystko wokal Ujazdowskiego, stanowi jakoby kolejną fakturę dźwięku, kolejny instrument budujący muzyczny nastrój. Chociaż wszystkie piosenki posiadają anglojęzyczne teksty, tym razem muszę być wyrozumiały i odpuścić sobie ruganie wykonawcy za brak polskich słów. Przypuszczam bowiem, że nasz naszpikowany twardymi i świszczącymi zgłoskami język nie współgrałby z wyrafinowaną i lekko płynącą muzyką.

„Kucz & Klake” to praca zbiorowa. Oczywiście Kucz i Ujazdowski są tutaj liderami i to ich nazwiska widnieją w widocznym miejscu, ale chwaląc album nie można zapomnieć o muzykach, którzy brali udział w jego nagrywaniu. Projekt uzupełnili perkusista Robert Rasz – dla mnie dzisiaj jeden z lepszych polskich muzyków zasiadających „za garami”, który raz za razem udowadnia, że siła i energia to nie wszystko, co potrzebna do dobrego grania na bębnach. Krążek Kucza i Ujazdowskiego pokazuje dobitnie, że precyzja wykonania i wyczucie nieraz są ważniejsze, ponieważ ukazują techniczną stronę wykonawcy. Płaszczyzna brzmieniowa nie istniałaby także bez basisty Kornela Jasińskiego i gitarzysty Tomasza Krawczyka. Swój wkład, chociaż tylko w jednym utworze, miał również Mateusz Kwiatkowski, którego wiolonczela w ciekawy sposób uzupełnia melodię w przedostatnim na płycie utworze „Happy Sequence” (osobiście: na równi z „Me And The Ocean” mój faworyt z całego albumu).

Takie płyty, jak ta zaprezentowana przez Ujazdowskiego i Kucza, nie dają autorom pewności, że pokocha ich milionowa publika. Są to jednak projekty na tyle dobre – stylistycznie, klimatycznie i artystycznie – że niemal z miejsca gwarantują uznanie w oczach tych słuchaczy, którzy w muzyce szukają czegoś więcej niż biesiadnego grania zespołu Enej. Nie chcę spekulować i uprzedzać faktów – wszak do grudnia jeszcze daleko, ale „Kucz & Klake” to niewątpliwie najlepsza polska płyta pierwszego kwartału. Czy całego roku? Do tego pytania, jeśli pozwolicie, wrócimy za kilka miesięcy. (MAK)

Kucz & Klake „Kucz & Klake”
(2015; Requiem Records)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.