Krótka piłka #263: „Holizm”, „Piece By Piece”, „Forever Charlie”

W 263. odsłonie cyklu Krótka piłka prezentuję kilka zdań na temat trzech nowości: „Forever Charlie” Charliego Wilsona, „Piece By Piece” Kelly Clarkson oraz nowego albumu Grubsona „Holizm”. Zapraszam.

Charlie Wilson „Forever Charlie”
(2015; RCA Records)
Ta płyta jest przykładem na to, że jako człowiek, słuchacz i bloger edukuję się całe życie. Wyjaśnię pokrótce. Przez wiele lat byłem zwolennikiem dzielenia muzyki na gatunku i style. Z góry zakładałem, że nie warto sięgać na przykład po zespół Motörhead ponieważ heavy metal, jako gatunek, jest dla mnie nieciekawy. Później w popularnej grze komputerowej usłyszałem „Ace of Spades”, sprawdziłem inne nagrania zespołu dowodzonego przez Lemmy’ego i zostałem fanem. Przestałem dzielić muzykę na gatunki, przyjmując od tego momentu jedyną właściwą granicę leżącą pomiędzy „dobrym” a „kiepskim”. Przez wiele lat hołdowałem również zasadzie, iż wykonawcy nie powinni nagrywać płyt utrzymanych w klimacie lat wcześniejszych. Bo niby po co mają to robić? Jeśli będę chciał posłuchać muzyki z lat 60., to sięgnę po płytę wydaną w tamtym okresie, prawda? Po co powielać schematy, skoro brzmienie cały czas ewoluuje? Kilka dni temu zrozumiałem, że ponownie błędnie oceniałem sytuację. Przejrzałem na oczy dzięki Charliemu Wilsonowi. Amerykański wokalista, który na początku mojej przygody z pisaniem o muzyce wrył się w moją pamięć dzięki utworowi „Signs” Snoop Dogga, wydał w tym roku swój kolejny solowy krążek. Płyta „Forever Charlie” to materiał utrzymany w stylistyce R&B i soul, nawiązujący jednocześnie do najlepszych lat dla tych gatunków. Oczywiście, jeszcze jakiś czas temu powiedziałbym: „Ale po co on to nagrał, przecież takie płyty wydawali już wcześniej inni?!”, ale nie dziś. Dziś mówię: „Ale to jest dobre! Niczym klasyki”. Charlie Wilson zaskoczył. Nowa płyta artysty to zdecydowanie najlepszy materiał w jego dorobku od czasów ozłoconego „Charlie, Last Name Wilson” (2005). To krążek nieco taneczny (bardziej do przytulanek niż wygibasów), pulsujący energią, jednocześnie tętniący życiem. Muzycznie całość odwołuje się do dobrze znanej nam stylistyki R&B z lat 80. z elementami soulu. Wilson charakterystycznym głosem wyśpiewuje kolejne frazy, często nawiązujące do relacji damsko-męskich. Pojawiające się od czasu do czasu wariacje, jak na przykład funkowa gitara lub gościnna zwrotka wspomnianego wcześniej Snoop Dogga, przełamują klimat płyty, dodając jej więcej świeżości. Do ideału brakuje niewiele, na przykład usunięcia Shaggy’ego, który w „Unforgettable” pasuje niczym przysłowiowa pięć do nosa. Piękna płyta, która powinna pojawić się trzydzieści lat temu. Pojawiła się jednak teraz i należy się z tego tylko cieszyć i docenić „Forever Charlie” za dobre piosenki, jakich nigdy za wiele.

Grubson „Holizm”
(2015; MaxFloRec)
Grubson nie należy do moich ulubieńców. Dwie solowe płyty rybniczanina, jakie do tej pory trafiły do sprzedaży, nie są w moich oczach (uszach?) wielkim muzycznym wydarzeniem. Przyznaję jednocześnie, że raper razem ze swoim zespołem potrafią zrobić niezłe show i zmusić do tupania nóżką nawet najbardziej drętwego kolesia (czytaj: mnie). Na występie Grubsona podczas Juwenaliów Tarnowskich 2013 bawiłem się całkiem dobrze. Płyt jednak słuchać nie jestem w stanie. Tak samo jest zresztą z najnowszym materiałem noszącym tytuł „Holizm”. Mieszanka tego, co chwytliwe – tak najprościej opisać można ten album. Trochę rapu, trochę reggae, trochę pseudointelektualnych wywodów i featy (Krzysztof Zalewski, Marcelina), które hipsterska młodzież łyknie niczym młody pelikan. Na dokładkę skity, które może przy pierwszym obcowaniu z „Holizmem” są w jakimś małym stopniu ciekawe, jednak później tylko przeszkadzają, zmuszając słuchacza do wciśnięcia przycisku skip. Są też pozytywy. Przede wszystkim nie można Grubsonowi odmówić flow i tego, że na tle krajowej sceny wyróżnia się w kwestii kładzenia rymów na podkładach. Raper, kiedy trzeba, spokojnie płynie po bicie, by za moment przyśpieszyć lub zaprezentować śpiewany fragment. Wtóruje mu w tym kompan Jarecki. Obaj panowie znają się jak łyse konie, co doskonale słychać na płycie na przykład w „Spider-manie” lub „Ciepłym brzmieniu Kalifornii” – zdecydowanie najlepszym utworze na krążku, w którym o g-funkowy klimat zadbał nie kto inny, jak Ten Typ Mes (Piotrek, znowu ukradłeś komuś całą atencję gościnnym występem! To już nie jest śmieszne!).

Kelly Clarkson „Piece By Piece”
(2015; RCA Records)
Święta Bożego Narodzenia nie są dla mnie czasem wyjątkowym. Nie przepadam specjalnie za wszelkimi tego typu „okolicznościami”. Dodatkowo, jako osobę słuchającą sporo muzyki, mierzi mnie fakt, że rozgłośnie radiowe emitują sporo słabych świątecznych piosenek. Coroczne obcowanie z „Last Christmas” przybiera momentami rodzaj udręki. Wspominam o tym dlatego, że końcem 2013 roku, niejako w przededniu okresu świąteczno-noworocznego, pokusiłem się o przesłuchanie i zrecenzowanie ówczesnych nowości płytowych, jakie śmiało można określić popularnym w Stanach Zjednoczonych terminem christmas music. Wśród obranych na cel albumów był również świąteczny krążek Kelly Clarkson, o którym – o dziwo – napisałem całkiem pozytywnie (sprawdź). Zresztą zdania nie zmieniam, „Wrapped in Red” to całkiem zgrabna płyta, której chętnie jeszcze kiedyś posłucham. Na fali tych pozytywnych emocji, postanowiłem sięgnąć po nowy studyjny krążek gwiazdy amerykańskiego „Idola”. Szanuję Clarkson za jej podejście do show biznesu, to, że na siłę nie próbuje sprzedać samej siebie. Stawia na muzykę, a to w dzisiejszych czasach coraz rzadziej spotykana praktyka. Wyrazem tego słowa „It’s too bad you can’t see what you’re worth / Spreading your legs stead of using your words” z piosenki „I Had a Dream”. Pomimo całej sympatii dla Kelly, „Piece By Piece” nie mogę uznać za płytę udaną. Singiel promujący, „Heartbeat Song”, nie wywołał u mnie efektu wow, po którym z wypiekami na twarzy biegłbym, aby zakupić album. Zestaw trzynastu piosenek (szesnastu w wersji rozszerzonej) to swego rodzaju klisza popowych kompozycji, jakimi od kilku lat jesteśmy karmieni przez media. Wokalny talent Clarkson wtłaczany jest tutaj w schematyczne muzyczne frazy, przepadając z kretesem w gąszczu mdłych melodyjek. Wyjątek stanowi numer „Bad Reputation” – temperamentem zupełnie nie pasujący do całości „Piece By Piece”, ale pokazujący, że Clarkson przy dobrym pomyśle na utwór potrafi zrobić coś więcej niż rzewną balladę, jakich w playlistach rozgłośni radiowych znajdziemy na pęczki. Amerykanom się jednak podoba. Płyta zadebiutowała na pierwszym miejscu tamtejszego notowania, wyprzedzając między innymi tak popularne w ostatnim czasie tytuły, jak ścieżka dźwiękowa do „50 twarzy Greya” i solowy materiał Taylor Swift „1989”. (MAK)

One Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.