Krótka piłka #262: „Untold Stories”, „Vintage Heart”, „B4.DA.$$”, „Hand. Cannot. Erase.”, „Brit Awards 2015”

W 262. odsłonie cyklu Krótka piłka sięgam po same nowości: Daniel Drumz „Untold Stories”, Lydia Rene „Vintage Heart”, Joey Bada$$ „B4.DA.$$”, Steven Wilson „Hand. Cannot. Erase.” oraz składankę „Brit Awards 2015”.

Daniel Drumz „Untold Stories”
(2015; U Know Me Records)
„A Daniel Drumz gra funk” rapował kiedyś Eldo. Prawda jest jednak taka, że niegdysiejszy DJ Taśmy od dość dawna funkowe brzmienia zamienił na elektronikę spod znaku muzyki house i jej pokrewne stylistyki. Nie piszę tego z wyrzutem, bowiem nie ma w tym niczego złego. Oscylowanie w różnych gatunkach i poszerzanie muzycznych horyzontów – własnych oraz słuchaczy – to jedna z najbardziej chwalebnych cech twórczych. A jeśli dodać do tego fakt, że Daniel Drumz i tu, i tu radzi sobie dobrze, nikt w stylistycznym przeskoku nie powinien widzieć żadnego problemu. Być może dla wielu będzie to zaskoczeniem, ale „Untold Stories” to płytowy debiut producenta. Owszem, Daniel ma na swoim koncie sporo tytułów (singli, epek, mixtape’ów), jednak solowego albumu do tej pory nagrać się nie udało. Aż do teraz. Materiał, którego wydawcą jest niezależna wytwórnia U Know Me Records, przez media i słuchaczy okrzyknięty został nieformalnym hołdem złożonym Krakowowi, jednak opinii tej nie można się wcale dziwić. Przy czym zaznaczam, że nie chodzi wcale o utwory „Podgórze” (tytuł nawiązuje do jednego z obszarów Grodu Kraka) oraz „No Sleep Till Kraków”. – Tu wszystko przesiąknięte jest tym charakterystycznym krakowskim klimatem – powiedział mi, dzieląc się wrażeniami po sprawdzeniu „Untold Stories”, znajomy ze szkoły, dzisiaj na stałe mieszkający w stolicy Małopolski. To materiał sentymentalny, ale jednocześnie bardzo miejski i nowoczesny. Daniel Drumz serwowanym zestawem brzmień oferuje słuchaczom produkt, który w zależności od osoby, jej charakteru i życiowych doświadczeń będzie inaczej interpretowany i obierany. Właśnie przez to tytułowe historie zyskują dookreślenie untold, które przetłumaczone może przecież zostać na kilka sposobów.

Lydia Rene „Vintage Heart”
(2015; -)
Wbrew temu, że płyta „Vintage Heart” jest debiutanckim materiałem Lydii Rene, wokalistka nie jest wcale muzycznym żółtodziobem. Artysta mogąca pochwalić się songwriterską współpracą z gwiazdami tak zwanej pierwszej ligi (Toni Braxton i Melanie Fiony) postanowiła wykorzystać zdobyte doświadczenie i spróbować działać na własne nazwisko. Muzycznie do płyty nie można mieć większych zastrzeżeń. Ciekawy zestaw dźwięków z pogranicza muzyki soul i R&B z dodatkami ciepłych jazzujących fragmentów i funkowego groove’u. Bez zbędnego przyśpieszania, delikatnie i w większości z rozwagą. Kilka bardziej szaleńczych wokaliz nie zaburza tego kołyszącego słuchacza stanu. Wszystko w myśl przesłania jakie niesie ze sobą termin vintage. Problem tylko, że moje kobiece wzorce łączące muzykę soul z R&B – Whitney Houston i Jill Scott – postawiły poprzeczkę tak wysoko, że teraz każda – nawet interesująca płyta – wydaje się wtórna i zbyt płytka, aby nazwać ją dobrą. „Vintage Heart” wpisuję zatem na listę „Ulubione” na odleglejszym miejscu, a że wokal Lydii czasami męczy, robię to bez większych wyrzutów sumienia.

Joey Bada$$ „B4.DA.$$”
(2015; Cinematic Music Group)
Złodupiec, jak nazywam ze znajomymi Bada$$a, debiutuje oficjalnym albumem. „B4.DA.$$” to zestaw piętnastu numerów, który w końcoworocznych podsumowaniach miłośników rapu zajmował będzie zapewne wysokie lokaty. Dwudziestoletni nowojorczyk prezentuje płytę, którą nazwać można wyrazem spełnienia marzeń. Raper oznajmia, że razem z rozpoznawalnością, zyskaną dzięki serii mixtape’ów wypuszczanych regularnie od 2012 roku, pojawiły się sukcesy finansowe, które sam twórca w „Paper Trail$” traktuje dwojako – z jednej strony jak szczęście, z drugiej niczym przekleństwo. Emcee nie zapomina także o dzieciństwie i egzotycznych korzeniach (rodzina Joeya pochodzi z Karaibów; utwór „Big Dusty”). Oczywiście nie są to tematy odkrywcze. Podobne wątki na długo przed Bada$$em w swoich numerach poruszali już inni znani (bardziej lub mniej) raperzy. Podobnie rzecz ma się z muzyczną otoczką, która jednoznacznie nawiązuje do lat 90. (wyjątek stanowi nowocześniejszy numer „Escape 120” z gościnnym udziałem Raury’ego – finalisty tegorocznej edycji plebiscytu BBC Sound of…). Chociaż zagadnienia i podkłady często wydają się oklepane, sam Bada$$ swoim sposobem nawijania sprawia, że nie mam ochoty wyłączyć płyty i wyjąć jej z odtwarzacza. Podejrzewam, że takich jak ja na świecie znajdzie się jeszcze kilku, przez co „B4.DA.$$” ma szansę zaistnieć w globalnej świadomości na nieco dłużej.

Steven Wilson „Hand. Cannot. Erase.”
(2015; Kscope)
Rozczarowałem się tą płytą, ale nie dlatego, że prezentuje odmienny klimat od poprzedniego solowego albumu Stevena Wilsona. Szczerze, to nawet cieszyłem się czytając zapowiedzi, z których jasno wynikało, że muzyk zmieni nieco muzyczny styl. Wychodzę z założenia, że dla wielu twórców zmiany są odświeżające i mogą wyjść na dobre. Niestety, przeliczyłem się. Dlaczego? Powód jest prozaiczny – nuda. Materiał zawarty na „Hand. Cannot. Erase.” powinien być dostępny w aptekach jako suplement diety polecany osobom mającym problemy ze snem. Te siedemdziesiąt minut progresywnego rocka zmusza do ziewania już od pierwszej minuty. Lubię piosenki zbudowane na fundamencie oszczędnego brzmienia, jednak tutaj przybiera to zupełnie niezrozumiałej dla mnie formy. Te hipnotyzujące i transowo-gitarowe zagrywki spotęgowane zostały do tego stopnia, że oniryzm to chyba za małe pojemnościowo pojęcie, aby określić nim tę sytuację. Kiedy dodamy do tego trzy długie muzyczne wariacje – dziesięciominutowy „Years Older”, minutę krótszy „Routine” i trwający ponad trzynaście minut „Ancestral” – łóżko ściele się samo, a karaluchy udają się w dobrze znanym kierunku. Muzycznie kolejne kompozycje są zgrabne i nawet ciekawe. Trzeba zadać sobie tylko pytanie, jak długo odkrywać będziemy na „Hand. Cannot. Erase.” nowe rzeczy? Jeśli całość szybko pozbawimy brzmieniowych tajemnic, album zacznie nas zwyczajnie męczyć i nudzić, stając się przy okazji mało atrakcyjnym produktem.

Składanka „Brit Awards 2015”
(2015; UMTV)
Dlaczego Brits Awards jest lepsze od Grammy? Ponieważ brytyjska muzyka jest ogólnie ciekawszym zjawiskiem i… można zobaczyć jak Madonna wywija orła. Ale koniec żartów. Obie muzyczne nagrody łączy między innymi to, że rokrocznie w okolicach finałowej gali na sklepowych półkach pojawia się składanka promująca wydarzenie. O płycie wydanej przy okazji ostatniej edycji Grammy wspominałem tutaj, dzisiaj kilka słów o jej angielskim odpowiedniku. „Brit Awards 2015” to w przeciwieństwie do tożsamej składanki z gramofonem na okładce nie jeden, a aż trzy kompakty. Dwa pierwsze krążki poświęcone są w większości wykonawcom-gwiazdom tegorocznej edycji BRITs (Sam Smith, Ed Sheeran, George Ezra, Damon Albarn, One Direction). Dysk numer trzy to natomiast muzyczne kompozycje z przeszłości dalszej (Paul McCartney and Wings „Live and Let Die”, Rod Stewart „Maggie May”, Kate Bush „Wuthering Heights”) i bliższej (Katy Perry „I Kissed a Girl”, Lady Gaga „Poker Face”, The White Stripes „Seven Nation Army”), które łączy jeden wspólny mianownik – każdy z nich był w swoim czasie szlagierem. Propozycja, jak każda składanka nosząca znamiona komercyjności, dla słuchaczy szukających radiowych hitów i podsumowania roku w pigułce. (O tym, kto zdobył BRITs w 2015 roku pisałem tutaj). (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.