Krótka piłka #260: Ubiegłoroczne ostatki i tegoroczne premiery

W dzisiejszej odsłonie cyklu Krótka piłka kilka zdań o dwóch płytach z 2014 roku, o których nie miałem okazji do tej pory nic napisać, jednej nowości i jednej prawie nowości.

Yarah Bravo „Love Is The Movement”
(2014; Duzz Down San)
Jakoś nie mogę zabrać się za słuchanie premierowych rzeczy i co chwilę wracam do płyt z 2014 roku. Jedyny plus w tym, że o większości z tych tytułów nie wspominałem nawet słowem na blogu, dlatego też traktować można to jako swego rodzaju nadrabianie zaległości. Tak właśnie jest z solowym materiałem drugiej połówka didżeja Vadima. „Love Is The Movement” nie zaskoczy tych słuchaczy, którzy kojarzą Bravo z jej wcześniejszych dokonań. R&B rodem z lat 90., soul oraz rap z domieszką jazzu i elektroniki – zestaw, jakiego mogliśmy się spodziewać. Ta przewidywalność nie oznacza wcale, że płyta jest zła. To po prostu propozycja dla odbiorców, którzy lubią tego typu rzeczy. Krążek jest przykładem muzyki, którą wespół z tekstem można określać mianem budującej, optymistycznej i przepełnionej pozytywnymi emocjami. Yarah Bravo swoim głosem – czasami delikatnym i soulowym, czasami mocniejszym, opartym na rapowym nawijaniu – uzupełnia brzmienie, wpasowując się w klimat kolejnych kawałków. Bujające boom bapowe numery pojawiają się tutaj obok synth-popowych i elektronicznych numerów, udowadniając, że artystka potrafi poradzić sobie zarówno w stylistyce staroszkolnej, jak i współczesnej.

Lupe Fiasco „Tetsuo & Youth”
(2015; Atlantic Records)
Lupe Fiasco zawsze odstawał od reszty rapowej sceny. Oczywiście mam na myśli pozytywne znaczenie tej inności. Nie mówię już o wyglądzie, który zawsze ukazywał Lupe jako grzecznego chłopca, nie zaś groźnego gangstera z afroamerykańskiego getta (a kilka zdjęć w takim złym klimacie zawsze bardziej śmieszyło). Na myśli mam również podejście do rapu, wybór tematów i sposób ich prezentowania. Ten mało rapowy format kontynuowany jest również na nowej (już piątej) solowej płycie, gdzie obok około półtoraminutowych tracków-przerywników (zatytułowany kolejno „Summer”, „Fall”, „Winter”, „Spring”) pojawiają się ośmio- i dziewięciominutowe kawałki, jak chociażby „Mural”, gdzie standardowy podział na szesnastki i refreny zostaje porzucony na rzecz jednej, dłuższej wierszowanej wypowiedzi. W przypadku chicagowskiego rapera nie jest to jednak żadna niespodzianka. Podobny zabieg Lupe zastosował już dwa lata temu. Wariacja dotyka także utworu „Prisoner 1 & 2”, który właściwie jest połączeniem dwóch numerów, dla których wyznacznikiem są inne refreny. Mała przerwa, jaka nastąpiła po wydaniu czwartej płyty, okazała się dla rapera wręcz zbawienna. Fisco wrócił z ciekawymi linijkami – w sporej części inspirowanymi okresem dorastania w przestępczej dzielnicy Chicago – wypowiadanymi na ciekawych podkładach (DJ Dahi, The Buchanans). Dla wielu słuchaczy – już teraz kandydat do płyty roku. Czy aż tak? Czołówka – na pewno, ostateczną decyzję odraczam do końca grudnia.

The Veronicas „The Veronicas”
(2014; Sony)
Australijskie bliźniaczki Origliasso jesienią ubiegłego roku zaprezentowały trzeci studyjny album. Zatytułowanie płyty wzorem wielu debiutantów, czyli po prostu nazwą zespołu, jest w gruncie rzeczy zabiegiem bardzo przemyślanym. Dwa poprzednie krążki (z 2005 i 2007 roku) zawojowały głównie rodzime rejony – z Australią i Nową Zelandią na czele. Płyty, owszem, znajdowały odbiorców na innych kontynentach, ale sto-któreś miejsce na listach sprzedaży we Francji czy USA nie jest osiągnięciem wybitnym. „The Veronicas” ma zmienić ten stan rzeczy. Czy ma ku temu predyspozycje? Poniekąd tak. Czternaście utworów zawartych na albumie utrzymanych jest w popowej stylistyce z elementami elektroniki, rocka, country („You and Me”), a nawet rapu (numer „Did You Miss Me (I’m a Veronica)”). Niby wszystko fajnie, tylko takie popowe płyty pojawiały się już w okolicach 2010 i 2011 roku. Rozumiem, że z Australii do Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii jest dość daleko, ale cztery lata? Czy siostry Origliasso pokonywały tę odległość kajakiem?

Pharoahe Monch „Lost In Translations”
(2015; brak wydawcy)
Na koniec, bardziej w formie ciekawostki, niż krótkiej recenzji, tegoroczny prezent od Pharoahe’a Moncha. Nowojorski raper w okolicach święta zakochanych udostępnił do ściągnięcia (za darmo!) materiał kompilacyjny „Lost In Translations”. Całość to zbiór utworów dotykających damsko-męskich relacji i miłości, jakie prezentowane były na różnych płytach od 2000 roku. Na „Lost In Translations” usłyszymy zatem kawałki pochodzące z solowych płyt rapera (m.in. „Broken Heart”, „So Good”), gościnne występy Moncha (np. „Loose Ends” z płyty „Timeless” Sergio Mendesa) i remiksy („Calls” Roberta Glaspera). Nie mogło zabraknąć także noszącego miano kawałka kultowego – „The Light”. Aby uniknąć oskarżeń o odgrzewanie kotletów, Pharoahe uzupełnił składankę premierowym utworem „Home (We Got This)” z gościnnym udziałem Phontego i Tamishy. Miła niespodzianka nie tylko dla fanów Moncha i osób celebrujących Walentynki. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.