Krótka piłka #257: Nowości plus nadrabianie zaległości

W 257. odsłonie cyklu Krótka piłka prezentuję kilka słów na temat składanki „2015 Grammy Nominees” oraz nowego krążka Björk. Wracam również do jednej ubiegłorocznej płyty pewnego polskiego jazzmana.

Składanka „2015 Grammy Nominees”
(2015; RCA Records)
Już w najbliższą niedzielę, 8 lutego, w Los Angeles odbędzie się 57. gala rozdania muzycznych nagród Grammy. Jak co roku przed ceremonią do sprzedaży trafiła specjalna składanka zawierająca utwory wykonawców nominowanych do tegorocznych nagród. Z racji ograniczenia czasowego na krążku nie starczyło miejsca dla wszystkich, i tak zapewne z powodu małego zainteresowania globalnego słuchacza takimi gatunkami, jak chociażby jazz, spoken word, gospel i muzyka latynoska, na składance znajdziemy wyłącznie tzw. przeboje, które chętnie emitowane były na przestrzeni ostatnich miesięcy w rozgłośniach komercyjnych, a zrealizowane do nich wideoklipy na portalu YouTube osiągały wielomilionowa liczbę odsłon. Pojawiają się za to numery country (np. „Meanwhile Back at Mama’s”, „Day Drinking”, „Gentle on My Mind”, ale to w końcu amerykańskie nagrody i typowa dla Stanów Zjednoczonych muzyka). Trzeba również jasno powiedzieć, że propozycje zawarte na krążku w latach poprzednich przeważnie równały się złotemu gramofonowi. Idąc tym tropem, na statuetkę w tym roku duże szanse mają Iggy Azalea i Charli XCX (tutaj z piosenką „Fancy”), Taylor Swift („Shake It Off”), grupa Coldplay („A Sky Full of Stars”) i Sia („Chandelier”). „2015 Grammy Nominees” nie jest zatem niczym innym jak składanką przeznaczoną dla tych odbiorców, którzy zadowolą się singlami, a znajomość o rynku muzycznym czerpią z popularnych rozgłośni radiowych typu Zet i RMF. Obraz to, przyznacie sami, nieco ograniczony, ale dla takiej muzyki i płyty również jest miejsce.

Björk „Vulnicura”
(2015; One Little Indian)
Nie będę tutaj zgrywał świętego i pisał, że przedpremierowy wyciek nowej płyty Björk należy potępiać. Kupuję dużo płyt, doceniam wykonawców i w ten sposób staram się odwdzięczać za to, że poświęcają swój czas na nagrywanie piosenek. Jestem jednak takim typem słuchacza, który nie kupi przysłowiowego kota w worku. Nie śpię na milionach, nie mam bogatych rodziców, a pieniądze zarobione w pracy wydaję w sposób przemyślany. Dlatego też, zanim wyciągnę z portfela te 30-50 złotych, najpierw sprawdzę czy warto. Najczęściej ma to miejsce poprzez posłuchanie płyty w Internecie. Coraz częściej są to tzw. legalne odsłuchy (np. na Bandcampie lub YouTube), ale nie oszukujmy się – ściągnąć nielegalne empetrójki także się zdarza. A piszę to nie po to, aby się wytłumaczyć, ale żeby pokazać, że na przedwczesnej publikacji utwór z albumu „Vulnicura” Björk wcale nie straciła. Premiera wydania fizycznego, która miała planowo odbyć się w marcu, wcale nie musi okazać się dla islandzkiej wokalistki czasem straconym. To przecież dzięki wyciekowi wiemy, że „Vulnicura” to bardzo ciekawa płyta, na którą nie żal będzie wydać tych kilku dyszek. Twierdzenie, że artystka wróciła do korzeni byłoby użyte nieco nad wyraz, ale faktem jest, że Björk tą płytą trochę spogląda za siebie. Powrót do najlepszych wzorców sprzed lat i klimatów, które pozwoliły jej zyskać status gwiazdy sprawiają, że „Vulnicura” jest doskonałym prezentem dla jej starszych fanów oraz tych słuchaczy, którzy być może z charyzmatyczną wokalistka zetknęli się dopiero przy okazji wydanego cztery lata temu albumu „Biophilia”. Jest prościej i przede wszystkim lżej muzycznie. Do tego wszystkiego dochodzą przecież elementy smyczków przeplatanych nieustannie z elektroniką, czyli te elementy, którymi kiedyś artystka podbiła serca słuchaczy. Kolejny raz okazuje się również, że tak wyśmiewana tematyka, jaką jest miłość (bądź, jak w przypadku tej płyty, jej utrata), ponownie stała się doskonałym bodźcem do nagrania dobrych, wartych uwagi piosenek.

Tomasz Stańko „Polin”
(2014; Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN)
W ramach nadrabiania zaległości (nie w kwestii poznania płyty, ale napisania o niej dwóch zdań), wracam do ubiegłorocznego albumu Tomasza Stańki zatytułowanego „Polin”. Chociaż to nazwisko polskiego jazzmana widnieje na okładce płyty, trębacz nie dominuje nad resztą zespołu. W kolejnych utworach Stańko dzieli czas w ten sposób, aby dla siebie pozostawiać jedynie – rzec można – okruszki w postaci uczestnictwa, podjęcia tematu brzmieniowego lub krótkiej solówki. Doskonałym przykładem na te słowa jest druga kompozycja zawarta na krążku, czyli „Yankiel’s Lid”, gdzie rolę przewodnią wiodą wspólnie z fortepianem muzycy sekcji rytmicznej (perkusja, bas). Cieszy fakt, że płyta nagrana na zamówienie Muzeum Historii Żydów Polskich (i wydana przez tę instytucję) nie popada zbytnio w patos, nie oddaje się dziejowym cierpieniom narodu żydowskiego i nie przejmuje dużej inspiracji muzyką tego środowiska. Stańko z typowym dla siebie kunsztem poradził sobie z tą próbą, łącząc zręcznie z judeokulturowymi elementami to, co w jego jazzowej improwizacji i bebopowej stylistyce najlepsze. Ciekawostką jest na pewno fakt, że w zespole wspomagającym Stańkę pojawia się saksofonista Ravi Coltrane – syn tego (!) Johna Coltrane’a. Jak słychać, jabłko upadło niedaleko od jabłoni. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.