[Podsumowanie 2014 roku] Najlepsze zagraniczne płyty

Przedostatnią częścią muzycznego podsumowania 2014 roku jest lista dziesięciu najlepszych zagranicznych płyt.

10. Coldplay „Ghost Stories” (Parlophone)
Trochę nie rozumiem tego nieprzychylnego tonu, w jakim o tj płycie wyrażają się recenzenci. Zarzucanie zespołowi promocji albumu rozpadem małżeństwa lidera zamiast dobrym singlem lub kręcenie nosem na tematykę utworów skupiającą się na relacjach damsko-męskich to jakaś kpina. Moja propozycja: umyj jeden z drugim uszy! Skoro takie numery, jak „Magic” i „A Sky Full of Stars”, nie mają potencjału radiowego, rozumiem, że słuchacz do końca życia skazany jest na Kombii, Bednarka, Lisowską i LemON. Piosenki o utraconej miłości zaczęły nagle przeszkadzać? To dziwne, ponieważ jeszcze w przypadki drugiego studyjnego krążka Adele wszyscy byli wręcz zachwyceni. Zresztą osiemdziesiąt procent utworów muzycznych traktuje o tym uczuciu, więc po co strzępić pióro i na siłę doszukiwać się czegoś złego? Grupa Coldplay nagrał moim zdaniem bardzo dobrą płytę. Przede wszystkim dojrzałą. Po „Mylo Xyloto” (2011), która zawierała takie kwiatki jak duet z Rihanną („Princess of China”) i była spadkiem formy po „Viva la Vida…” (2008), „Ghost Stories” jest materiałem o wiele spokojniejszym, zachęcającym do słuchania, a nie skakania i śpiewania. Chris Martin i spółka nie zawiedli, a to, że kilku speców nie lubi smutnych piosenek, to już ich problem.

9. Sinead O’Connor „I’m Not Bossy, I’m The Boss” (Nettwerk)
Irlandzka piosenkarka nagrała swoją dziesiątą studyjną płytę. Materiał żadnym przełomem w twórczości O’Connor nie będzie, bo trudno w przypadku takiej gwiazdy mówić o nagłym zwrocie kariery. Sinead największe sukcesy ma już za sobą, co nie znaczy, że do końca życia pozostaje jej tylko odcinanie kuponów. Wokalistka sławę odcierpiała, dzięki czemu od kilku lat nagrywa bez stresu i ciążącego na niej piętna kultowego numeru „Nothing Compares 2U”. Nowy materiał to tzw. koncept album. Cała płyta poświęcona została tematyce relacji damsko-męskich widzianych z perspektywy kobiety, której związki nie należą do najbardziej udanych. „I wanna be a real, full woman / Yeah, and live / Like a real, full woman, every day” śpiewa w utworze otwierającym, ustawiając tym samym percepcję odbiorcy na cały materiał. A konkretne piosenki? „Your Green Jacket” opowiada o tęsknocie za mężczyzną i fakcie, że tu i teraz pozostał tylko jego zapach zawarty w kurtce, „Dense Water Deeper Down” to przyczynek do romantycznych wspomnień, a „Where Have You Been?” jest niczym skarga na nieobecność tego jedynego. Chociaż różnorodność stylistyczna może zaskakiwać („How About I Be Me” nawiązuje do klimatów R&B, „Dense Water Deeper Down” ma lekko folkowy klimat, „The Voice of My Doctor” to istny garażowy rock, „James Brown” zyskuje dzięki funkowemu saksofonowi Seuna Kutiego, singlowy „Take Me to Church” ma wszystko, by podbijać nawet najbardziej komercyjne listy przebojów, „The Voice of My Doctor” to blues w czystej postaci, a „8 Good Reasons” ma w sobie coś z hip-hopu), album jest bardzo spójny, wręcz jednolity. Zasługa w tym nie tylko tematyki poszczególnych piosenek, ale samej Sinead, a w szczególności jej charakterystycznego wokalu, którego nie można pomylić z żadnym innym. Elementy te oraz fakt dobrej muzycznej produkcji sprawiają, że „I’m Not Bossy, I’m The Boss” to jedna z ciekawszych tegorocznych propozycji, która w rocznym podsumowaniu na pewno pozostanie zauważona i przypomniana.

8. Bruce Springsteen „High Hopes” (Columbia Records)
Płyta, której każdy się spodziewał – tak najprościej określić można „High Hopes”. Nowy materiał Springsteena jest kontynuacją klimatu znanego z poprzednich albumów i jednocześnie idealnym prezentem dla fanów Bossa, a zawodem dla tych wszystkich, którzy w muzyce szukając „czegoś więcej” (z drugiej strony, owi szukający już dawno uświadomili sobie, że po płytach Bruce’a wielu innowacji spodziewać się nie można). Na osiemnastej studyjnej płycie Springsteena znajdziemy sporo piosenek, które fanom urodzonego w stanie New Jersey muzyka są dobrze znane. Covery (“Just Like Fire Would” to w oryginale numer australijskich punkowców z grupy The Saints), odświeżone wersje piosenek prezentowanych podczas koncertów, ale nigdy nie umieszczonych na albumie (“American Skin”), odrzuty z sesji nagraniowych wcześniejszych płyt (“Harry’s Place”, który pierwotnie miała znaleźć się na albumie “The Rising”) oraz wznowienia kompozycji, które zawarte zostały na innych wydawnictwach (numer tytułowy). I chociaż numery te w pewnym sensie określić można mianem odgrzewanych kotletów, „High Hopes” jako całość brzmi niesamowicie świeżo. Słuchając kolejnych piosenek nie ma się wrażenia, że kiedyś już je słyszeliśmy. Bruce daje spokój polityce (ciekawe na jak długo?), co w przypadku dwóch ostatnich krążków i nachalnego wspierania Obamy stawało się już nieco irytujące. Tematyka społeczna pojawia się jednak dalej, co cieszy, bo który współczesny amerykański wokalista potrafi tak dobitnie mówić o problemach trawiących kraj Wujka Sama? Sporo dobrej muzyki na czele z wstawkami instrumentów dętych w utworze tytułowym, irlandzkimi klimatami w „This Is Your Sword” oraz gitarami Toma Morello (plus duet z Bossem w „The Ghost of Tom Joad”). W wersji specjalnej „High Hopes” zawiera bonusową płytę DVD z londyńskim koncertem z czerwca 2013 roku, którą wyróżniłem w gronie najlepszych koncertowych albumów ostatnich dwunastu miesięcy.

7. The Common Linnets „The Common Linnets” (Universal Music)
Holenderski duet przegrał ubiegłoroczny konkurs Eurowizji w głosowaniu telewidzów, ale wygrał go muzycznie i moralnie. The Common Linnets po końcowym werdykcie zyskali zdecydowanie najwięcej. Chociaż nie zapewnili swojemu krajowi prawa do organizacji kolejnej edycji muzycznego show, jako zespół otworzyli sobie drzwi do międzynarodowej kariery. Być może gdyby nie piosenka „Calm After The Storm” byliby popularni jedynie w swoim kraju? Utwór, który stał się także singlem promującym debiutancki album, to bez wątpienia najlepszy numer, jaki zgłoszony został do Eurowizji na przestrzeni ostatniej dekady. Muzyka, jaką grają Ilse DeLange i Waylona, przez ostatnie lata zyskała wielu zwolenników. Wszystko za sprawą projektu Mumford & Sons, który muzykę country i folk zmieszane z odrobiną popowego sznytu wprowadził ponownie do szerszej świadomości słuchaczy. Imienny debiut fonograficzny holenderskiego zespołu to trzynaście utworów o najbardziej popularnej tematyce, czyli miłości i relacjach międzyludzkich. Zarówno w kwestii tekstowej, jak i muzycznej, krążek odkryciem zatem nie jest, ale jako całość materiał prezentuje się bardzo dobrze. Kolejne piosenki płynnie przechodzą jedna w drugą, ich klimat, choć spokojny, nie nudzi, a oparcie brzmienia o gitarę akustyczną i ciepły wokal sprawdza się. Sukces, jaki przyszedł – pewnie dość niespodziewanie nawet dla samych artystów – wpłynął na relację w zespole, co zakończyło się odejściem z The Common Linnets gitarzysty i wokalisty Waylona. Zastąpił go Amerykanin Jake Etheridge. Zmiana ta być może przybliży zespół do odwiedzenia kolebki muzyki country i podbicia Stanów Zjednoczonych, co, jak powiedział mi kiedyś polski wykonawca Peter J. Birch, jest marzeniem każdego artysty grającego ten gatunek.

6. George Ezra „Wanted On Voyage” (Columbia Records)
Co prawda to nie George Ezra, a Sam Smith został wyróżniony na początku tego roku przez radio BBC nagrodą Sound of 2014, ale to pochodzący z Bristolu muzyk pochwalić może się lepszym debiutanckim krążkiem. Fundamenty pod dobry odbiór płyty „Wanted On Voyage” położone zostały na długo przed jej czerwcową premierą. Singiel „Budapest” zdobywał szczyty list przebojów, prześcigając przy okazji w radiowej rotacji inne hity. Późniejsza reklama i rozgłos były już tylko efektem domina. Jedna dobra piosenka, pochlebna recenzja koncertu, masa wyświetleń teledysku etc., etc. Węgierski akcent nie jest jedynym utworem-miastem na tej płycie. Ezra muzycznie podróżuje również po innych europejskich stolicach („Barcelona” i znajdujący się na albumie w wersji deluxe „Blind Man in Amsterdam”), udając się w wojaże w towarzystwie akustycznej gitary, z której płyną ciepłe bluesowe i bluesowo-rockowe dźwięki. Cała płyta inspirowana jest ubiegłoroczną robinsonadą Brytyjczyka. Dobrze spędzony czas „w drodze” zaowocował pomysłami na dwanaście utworów (szesnaście w wersji rozszerzonej) – wesołych, niekiedy ironicznych, nietrącącymi banałem i równocześnie łatwymi do przyswojenia. Ezra czaruje swoim niskim, głębokim głosem, zdającym się zbyt dojrzałym jak na dwudziestoletniego człowieka. Ma się wrażenie jakby wewnątrz George’a siedział ktoś inny, ktoś oddający się długotrwałej alkoholowej diecie i śpiewający w zadymionym klubie drugiej kategorii. Płyta na lato? Zdecydowanie tak. Płyta na cały rok? Prawdopodobnie. Na pewno kolejny przykład na to, że brak triumfu w plebiscycie nie musi oznaczać końca kariery muzycznej.

5. Halla Nordfjörd „The Bridge” (Borówka Music/Smekkleysa Records)
„The Bridge” nie był przeze mnie ani albumem wyczekiwanym, ani nawet takim, którego się spodziewałem. A nie mogłem się go bowiem spodziewać, ponieważ do niedawna nawet nie wiedziałem o istnieniu Hally Nordfjörd. Sporym zaskoczeniem był więc dla mnie fakt, że pochodząca z Islandii wokalistka już kilka razy odwiedziła nasz kraj i zyskała uznanie w oczach tutejszej publiczności. Cóż, kolejny dowód na to, że można przez prawie dekadę hobbistycznie pisać o muzyce i dalej mieć o niej małe pojęcie. Szczęście w nieszczęściu jest jednak takie, że wiele nie straciłem. „The Bridge” jest bowiem debiutanckim krążkiem Nordfjörd. Można zatem powiedzieć, że zaczynam przygodę z muzyką islandzkiej wokalistki niemal od samego początku. (cała recenzja)

4. D’Angelo and The Vanguard „Black Messiah” (RCA)
Czternaście lat to długo. Bardzo długo. To okres, który spotęgował głód na nowe piosenki D’Angelo do tego stopnia, że chęci wystarczyłoby nawet na umieszczenie tej płyty na szczycie prezentowanego zestawienia, ale byli jednak lepsi. Być może „Black Messiah” nie jest jeszcze materiałem tak osłuchanym, jak płyty, które ukazały się we wcześniejszych kwartałach 2014 roku? Być może wpływ ma nieco cięższy wydźwięk – muzyczny i tekstowy – nowego krążka amerykańskiego wokalisty? Nowa płyta D’Angelo nie jest bowiem tak ciepła jak „Voodoo”. „Black Messiah” to materiał poważniejszy, na którym o czternaście lat starszy wykonawca inaczej patrzy na świat. Michael Eugene Archer dojrzał, a słuchacze mam nadzieję razem z nim.

3. Damon Albarn „Everyday Robots” (Parlophone)
Jeśli miałbym ten zestaw piosenek porównać – pod względem wrażliwości – do jakiejś innej płyty, bez zastanowienia powiedziałbym: tegoroczna solowa płyta Rojka. Podobne epatowanie melancholijnymi brzmieniami, zaglądanie wgłąb siebie, wręcz tarzanie się we własnym życiu, rozgrzebywanie starych ran i próba rozliczenia się z historią. Albarn jawi się nam jako samotnik (jakże smutna jest ta okładka), dla którego te kilka utworów jest jak terapia mająca na celu zwalczyć demony przeszłości i depresję. Ale co w przypadku „Everyday Robots” jest naprawdę piękne? Fakt, że całość zostaje podana słuchaczowi w dość przyjemnej formie, która zachęca do ponownego wciśnięcia play niż sięgnięcia po żyletkę lub sznur. Do tego głos ex-lidera Blur – intrygujący, łagodny, wręcz idealnie pasujący do śpiewanych przez niego tekstów. Albarn perfekcyjny (niemal) jak zawsze.

2. Johnny Cash „Out Among The Stars” (Legacy Recordings)
Z nową płytą Johnny’ego Casha jest tak, jak z ubiegłorocznym albumem sygnowanym nazwiskiem Jimiego Hendrixa (wyróżnionym zresztą przeze mnie tytułem najlepszej zagranicznej płyty 2013 roku) – pomimo wielu lat od nagrania, muzyka na niej zwarta wyprzedza poczynania dzisiejszych artystów o – nie bójmy się tego powiedzieć – lata świetlne. Country i blues niby nie zmieniają się w jakimś zawrotnym tempie, jednak taśmy z utworami z „Out Among The Stars” nawet po wegetacji w zakurzonym kartonie prezentują wyższy poziom niż wszystkie piosenki współczesnych gwiazdek tych gatunków. Ale to w końcu Cash, więc czego mieliśmy się spodziewać? Są tutaj duety, które w karierze wokalisty pojawiały się dosyć często (June Carter Cash w „Baby Ride Easy” i „Don’t You Think It’s Come Our Time”), szczypta czarnego humoru („I Drove Her Out of My Mind”), muzyczna hybryda country z rock’n’rollem („Rock and Roll Shoes”) i spinający to wszystko w jedną całość charakterystyczny, przejmujący głos. A najśmieszniejsze w tej całej sytuacji jest to, że odnalezione kompozycje pochodzą z okresu, kiedy „Człowiek w Czerni” od strony muzycznej prezentował się zdecydowanie najgorzej. I w jakim miejscu jesteś współczesna muzyko?

1. Flying Lotus „You’re Dead!” (Warp)
Flying Lotus zaprezentował w 2014 roku swój piąty solowy album (szósty jeśli liczyć mixtape z 2012 roku nagrany jako Captain Murphy). Producent nie zwalnia, aczkolwiek po małym obniżeniu lotów w przypadku „Until the Quiet Comes” wraca niczym F16 na wysoki pułap, do którego przyzwyczaił nas albumem „Cosmogramma”. W czym „You’re Dead!” jest lepszy od poprzedniczki? Przede wszystkim sporymi inspiracjami jazzem. Stylistka ta była już obecna na wcześniejszych płytach Amerykanina, nigdy jednak w aż tak dużym stopniu nie miała wpływu na całkowity wygląd materiału. Płyta sporo zawdzięcza nie tylko selekcji dokonanej przez gospodarza, ale gościom z jazzowych kręgów na czele z mistrzem fortepianu Herbie Hancockiem, współpracującym m.in. z Chaką Khan i Lauryn Hill saksofonistą Kamasi Washingtonem oraz gitarzystą Jeffem Lynnem (członek Electric Light Orchestra mający na koncie współpracę m.in. z Georgem Harrisonem, Royem Orbisonem i Bobem Dylanem). Te nazwiska mówią same za siebie. Jeśli dodamy do tego kreatywność Lotusa i jego muzyczną wizję, efektem nie może być płyta przeciętna. Na „You’re Dead!” pojawiają się również akcenty hip-hopowe („Never Catch Me” z gościnnym udziałem Kendricka Lamara i „Dead Man’s Tetris” ze Snoop Doggiem), jednak nie są one aż tak wciągające jak te nawiązujące do jazzu. Ellison próbuje również zmierzyć się ze stylistyką r&b („Coronus the Terminator”), ale na próbach w zasadzie się kończy. Te małe wpadki nie przynoszą wielkiej ujmy i cała płyta (zdecydowanie płyta roku!) nie traci dużo na swej mocy. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.