Krótka piłka #251: Grudniowe nadrabianie zaległości

Co roku to samo: niespodziewanie w kalendarzu pojawia się grudzień, a lista premier płytowych z ostatnich tygodni (a nawet miesięcy), których trzeba posłuchać, wcale się nie zmniejsza. Co robić w takiej sytuacji? Najlepiej wziąć się za nadrabianie zaległości.

Fisz Emade Tworzywo „Mamut”
(2014; Agora)
Ile wcieleń braci Waglewskich miał okazję poznać przeciętny polski słuchacz? Rapowe i około rapowe (jako Tworzywo właśnie), rockowo-punkowe (Kim Nowak), rockowo-bluesowe (dwie płyty z ojcem, Wojciechem). To tak z grubsza, ponieważ nie od wczoraj wiadomo, że Fisz i Emade lubią mieszać style, szukać coraz to nowszej formy, co często pokutuje zaszufladkowaniem do tzw. szeroko pojętej alternatywy. Ta przypięta łatka „wiecznie alternatywnego twórcy” jest trochę krzywdząca, z drugiej strony jest w tym ziarenko prawdy. Projekty Waglewskich zawsze były nieco inne od stylistyki, do której się odwoływały. Jako Tworzywo Sztuczne nigdy nie byli w pełni hip-hopowi, a „Matka, Syn, Bóg” przecież stuprocentowym bluesem również nie jest. Nie dziwi zatem fakt, że „Mamut” ponownie okazuje się popisem różnorodności. Na płycie znajdziemy zatem elementy funku i elektroniki (singlowy „Pył”), rapu („Bieg”), nu-jazzu („Zemsta”), rocka („Wojna” z gościnnym udziałem Katarzyny Nosowskiej) i bluesa („Karate”). Ba, na tej płycie są nawet kompozycje, do których chciałoby się zatańczyć („Zwiedzam świat”, „Piwnica”). Co istotne, ta trwająca prawie godzinę płyta cały czas trzyma w napięciu i skupieniu, które wynikają po prostu z najzwyklejszego zaciekawienia słuchacza tym, co będzie dalej. A im dalej w las… A myślałem, że mamuty już wyginęły?

Trzynasta W Samo Południe „Hell Yeah”
(2014; Sony Music)
Zespół Trzynasta W Samo Południe postanowił rozpowszechnić w Polsce swoją muzykę za pośrednictwem popularnego programu telewizyjnego. I bardzo dobrze, każda forma reklamy jest właściwa, jeśli tylko związana jest z działalnością sceniczną. Główna nagroda talent show co prawda nie padła łupem rock’n’rollowej grupy, ale czas antenowy oddany w jej władanie zaprocentował kontraktem i wydaniem debiutanckiej płyty. I pewnie wszystko było super, gdyby nie jeden mały szczegół. Trzynasta W Samo Południe to bowiem taki typ muzycznej formacji, która nie szuka nowych dróg twórczych, ale spogląda w przeszłość, bo w przeszłości czuje się najlepiej. Tym samym płyta „Hell Yeah” jest, niczym krążki Nasty Crue („Rock’n’Roll Nation”), 1965 („High Time”) i Karate Free Stylers („Northern Youth”), jedynie odwzorowaniem czegoś, co kiedyś królowało na listach przebojów. Utwory zawarte na płycie, owszem, są energiczne, zawierają kilka ciekawych gitarowych i harmonijkowych solówek, ale to wszystko nie wnosi do współczesnej muzyki niczego nowego. Posłuchać można, ale uznawać za coś bardzo wartościowego? Z tym bym już polemizował. Zdecydowanie, zamiast kolejnej godziny z kawałkami Trzynastej, wolę spędzić czas ze starymi płytami AC/DC, Aerosmith i moich ulubionych brodaczy z ZZ Top.

Dame Shirley Bassey „Hello Like Before”
(2014; RCA Records)
Walijska wokalistka przypomina o sobie zestawem dobrze znanych utworów: zarówno klasyków pokroju „MacArthur Park”, „Wild Is the Wind” i „Diamonds Are a Girl’s Best Friend”, tych z nieco krótszą metryką („Englishman in New York”) oraz głównego motywu z filmu „Goldfinger” o Agencie 007, który w przeszłości wykonywała właśnie Bassey. Jazzowo-soulowa dawka wzruszeń, lekkości oraz ciekawych muzycznych momentów (instrumenty dęte, instrumenty dęte!), w stosunku do których obojętny nie pozostanie żaden fan tego typu grania. Płyta z tych, których słuchając z zamkniętymi oczami, wyobrażamy sobie zadymiony klub, nielegalnie sprzedawany podczas okresu prohibicji alkohol i band czarnoskórych muzyków, w stosunku do których pasuje wyłącznie slangowe określenie „cat”.

Whitney Houston „Whitney Houston Live: Her Greatest Performances”
(2014; Legacy Recordings)
Album zbierający w jednym miejscu najlepsze koncertowe momenty w karierze Whitney Houston. W wyniku selekcji wyłonionych zostało szesnaście utworów (w wersji DVD jest ich osiemnaście) zaśpiewanych podczas różnych okazji na przestrzeni lat 1983-2009. Wśród nich nie zabrakło również kawałków z filmu „The Bodyguard” („I Will Always Love You”, „I Have Nothing”, „I’m Every Woman”), który z amerykańskiej wokalistki uczynił gwiazdę pierwszoplanowego formatu oraz brawurowo wykonanego amerykańskiego hymnu podczas Super Bowl w 1991 roku (dla wielu ta wersja „The Star Spangled Banner” jest najlepszą interpretacją narodowej pieśni w historii nie tylko Stanów Zjednoczonych, ale całego świata). Płyta nie jest zatem niczym innym, jak potwierdzeniem, że Whitney Houston była w latach 90. największą piosenkarką, przy której dzisiejsze międzynarodowe idolki pokroju Beyonce, Lady Gagi czy Rihanna są wciąż uczącymi się wokalnego fachu małymi dziewczynkami ze szkolnego chóru z przedmieścia.

Dagadana „List do Ciebie”
(2014; Karrot Kommando)
Polsko-ukraińskie trio łączące muzykę elektroniczną, folk oraz pop na swojej trzeciej studyjnej płycie sięgnęło po poezję Różewicza. Wybór padł jednak nie na Tadeusza (nota bene zmarłego w 2014 roku), ale jego brata, Janusza. Postać być może mniej znana przeciętnemu zjadaczowi chleba, dla którego przygoda z poezją trwa do skończenia liceum, jednak równie utalentowana, co autor „Kartoteki”. By dodać całemu materiałowi klimatu i intymności brzmieniowej, trio postanowiło na okres nagrywania powiększyć swoje szeregi i podjąć współpracę z Frankiem Parkerem, zastępując tym samym część komputerowej i syntetycznej perkusji tą prawdziwą. „List do Ciebie” nie jest kolejnym nudnym albumem z tzw. poezją śpiewaną, przy słuchaniu której 3/4 społeczeństwa ziewa i ma ochotę na drzemkę. Ta płyta to także, mam nadzieję, projekt, który zachęci w pewien sposób tych, o których pisałem kilka zdań wcześniej – ludzi, którzy być może podczas edukacji zrazili się do poezji i dzisiaj uważają ją za coś niezrozumiałego i trudnego do przyswojenia. Dagadana pokazuje, że wcale tak być nie musi. Wiersze Różewicza podane są bowiem w formie przystępnej (o ile preferujecie muzykę około jazzową, nie zaś disco polo) i piosenkowej. Co więcej, teksty poety zmarłego w 1944 roku nie straciły do dzisiaj na aktualności – także my szukamy przecież kogoś lub czegoś, na kim/czym będzie nam zależeć, komu/czemu moglibyśmy poświęcić samych siebie. Różewicz i Dagadana w niebywały sposób łączą oddalone od siebie pokolenia, pokolenia, które w teorii nie miałyby możliwości spotkania – chyba że na kartach podręcznika do historii. A jednak, udało się i to z całkiem niezłym skutkiem. Dodatkowy plus na pewno za formę wydania: kartonowy box z płytą, którego zawartość uzupełniają napisany w trzech językach list do słuchaczy, opinie o materiale (m.in. poety Jacka Podsiadły, literaturoznawcy Krzysztofa Hoffmanna i muzyka Czesława Mozila), a także związane pocztowym sznurkiem karty zawierające teksty dziesięciu piosenek (również w tłumaczeniach) na tle rodzinnych zdjęć członków zespołu w połączeniu z archiwalnymi fotografiami Janusza Różewicza. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.