Krótka piłka #247: Nie słuchasz na własną odpowiedzialność

Zgodnie z obietnicą złożoną w ostatniej odsłonie cyklu Krótka piłka, wracam dzisiaj do tytułów, które ukazały się w tym roku, a jako bonus dorzucam jeden krążek wydany w 2013 roku.

Nox „Mikrokosmos”
(2014; Seventeen Bricks)
Jednoznacznie zła w przypadku tej płyty jest jej zbyt duża różnorodność. Zbyt duża! Zazwyczaj mnogość gatunków i stylów nie przeszkadza mi w odbiorze materiału. „Mikrokosmos” działa jednak trochę na nerwy. Chaotyczność, przeskakiwanie z jednego wzorca na drugi, próba pokazania – wydaje się, że trochę na siłę – dużej liczby inspiracji i szerokiego wachlarza umiejętności producenta – to zabija ten projekt. Nox kieruje swój produkt zapewne do odbiorcy ambitnego, który zdecyduje się – pomimo pierwszych niepowodzeń – sięgnąć po płytę kolejny raz. I jest to dobra droga, bowiem niczego nie powinno się podawać słuchaczowi na przysłowiowej tacy. Problem jednak w tym, że Jakub Ambroziak w swej pogoni za fanem idealnym, który zrozumie wszystko tu i teraz, zatraca trochę wizję tego, co ostatecznie oddaje na krążku. Zbyt długie skupianie się na jednej pętli kontrastuje z formami tak krótkimi, że aż niezauważalnymi w odbiorze. Wypośrodkowanie byłoby pewnie tzw. złotym środkiem, który dałby płycie, kto wie, może i miejsce w kanonie polskiej muzyki 2014 roku. Ale dość narzekania. Co na plus? Przede wszystkim numery z Jazzpospolitą („Land of Fire and Ice”) i jej gitarzystą Michałem Przerwą-Tetmajerem („Stars, I see…”). Ładnie brzmi kompozycja „Elephants” (głównie dzięki wokalowi Klaudii Wieczorek, który zlewa się z muzyczną fakturą, stanowiąc swego rodzaju kolejny instrument). Spośród dwudziestu czterech tracków na czele zdecydowanie wysuwa się także utwór „Pozaplanetarnie” z gościnnym udziałem Neurasji. Tylko czy zauważyliście, że niemal każda warta uwagi kompozycja na tej płycie zawiera adnotację „featuring”? Wychodzi na to, że Nox lepiej radzi sobie w kolaboracjach niż w stuprocentowo solowych numerach (być może jest to jakaś wskazówka na przyszłość). Widać samotne życie w kosmosie – nawet w skali mikro – nie jest nikomu na rękę.

Gorgonzolla „Live at RPL!”
(2014; wydanie własne)
Niedawno w Radiu Polska Live zamknięty koncert zagrała warszawska grupa Gorgonzolla. Ta młoda, choć stawiająca coraz poważniejsze kroki kapela od pewnego czasu znajduje się na moim muzycznym celowniku. Nie jest to, co prawda, mój brzmieniowy Eden, ale bezstronnie przyznać trzeba, że Kudłaty i jego ekipa potrafią dowalić na wysokim poziomie. „Live at RPL!” to zapis siedmiu utworów (plus „Intro”), jakie zaprezentowane zostały podczas wspomnianego występu. Panowie grają ostro („Renata G”), szybko („Czas psychicznej degradacji”) i głośno („Razem”), dosadnie podkreślając każdą frazę. Prawdziwy undergroundowy rock z domieszką metalu. Bez brania jeńców. Materiał zgromadzony na płycie oddaje to doskonale. Atmosfera panująca na tego typy koncertach zamknięta została w zaprezentowanych ścieżkach dźwiękowych i uwalniana jest przy każdym kolejnym odtworzeniu krążka. Nie chodzi tylko o podkreślenie udziału publiczności, która w takich sytuacjach staje się dodatkowym członkiem zespołu. Słychać małe sprzężenia, przestery, lekkie niedociągnięcia – coś, co zdarzyć może się przecież na każdym występie. I o to też w tym wszystkim chodzi. Zbyt piękne i niedostępne rzeczy czasami po prostu zniechęcają. O płycie Gorgonzolli napisać tego nie można.

Blossom „Blue Balloons/The Longest Journey”
(2013; Project Mooncircle)
Na koniec kilka słów o albumie, który co prawda pojawił się końcem 2013 roku, ale o którym nie miałem okazji jeszcze nic napisać. Blossom na dwóch płytach winylowych oddał do dyspozycji słuchaczy swój debiutancki materiał z 2011 roku („Blue Balloons”, o którym więcej przeczytacie tutaj) oraz premierowy zestaw zebrany pod tytułem „The Longest Journey”. Dołączenie do nowej płyty utworów sprzed trzech lat ma podwójne sens. Po pierwsze, to ukłon w stronę tych, którzy nie zdążyli nabyć pierwszego wydania „Blue Balloons”. Po drugie, fakt ten stanowi doskonały pretekst do pokazania, jak dużym progresem w kwestiach muzycznych pochwalić może się producent. Łukasz Czajewski nie poszedł na łatwiznę. „The Longest Journey” nie jest w żadnym wypadku kontynuacją myśli przyświecającej wcześniejszej płycie. Ubiegłoroczny materiał to niemal w całości popis polskiego twórcy, który postanowił nie korzystać przy tym projekcie z sampli. Klimat całego albumy to iście melancholijna, jesienna aura, który idealnie zgrywa się z mgłą, jaką widzę przez okno mieszkania pisząc te słowa (niezbity dowód na to, że percepcja muzyki zależy również od otoczenia i pory roku). W porównaniu do „Blue Balloons” nowy materiał chyli się ku instrumentalnym dźwiękom spod szyldu spokojnych, industrialnych (mój faworyt „Lost Grounds”) i ambientowych fraz (przykład „Don’t Grow Up” z dodatkiem saksofonu). Tylko dlaczego potrzebowałem aż tak dużo czasu, aby docenić ten materiał? Jesienna aura sprzyja słuchaniu muzyki nastawionej na motyw podróży, a płyta „The Longest Journey” – nie tylko ze względu na tytuł – taka właśnie jest. Nie słuchasz na własną odpowiedzialność. (MAK)

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.