Wywiad: Michał Przerwa-Tetmajer – „Mam potrzebę grania rzeczy różnorodnych”

Po ubiegłotygodniowym koncercie zespołu Jazzpospolita, Michał Przerwa-Tetmajer opowiedział o pięcioleciu grupy, nowej płycie zatytułowanej „Jazzpo!” oraz tym, co jest priorytetem w jego muzycznym życiu. Zapraszam do sprawdzenia zapisu rozmowy.

Michał Przerwa-Tetmajer (foto: Maciej Głowiński)

Zacznę od dość dziwnej wiadomości. Przeczytałem w Internecie, że dzisiaj obchodzimy Międzynarodowy Dzień Przytulania Perkusisty. Były jakieś specjalne życzenia dla Wojtka, nie mówię już nawet o tzw. misiu?
Michał Przerwa-Tetmajer: Nie wiedzieliśmy o tym! Zaraz po rozmowie przekażę chłopakom tę wiadomość i myślę, że mocno go uściskamy. Należy mu się to nawet i bez święta.

Skoro o świętach mowa: celebrujecie w tym roku pięciolecie istnienia zespołu Jazzpospolita. Były takie momenty, chociaż jeden, w którym pomyślałeś sobie, że nie warto ciągnąc tego dalej?
Nie miałem nigdy żadnych wątpliwości. Wręcz przeciwnie – z każdym rokiem razem z chłopakami wdrażaliśmy myśl „intensywniej, więcej, mocniej”. Nie było ani jednej chwili, w której pomyślelibyśmy o zawieszeniu działalności zespołu.

A kiedy Jazzpospolita przestała być zespołem jazzowym?
Jazzpospolita chyba nigdy nie była zespołem stricte jazzowym. Nie mieliśmy w historii grupy epizodu, w którym gralibyśmy koncerty z typowo jazzowym zacięciem. Zaryzykuję stwierdzenie, że inspiracje jazzowe pojawiły się w zespole wraz z dołączeniem do niego Michała Załęskiego i mnie. Wcześniej, kiedy zespół istniał na samym początku, wykonywał muzykę klubowo-elektroniczną bez naleciałości jazzowych. Nie mieliśmy natomiast z Michałem tak dużej mocy przebicia, aby po przybyciu zrobić z Jazzpospolitej grupę w stu procentach jazzową.

A chcielibyście, jako Jazzpospolita, nagrać taką typowo jazzową płytę?
Nie. Jako Jazzpospolita na pewno nie. Zespół ma już bardzo ugruntowany styl i nie będziemy go zmieniać. Ja swoją pasję do jazzu zrealizowałem natomiast na solowej płycie zatytułowanej „Doktor Filozofii”. Nie widzę natomiast potrzeby przenoszenia tych ambicji na grunt naszego zespołu.

Solowy projekt, o którym wspomniałeś, był bardziej odskocznią czy odpoczynkiem od tego, co robisz w Jazzpospolitej?
Mam potrzebę grania rzeczy różnorodnych. Gram muzykę mocno eklektyczną, jak w Jazzpospolitej, która już jest wynikiem mojego zamiłowania do różnorodności. Gram również typowy jazz, jak na „Doktorze Filozofii”. Współpracuję także z tancerzami tańca współczesnego – wówczas gram muzykę bardziej eksperymentalną, nie używam zbyt wiele gitary, ale samych efektów gitarowych, gdzie kręcąc potencjometrami i suwakami zyskuję różne ciekawe brzmienia, które pełnią rolę dialogu z tancerzami i tym, co oni wykonują. Zupełnie prywatnie grywam muzykę wszelaką: od amerykańskiego folku, po różnego rodzaju bluesy i covery. Jak widzisz, staram się nie zamykać na żaden gatunek.

Dzisiaj w Tarnowie graliście pierwszy raz materiał z nowej płyty zatytułowanej „Jazzpo!”, która ukaże się 20 października. W niektórych momentach po reakcjach publiczności widziałem małą niepewność co do premierowych utworów. Ludzie nie do końca wiedzieli czy dany kawałek wybrzmiał już do końca, czy to tylko pauza. Zapamiętałem jedną sytuację, kiedy po skończonym utworze spojrzałeś wymownie w stronę publiki, jakbyś chciał powiedzieć: „Tak, to już koniec”.
W umysłach odbiorców istnieje pewien konflikt. Niektórzy rwą się do tego, żeby bić brawo, inni lubią, kiedy muzyka wybrzmi ciszą. Ja często, jak kończymy utwór, mam spuszczoną głowę i zamknięte oczy, ponieważ potrzebuję tej sekundy ciszy i oddechu. Dopiero później, kiedy podnoszę głowę, jest to odzwierciedlenie tego, że utwór faktycznie się skończył i nastąpiło to chwilę po ostatnim dźwięku. Muzyka Jazzpospolitej nie jest oczywista i trudno jest, nie znając materiału, jak miało to miejsce dzisiaj, domyślić się gdzie jest ten faktyczny koniec konkretnej kompozycji. Ten element zaskoczenia, niepewności, takiego lawirowania między rzeczami znajomymi, a niepoznanymi jest właśnie tym, o co chodzi w ambitnej muzyce, która ma skłaniać słuchacza do myślenia i refleksji, w muzyce, która ma pokazywać rzeczy zaskakujące i nieoczywiste. Do takiego odbiorcy chcemy docierać.

Zespół Jazzpospolita (foto: materiały prasowe)

Jak pisaliście w informacji prasowej, płyta „Jazzpo!” nagrywana była na tzw. setkę. To nie był pierwszy raz jeśli chodzi o ten sposób rejestrowania materiału.
Wszystkie płyty Jazzpospolitej nagrywaliśmy na setkę – to należy absolutnie podkreślić, ponieważ w tej muzyce w znacznym stopniu chodzi o interakcję. Ta „setkowość” jest wręcz obowiązkowa. Różnica polega jednak na tym, że płytę „Jazzpo!” nagraliśmy po raz pierwszy w tym samym pomieszczeniu. Poprzednie płyty były bardziej separowane, co dawało pewne możliwości edycji, z których tak naprawdę nie korzystaliśmy. Nauczeni doświadczeniem uznaliśmy, że skoro i tak nie korzystamy z tej późniejszej edycji, to warto zebrać się w jednym pomieszczeniu i nagrać płytę w ten właśnie sposób. Wszystko po to, aby uzyskać bardziej naturalny miks stereofoniczny i oddać przestrzeń w sposób najbardziej naturalny. Muszę to powiedzieć: jesteśmy bardzo zadowoleni z końcowego efektu. Pomógł nam w tym Jan Smoczyński, który jest bardzo otwartym realizatorem, ma ogromną wiedzę i doświadczenie. Jan świetnie poczuł o co nam chodzi, co chcemy osiągnąć na „Jazzpo!” i wspólnymi siłami uzyskaliśmy to satysfakcjonujące nas brzmienie.

Trzeba było dojrzeć, jako zespół, do decyzji o umieszczeniu wszystkich instrumentów w jednym pomieszczeniu podczas procesu nagrywania? Był to kolejny etap, do którego dotarł zespół?
Na pewno tak. Po pierwsze, ruch ten był efektem nabrania przez zespół doświadczenia. Jesteśmy starsi, mądrzejsi, więcej wiemy na temat pracy w studio, jesteśmy mniej bojaźliwi w kwestii podejmowania decyzji. Po drugie, jeszcze raz podkreślam rolę Jana Smoczyńskiego i jego nieocenionego wkładu.

Można powiedzieć, że Jan Smoczyński był piątym członkiem zespołu Jazzpospolita?
Aż tak bym tego nie nazwał. Jan nie ingerował w zasadnicze brzmienie instrumentów, kompozycje oraz improwizacje. Natomiast doskonale poczuł naszą muzyczną wizję i umiejętnie oddał to na płycie.

Czy to, że nagrywacie w pełni instrumentalne utwory i później musicie nadać im jakieś tytuły, jest problemem? Co się pojawia najpierw: pomysł na tytuł, temat przewodni czy muzyka?
Przy okazji „Doktora Filozofii” tytuły powstawały dużo później. Natomiast w przypadku Jazzpospolitej bywa różnie. Czasami pojawia się utwór z roboczym tytułem, który wykorzystujemy na próbach, a później ten tytuł zmieniamy. Zdarza się jednak, że na próby przychodzimy z utworami, których tytuły zostają zaakceptowane od razu. Tak było chociażby w przypadku „Istoty” i „Balkonów”. Często zdarza się też tak, że autor utworu ma zupełnie inne wyobrażenie na temat tego, jak kawałek ma zabrzmieć. Później, pod wpływem modyfikacji wprowadzonych przez cały zespół, okazuje się, że pierwotny tytuł nie pasuje już do muzyki i trzeba go po prostu zmienić. Tak było z „Dobrze jest mieć odznakę”. Początkowo był to tytuł innego utworu, ale uznaliśmy, że lepiej będzie pasować do utworu, który dzisiaj zagraliśmy.

Jeden z muzyków powiedział mi kiedyś, że strasznie bawią go sytuacje, kiedy po koncertach podchodzą do niego ludzie i mówią, że zamykając oczy podczas słuchania muzyki wyobrażają sobie rzeczy wymienione w tytułach. On natomiast nie przywiązuje dużej wagi do nazywania utworów, często robiąc to bez większego zastanowienia, stąd też jego reakcja.
Ja myślę, że to jest kwestia sugestii. Jeśli zna się tytuł utworu, to słucha się granej muzyki pod jego kątem. W muzyce programowej utwory często z założenia, poprzez środki wyrazu, które się dobiera, mają oddać temat zadany w tytule. Czasami jest tak, że tytuł nie jest związany z samą muzyką, ale okresem w życiu autora, z osobami bliskimi twórcy. W kwestii tytułów bywa naprawdę różnie. (śmiech)

W kuluarowych rozmowach po dzisiejszym koncercie dało się słyszeć opinię, że „Jazzpo!” to najlepsza płyta Jazzpospolitej.
Jesteśmy tego samego zdania!

Dopuszczasz do siebie myśl, że pod koniec roku, kiedy zaczną pojawiać się wszelkiego rodzaju podsumowania, to „Jazzpo!”, pomimo dobrego poziomu, nie będzie wymieniana na listach z najlepszymi płytami?
Rankingów jest tak wiele, że przynajmniej w jednym-dwóch nasza płyta zostanie uwzględniona.

Paradoksem będzie pewnie to, że ona pojawiać będzie się w rankingach typowo jazzowych, chociaż sam materiał z jazzem wspólnego ma niewiele.
Być może tak właśnie będzie. Pojawia się jednak coraz więcej stron internetowych, portali, blogów, a nawet festiwali, które traktują o muzyce w sposób bardzo otwarty i nieszablonowy. Osobiście bardzo mnie to cieszy, ponieważ sam patrzę na muzykę w ten sposób i wierzę, że tam właśnie „Jazzpo!” znajdzie uznanie. Żyjemy w okresie, w którym istnieje potrzeba tego typu nośników medialnych i miejsc. W dobie Internetu w przeciągu jednego dnia można przesłuchać masę płyt różnorodnych pod względem gatunkowym, stylowym czy miejsca pochodzenia ich twórców. Tych muzycznych mikstur będzie coraz więcej, zatem zapotrzebowanie na miejsca, gdzie będzie można poznać te nowości, będzie również coraz większe. Jazzpospolita, jako zespół, podłącza się pod tego typu ponadgatunkowe działania.

Dobrze, że wspomniałeś o tej wielości gatunków, ponieważ chciałem też poruszyć temat udziału Jazzpospolitej na płycie Noxa „Mikrokosmos”. Jak zareagowaliście na propozycję z jego strony?
Trzeba przypomnieć, że udział na „Mikrokosmosie” nie był naszą pierwszą współpracą z tym producentem. To my jako pierwsi zaproponowaliśmy Kubie, żeby przygotował dla nas remiks na płytę „RePolished Jazz”. Po wszystkim pozostaliśmy w kontakcie. Kuba od czasu do czasu wysyła do nas prośby o podesłanie próbek bębnów, basów, gitar. Interesują go zwłaszcza dźwięki gitar mocno przetworzone przez różnego rodzaju efekty. Przy okazji „Mikrokosmosu” pojawiła się okazja, aby zrewanżować się Kubie za wcześniejszą współpracę.

Przejdźmy do Twojej solowej płyty – „Doktora Filozofii”. Na scenie nie jesteś już postacią anonimową, działasz od pewnego czasu w Jazzpospolitej, jednak autorski album pojawił się dopiero teraz. Dlaczego?
Wynika to z tego, że pojawił się odpowiedni moment. Jazzpospolita jest bardzo absorbującym projektem, w którego rozwój, podobnie jak trójka moich kolegów, wkładam sporo energii. W związku z tym, że doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny, a ja mam jeszcze trochę innych zajęć, nie jestem w stanie zrobić wszystkiego od razu. Trzeba dodać, że od pewnego czasu Jazzpospolita działa na zasadzie self-managementu, czyli wszystko tak naprawdę zależy od nas. W tym roku pojawił się krótki okres odpoczynku od Jazzpospolitej – mniej koncertowaliśmy, bardziej skupiliśmy się na komponowaniu muzyki i na próbach. Pomyślałem sobie, że to jest ten moment! Zaproponowałem udział w projekcie Janowi Smoczyńskiemu, Michałowi Jarosowi i Hubertowi Zemlerowi. Byłem bardzo szczęśliwy, że moi „pierwsi wybrańcy” od razu się zgodzili i mieli czas, aby ze mną pracować. Odbyliśmy kilka prób, później dosyć szybko nagraliśmy cały materiał. Następnie nastał cięższy okres poświęcony wydaniu płyty i jej promocji. Ledwo co skończyłem promocję „Doktora Filozofii” w polskich mediach i już przyszedł czas na Jazzpospolitą. (śmiech)

Nie żałujesz, że nie miałeś okazji kontynuować tematu solowej płyty?
Trochę żałuję, ale jak wspominałem wcześniej – doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. Ja chętnie bym się rozdwoił i pojechał w jednym czasie w trasę z materiałem solowym, i w drugą trasę z „Jazzpo!”. (śmiech)

Okładka płyty „Doktor Filozofii”

Temat „Doktora Filozofii” nie musi być przecież zamknięty. Przy okazji kolejnego przestoju w Jazzpospolitej można wrócić do promowania tej płyty chociażby koncertami.
Absolutnie tak! Jeśli tylko znajdę odpowiedni moment i osoby, które będą chętne ze mną współpracować – muzycznie i menadżersko – to natychmiast wykorzystam okazję, aby zorganizować koncerty promujące płytę „Doktor Filozofii”, albo wydać kolejną solową płytę ponieważ mam już pewne pomysły, które chciałbym zrealizować. Jest to jednak plan na dalszą przyszłość – to Jazzpospolita jest moim priorytetem, jestem wierny temu zespołowi.

Wyznanie, które niekoniecznie często można usłyszeć w dzisiejszych czasach.
Ja akurat bardzo lubię pracę zespołową. Oczywiście miło jest być na świeczniku, mieć swój solowy projekt i być liderem, natomiast kiedy przeanalizuje się wszystkie „za” i „przeciw”, to ostatecznie lepiej czuję się w pewnej społeczności – nawet tak małej, czteroosobowej, jak Jazzpospolita.

Po tych pięciu latach istnienia jako Jazzpospolita oraz wydaniu solowej płyty uważasz, że na polskiej scenie jazzowej jest się trudno przebić?
(po zastanowieniu) Myślę, że nie jest trudno zaistnieć w świadomości dość wąskiej grupy odbiorców jazzu i muzyki alternatywnej. Dużo trudniej jest dotrzeć do szerszej publiczności.

To ciekawe co powiedziałeś. Osobiście uważam, że jazz jest najbardziej otwartą muzyką na inne gatunki. Popatrz na wielość połączeń jazzu z innymi gatunkami, jak chociażby soul, rock, rap.
To dlaczego nie organizuje się festiwalu jazzowego na Stadionie Narodowym w Warszawie?

Może chodzi o klimat mniejszego klubu i bliskość na linii słuchacz-zespół-muzyka?
Jazzpospolita bardzo dobrze brzmi na dużych scenach. Występowaliśmy z zespołem na Męskim Graniu dla około piętnastu tysięcy osób i bardzo dobrze się tam czuliśmy. Bardzo miło wspominam tamten koncert. Reakcja publiczności też była fantastyczna!

Ale to jest Jazzpospolita, o której powiedzieliśmy, że nigdy nie była zespołem typowo jazzowym. Utwory z Twojego solowego albumu pewnie nie zgrałyby się już dobrze z takim miejscem, jak Stadion Narodowy.
Są na świecie ogromne imprezy jazzowe, jak chociażby Newport Jazz Festival, które zbierają ogromną publiczność i artyści prezentują tam akustyczny jazz. Uważam, że odpowiedni klimat dla każdego typu muzyki można stworzyć zarówno w małym klubie, jak i na dużej scenie plenerowej.

Czyli problem leży po stronie polskiego słuchacza?
Polskiego, europejskiego. Ale nie chodzi tu o jakość słuchacza – ta publiczność, którą ja znam jest fantastyczna. Problem jest w tym, że jazz i muzyka alternatywna nie docierają dziś do masowego odbiorcy. To nie jest coś, co chętnie puszcza się w telewizji, która gromadzi największą rzesze odbiorców. Jazzu słuchają osoby, które mają ochotę sięgnąć po coś innego niż to, co podaje się im na tacy.

Na początku naszej rozmowy powiedziałeś, że przez te pięć lat nie było momentu zwątpienia w działalność zespołu Jazzpospolita. Uważasz, że grupa ta będzie takim projektem na lata? Mając pięćdziesiąt lat dalej będziecie współpracować w niezmienionym składzie?
Bardzo sobie tego życzę. Sebastian Szafarz, który zapowiadał nasz dzisiejszy koncert, wspomniał o sile zespołu, która tkwi w jego niezmiennym składzie. Zgadzam się z tą opinią. Chciałbym, aby Jazzpospolita istniała jak najdłużej w dobrej muzycznej formie.

Okładka płyty „Jazzpo!”

Wywiad przeprowadzono 10 października 2014 roku po koncercie zespołu Jazzpospolita w Tarnowie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.