[Podsumowanie 2013 roku] Najlepsze polskie płyty

Ostatnia odsłona muzycznego podsumowania 2013 roku. W rozwinięciu wpisu przedstawiam dziesięć najlepszych polskich płyt ostatnich dwunastu miesięcy.

Dziesiątkę, jaką widzicie poniżej, wybrać było niezwykle trudno. I słowo „trudno” nie zostało umieszczone przeze mnie ponieważ tak wypada i dobrze świadczy o poziomie krajowych wydawnictw mających swoją premierę w 2013 roku. Selekcja dziesięciu płyt i przyporządkowanie im kolejnych miejsc okazało się zadaniem cięższym niż podobna akcja mająca miejsce rok temu. W finałowej, wąskiej grupie tytułów zabrakło kilku istotnych debiutów, jak chociażby Funky Flow „3”, Poleshift Project „Moozig”, Mango Collective „Mango Collective”, Łagodna Pianka „Najmniejsze przeboje”, Marcin Ciupidro „Talking Tree” i Ocean of Noise „Ocean of Noise”. W ostatecznej rozgrywce odpadły również następujące krążki: Sokół i Marysia Starosta „Czarna biała magia”, Tatvamasi „Parts of the Entirety”, Deobson „Oddycham”, Mariusz Bogdanowicz Quartet „Syntonia”, Marek Napiórkowski „Up!” i Mikromusic „Piękny koniec”. Było naprawdę blisko.

Po długim namyśle (kolejny raz jestem bardzo świadomy używanych przeze mnie słów, bowiem listę tę tworzyłem od pierwszych dni grudnia, a jej ostateczna forma częściowo różni się od pierwszej) postawiłem na dziesięć poniższych płyt. Uważam je za najlepsze albumy muzyczne, jakie ukazały się w minionym roku. Czy za ponad dekadę ktoś będzie o nich pamiętał? Nie wiem czy ktoś, ja na pewno.

1. Iza Kowalewska „Diabeł mi Cię dał” (Universal)
Tomasz Doksa recenzując tę płytę stwierdził, że z chęcią powiesiłbym plakat Izy Kowalewskiej na ścianie. Mój kolega, Mariusz, bardziej dosadnie ujął sprawę, mówiąc, że Izy nie wypuściłby z łóżka. Ja pozostanę przy najmniej kontrowersyjnym wariancie, mianowicie słuchania w kółko, przez cały dzień płyty “Diabeł mi Cię dał”. A słuchać jest czego. Debiutancka solowa płyta wokalistki znanej doskonale (mam nadzieję, że doskonale!) z zespołu Muzykoterapia, to zestaw bardzo dobrych pop-jazzowych utworów. Niby piosenki o miłości, niby kolejny raz tematyka damsko-męskich relacji, które w historii muzyki poruszane były wielokrotnie, ale wszystko podane w sposób, do którego, jako słuchacza, nie trzeba mnie długo przekonywać. Wokal Izy zawsze działał na mnie jak ser na Jacka Rokfora z kreskówkowej “Brygady RR”. Wystarczy moment, a ja już jestem zaczarowany. Do tego, uzupełniająca fakturą muzyczną walory głosu Kowalewskiej ekipa z Dominikiem Trębskim (dęciaki), Marcinem Ułanowskim (perkusja) i Bernardem Maselim (wibrafon) na czele. Nazwiska, które gwarantują realizację zadań kompozycyjnych w stu procentach i zgodnie z zamysłem samej Izy będącej autorką melodii zawartych na płycie. Wszystko to daje nadzieję na sukces. Pozostaje pytanie, czy krajowe media są w stanie zainteresować się wokalistką oferującą tylko (aż!) muzykę na tak dobrym poziomie?

2. Kixnare „Red” (U Know Me Records)
Pochodzący z Częstochowy, ale mieszkający obecnie w Krakowie, producent i didżej nie zawodzi. Jego kolejny muzyczny projekt przynosi wszystko to, czego można było się spodziewać. Przede wszystkim chodzi o dobrą muzykę. Kixnare nie jest już postacią anonimową dla polskich klubowiczów – zresztą te tysięce odsłon teledysku zrealizowanego do „Gucci Dough” nie mogą być przypadkiem. Kix doskonale zna scenę, niczym najczulszy radar wyczuwa zmiany i trendy panujące na klubowych parkietach. Odzwierciedleniem tego jest album “Red” – mieszanka soulowych sampli, londyńskiego house’u, grubego basu, połamanych, hip-hopowych bitów i miłej dla ucha elektroniki.

3. Peter John Birch „When The Sun’s Risin’ Over The Town” (Borówka Music)
Największe muzyczne wydarzenie początku ubiegłego roku, czyli premiera solowej płyty Petera J. Bircha. W wywiadzie Piotrek powiedział mi, że jego marzeniem jest zagrać w Stanach Zjednoczonych. Życzę mu tego z całego serca. Muzyka jaką wykonuje do świadomości krajowego słuchacza dotrze może za dziesięć lat (a może wcale nie dotrze?). Gdzieś między Kalifornią a Alabamą byłby szanowanym przedstawicielem folkowej sceny, w Polsce przez większość czasu grał supporty przed Cezikiem (chociaż im bliżej końca 2013 roku, tych solowych koncertów było już całkiem sporo). Płyta z folkowym, takim typowo amerykańskim zacięciem, często niczym rodem z westernu lub filmu przygodowym o dzielnym szeryfie gdzieś na krańcu Dzikiego Zachodu. Jak mawiał Leo Benhakker: poziom międzynarodowy.

4. VNM „ProPejn” (Prosto Label)
VNM idzie po swoje i chociaż w singlowym „Obiecaj mi” wyznaje, że po premierze poprzedniej płyty przeżył kryzys twórczy, na “ProPejn” zupełnie nie jest to odczuwalne. Kolejny materiał i osiągnięcie kolejnego levelu. Trzynasty rok działalności muzycznej, trzynasta płyta, trzynaście tracków na nowym CD na koniec 2013 roku. Trzynastka wcale nie okazuje się pechowa – chyba, że dla reszty rapowej sceny, która znowu ogląda plecy Lewandowskiego. Recenzja.

5. Dawid Podsiadło „Comfort and Happiness” (Sony)
Po Dawidzie spodziewano się wiele. Pojawiały się jednak obawy, że młody muzyk nie wytrzyma ciążącej na nim presji. Wszyscy doskonale pamiętamy pierwszą przygodę nastolatka z programem „X Factor” i jego – nazwijmy to po imieniu – porażkę. Wówczas Podsiadło nie był jeszcze mentalnie gotowy na sukces. Rok później powrócił i od castingu, aż do samego finału deklasował innych uczestników. Dystans nad goniącym go pop-peletonem utrzymany zostaje także teraz, po premierze albumu “Comfort and Happiness”. Płyta zdecydowanie dla tych, którzy wspierali wokalistę jeszcze przed przygodą w programie, jak i tych, którzy w tamtym czasie stali się jego fanami. Podsiadło w kolejnych piosenkach jest jakby trochę wycofany, nieco wyciszony, jakby bał się mikrofonu, jakby z obawą podchodził do swoich wokalnych umiejętności. Jest w tym trochę z Coldplay, trochę ze Skubasa, jednak nie ma mowy o kserowaniu. Podsiadło ma swój styl, którego zdecydował się trzymać, którym ma zamiar zawojować rodzimą scenę.

6. Tomasz Makowiecki „Moizm” (Sony)
Nie skreślam, jak niektórzy, wcześniejszych dokonań Makowieckiego, które – mówiąc szczerze – bardzo mi się podobały. “Moizm” to jednak zupełnie nowy rozdział w karierze artysty, który płytą tą stawia grubą kreskę między tym, co wcześniej i tym, co teraz. Po rocku i popie spod znaku indie, Makowiecki wchodzi na tereny dla siebie do tej pory dziewicze. Na szczęście swoje (i słuchaczy) ma dobrych przewodników – na czele z bogiem krajowej elektroniki Władysławem Komendarekiem. Album, który promowany jest przez będący już hitem singiel „Holidays in Rome”, tak naprawdę mało ma wspólnego z klimatem, jaki znamy ze wspomnianego utworu. “Moizm” to materiał o wiele spokojniejszy. Złudne przekonanie o przebojowości płyty, jakiego nabieramy po zapoznaniu się z “Holidays in Rome”, pryska już przy otwierającym album “Dziecku szczęścia”. Utwór ten długością przebija nawet piosenki znane z ostatnich płyt Justina Timberlake’a. Dziesięć minut ciągłego (co nie znaczy, że złego w odbiorze) powtarzania tego samego rytmu. Reszta kompozycji, chociaż krótsza, prezentuje podobny klimat. Momentami można mieć wrażenie, że na “Moizmie” Makowiecki jest męską, emanującą nieco mniejsza energią, wersją Moniki Brodki, która już rok temu obrała taką muzyczną drogę, porzucając popowe piosenki na rzecz elektronicznych dźwięków. Płyta będąca efektem podążania za panującą obecnie modą na Daft Punk i temu podobne projekty? Nawet jeśli tak właśnie jest, to niewielu udało się zrobić to na takim poziomie, jak Makowieckiemu.

7. Lena Romul „Industrialnie/Instynktownie” (Captain Earth)
Fonograficzny debiut Leny Romul pokazuje jej dwa muzyczne oblicza i naprawdę trudno jest mi określić, które z nich prezentuje się lepiej. “Industrialnie”, nie licząc małych potknięć i kilku wolniejszych numerów, jest krążkiem ciekawym i wciągającym. Jazzowe “Instynktownie” udowadnia natomiast, że główna nagroda konkursu Jazz Juniors przyznana Lenie kilka lat temu nie była pomyłką. Ten album jest niczym moneta – posiada swój awers i rewers. Różnica tkwi jednak w tym, iż rzucając nią, bez względu na to, co wypadnie – orzeł czy reszka – zawsze wygramy obcując z dobrą, utrzymaną na wysokim poziomie muzyką. Recenzja.

8. Waglewski Fisz Emade „Matka, Syn, Bóg” (ART2/Agora)
Melancholijno-bluesowo-alkoholowo-spowiedniczy ton sprawia, że nowe muzyczne dziecko Waglewskich jest niczym rozmowa dojrzałych i doświadczonych życiem mężczyzn “przy kielichu”, podczas której poruszane są tematy trudne, ale jednocześnie ważne. Potwierdzeniem jest już otwierający płytę utwór “Pocisk”, w którym muzycy serwują nam “ciemno” brzmiące gitary. Najmocniejszym utworem zawartym na płycie okazuje się “Ojciec”. Ta swego rodzaju rozmowa przedstawicieli dwóch pokoleń o przemijaniu, ostatnich momentach wśród żywych skłania słuchaczy do refleksji. Recenzja.

9. Palmer Eldritch + Justyna Sylwia „Black To White” (Skwer)
“Dlaczego kolejny raz twórczość Palmer Eldritch nie przekroczy granicy i nie wyjdzie poza grupę słuchaczy sympatyzujących z wytwórnią Skwer?” – takie pytanie niemal zawsze można było zadać sobie przy okazji premiery każdej z płyt nagrywanych przez Rapha i digana. Tym razem plany użycia zgranej frazy pokrzyżowali mi sami muzycy. Ciekawe do tej pory brzmienia duetu wzbogacone zostało przez wokal doskonale pasujący do granych dźwięków. Połączenie tych dwóch elementów dało w efekcie najlepszą, najbardziej dojrzałą i najlżejszą w odbiorze płytę w dorobku Palmerów. Mniej elektroniki, więcej akustycznego grania, delikatności i tajemniczości, przy jednoczesnym zachowaniu odpowiedniej odległości od nudy i zbytniej nostalgii. Sprawdź wywiad, w którym muzycy i wokalistka opowiedzieli o pracy nad tym albumem.

10. Hatti Vatti „Algebra” (Nowe Nagrania)
Propozycja dla tych, którzy od gitarowego grania cenią sobie bardziej muzykę elektroniczną, jednocześnie przedkładając spokój nad zgiełk i hałas. Materiał nie posiada standardowych tytułów. Rolę tę przejęły kolejne cyfry, którymi numerowane są następujące po sobie utwory. Kompozycje, owszem, różną się od siebie, ale jednocześnie mogą być brane pod uwagę jako jeden, długi na kilkadziesiąt minut utwór. W filmiku zapowiadającym album, autor opowiada o historii powstawania “Algebry” i inspiracjach, którymi były kraje islamskie i tamtejsza kultura. Hatti Vatti za temat zabrał się dość poważnie, faktycznie odbywając podróż po krajach arabskich, nie opierając się przy tym wyłącznie – jak zrobiłaby to zapewne większość dzisiejszych tzw. artystów – na Youtube’ie, przewodnikach Pascala czy mapach Google’a. “Algebra” to swego rodzaju pocztówka z wojaży, kartki muzycznego dziennika, na których producent poprzez nuty snuje wspomnienia z dalekich – geograficznie, mentalnie i kulturowo – krain. Najmocniej (najbardziej charakterystycznie?) wpływ podróży po Iranie czy Turcji słychać w trackach #5 i #7. Płyta zdecydowanie na spokojniejszy moment dnia, bardziej do słuchania w samotności niż w towarzystwie. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.