[Podsumowanie 2013 roku] Najlepsze zagraniczne płyty

Przedostatnia część podsumowania 2013 roku. Tym razem prezentuję dziesięć najlepszych zagranicznych płyt, wcześniej jednak tłumacząc się z pewnego zaniedbania.

Zastanawiałem się, czy stworzyć taką listę. Wszystko przez jeden bardzo istotny fakt: w minionym roku przesłuchałem stosunkowo mało zagranicznych płyt. Niespełna osiemdziesiąt, czyli mniej więcej trzy razy mniej niż w 2012 roku. Zdaję sobie sprawę, że mogłem przegapić masę dobrych (ba, nawet wybitnych) krążków, wśród których znajduje się potencjalny numer jeden. Posypuję głowę popiołem i obiecuję poprawę na przyszłość, nadrobienie zaległości w stopniu największym jak to tylko możliwe oraz – rzecz jasna – sprawdzanie na bieżąco ukazujących się nowości. Ostatecznie prezentuję najlepsze zagraniczne płyty – warto by dodać – opierając się na minimalnej znajomości ubiegłorocznych wydawnictw.

1. Jimi Hendrix „People, Hell & Angels” (Legacy Recordings)
(Jeśli dobrze liczę) dwunasta płyta, jaka ukazuje się po śmierci Hendrixa, zawiera czternaście nigdy wcześniej niepublikowanych utworów (w tym dwanaście autorskich piosenek samego Mistrza). Materiału archiwalnego ze studia nagraniowego jest podobno tak dużo, że wystarczy na kolejny tuzin krążków. Jak zwykle w takim przypadku powstaje problem: wydawać, czy nie wydawać, zarabiać na trupie, czy nie zarabiać? Każdą sytuację życiową, także i tę, należy rozpatrywać osobno. Po tym, co usłyszałem na “People, Hell & Angels” jasne jest dla mnie, że decyzja o wydaniu tych piosenek była bardzo słuszna. Płyta emanuje mocno bluesowym klimatem. Już pierwsze trzy utwory – “Earth Blues”, “Hear My Train a Coming’” i “Bleeding Heart” – zabarwione są tego typu gamą dźwięków. Styl, w którym muzyka Hendrixa tak naprawdę ma swój początek, przewija się przez cały materiał (ot, chociażby dla przykładu w pełni instrumentalna kompozycja “Easy Blues” oraz także pozbawiony wokalu, blues-rockowy “Inside Out”). Na sam koniec płyty Jimi ponownie zapuszcza się w bluesowe strony, czego efektem “Villanova Junction Blues”. “People, Hell & Angels” to także album naznaczony funkiem i elektro-soulem. Energiczny i skoczny numer “Baby, Let You Move You” z gościnnym udziałem saksofonisty Lonniego Youngblooda, który wspomnianą piosenkę wzbogaca również swoim charakterystycznym wokalem, stawia niejako “kropkę nad i”, stanowiąc dobitny argument przemawiający za słusznością publikacji tych nagrań. Zabrzmi to sztampowo, ale Hendrix wiecznie żywy.

2. Tom Odell „Long Way Down” (Columbia Records)
Wielka Brytania ma nową gwiazdę. Tom Odell z miejsca znalazł się w centrum niemałej wojny, której powodem jest oczywiście muzyka. Już dawno recenzenci na Wyspach nie byli tak odmienni w swoich opiniach na temat jednej płyty. “Long Way Down” zbiera przeróżne oceny – od zera (tak, zera!) w “NME”, przez jedną gwiazdkę w “Independent”, aż po cztery na pięć punktów w “The Daily Telegraph”. Masa nagród – sprezentowanych chyba w formie zachęty przed premierą albumu – i wróżenie kariery muzycznej wreszcie przerodziły się w namacalne. Pierwszy w dorobku album Odella, pomimo złej prasy, i tak zdołał zadebiutować na pierwszym miejscu brytyjskiej listy sprzedaży. Zadziałała maksyma “Nieważne jak piszą – ważne, żeby pisali”? Być może. Ja wierzę jednak, że słuchaczy przekonała muzyka. “Long Way Down” to dziesięć utworów, zajmujących w sumie nieco ponad pół godziny, opartych na charakterystycznym brzmieniu fortepianu i gitary. Na tle tych dźwięków idealnie odnajduje się wokal Odella, dając klimatyczną, emocjonalną i ciepłą płytę – wbrew opinii niektórych brytyjskich recenzentów – jedną z lepszych pozycji, jakie ukazały się w tym roku.

3. Miley Cyrus „Bangerz” (RCA Records)
Miley Cyrus nie jest już typem słodkiej, młodszej siostry kolegi ze szkoły (pedobear mode off). Dzisiaj, ta 21-letnia już młoda kobieta, wychodzi z założenia, że grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne idą tam, gdzie chcą. Wokalistka dorosła, a razem z nią jej fani, którzy nie szukają już uśmiechniętej dzieciny w warkoczykach, ale prowokacyjnej i hedonistycznie nastawionej do życia panny. Cyrus spełnia ich oczekiwania w stu procentach, nagrywając przy tym swoją najlepszą płytę. “Bangerz” to dobry, nowoczesny pop: ostrzejszy niż “Prism” Katy Perry i nie celujący aż tak w artyzm niczym “Artpop” Lady Gagi. Co ciekawe, Miley zamiast zacząć płytę od mocnego wejścia, decyduje się na rzecz dzisiaj spotykaną rzadko, czyli piosenkę spokojną, wręcz balladową (“Adore You”). Późnej, ten wolniejszy ton powraca jeszcze chociażby w “My Darlin’” z gościnnym udziałem Future’a. Trzeba przyznać, że ta część płyty jest słabsza – Cyrus wybitną wokalistką nie jest i braki uwidocznione zostają właśnie w spokojniejszych i wolniejszych kawałkach. Reszta materiału, to już rzecz zgoła odmienna: zabawa, blichtr i blask ubrany w klubowe i elektroniczne klimaty (“FU”, “SMS”, “#GETITRIGHT”) z domieszką hip-hopowego brzmienia (“Do My Thang” czy “Love Money Party” z Big Seanem na featuringu). Całość mocnym akcentem kończy utrzymany w stylistyce trap utwór “Someone Else”. Z Miley, mam nadzieję, będzie tak, jak z Marią Peszek w ubiegłym roku: na początku większość z nas kpiła z jej leżenia na hamaku, by po sprawdzeniu płyty docenić ją za muzykę. Jak dla mnie, najlepsza popowa płyta tego roku, a stawianie jej na równi z ostatnimi dokonaniami One Direction i Justina Biebera jest nie na miejscu. Ci pierwsi dalej tkwią z muzycznej szkole podstawowej, a autor “All Around the World” dorastanie kończy na chęciach i meszkowatym zaroście pod nosem.

4. Bonobo „The North Borders” (Ninja Tune)
Nowy album Bonobo jakby trochę inny niż w ostatnich latach, ale wciąż utrzymuje dobry poziom swojego brzmienia. Czuć powrót do korzeni i pierwszych płyt (krążki “Animal Magic” oraz “Dial M For Monkey”). Nie mamy jednak do czynienia z tanim chwytem marketingowym mającym przyciągnąć na nowo starych słuchaczy i fanów. To przemyślany zwrot do muzyki tworzonej dekadę temu (downtempo i nu-jazz), przy jednoczesnym odejściu od trip-hopowy klimatów. Do tego kilka wycieczek w rejony dubstepu (chyba najmniej ciekawe fragmenty płyty) oraz soulu okraszonego miłą elektroniką. Dodatkowy plus za kolaboracje z Eryką Badu i Cornelią.

5. Dido „Girl Who Got Away” (RCA Records)
Pamiętam jak o ostatnim albumie Dido (“Safe Trip Home”) pisano, że to najnudniejsza płyta 2008 roku. Informacja dla wszystkich tych, którzy spodziewali się rewolucji: Brytyjka nie zaczęła grać heavy metalu. “Girl Who Got Away” to kolejny spokojny, popowy album w dorobku Dido. Owszem, z większą ilością elektroniki (“Blackbird”), może bardziej przebojowy od ostatnich poczynań (szczególnie za sprawą singla “No Freedom”), kolejny raz w kolaboracji z przedstawicielem środowiska hip-hopowego (“Let Us Move On” z Kendrickiem Lamarem), jednak to wciąż pani Armstrong ze swoim delikatnym wokalem, doskonale sprawdzającym się w spokojnych, melodyjnych piosenkach o miłości (bo o czym innym?).

6. Rykarda Parasol „Against The Sun” (EMI)
“Against the Sun”, zgodnie z przesłaniem tytułu płyty, to zestaw mrocznych piosenek. Chcesz słońca i ciepła – posłuchaj reggae. Tutaj rządzi surowy klimat. Głównym budulcem aury bijącej z każdego z utworów jest głos artystki. To on nadaje ton, wysuwając się na pierwszy plan. Muzyczne tło (minimalistyczne, oparte głównie na gitarze akustycznej, dopieszczone dodatkowo m.in. przez smyczki i klawisze) wspaniale dopełnia wokal Rykardy, dając w rezultacie interesującą płytę, pełną smaczków, psychodelicznych uniesień i folkowych brzmień. Recenzja.

7. Alice Russell „To Dust” (Differ-ant/Tru Thoughts)
Brytyjka od prawie dekady, płyta po płycie, buduje swoją renomę i pozycję na muzycznej scenie. Bez spektakularnych sukcesów, ale z niezwykle równymi krążkami, niemal co roku Russell serwowała nam soulowe piosenki, których chciało się po prostu słuchać. Wydając w 2009 roku swoją ostatnią solową płytę, w kolejnych latach wokalistka skupiła się na innych aspektach muzycznej kariery, publikując m.in. w 2012 roku wspólny album z producentem i didżejem Quantikiem (“Look Around The Corner”). Teraz wraca w pojedynkę i znów czaruje – przede wszystkim głosem, który bezsprzecznie należy do najlepszych współczesnych kobiecych wokali. Ukłon w tym miejscu należy się producentowi płyt, Alexowi Cowanowi, który tak umiejętnie żongluje kolejnymi muzycznymi fakturami, że te nie zabierają miejsca wokalowi, nie przytłaczają go, a wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej uwypuklają. Singlowe “Heartbreaker” niszczy perkusją, w “Citizens” Russell pięknie unosi się nad tłem tworzonym przez chórek i dźwięki fortepianu. Tu urocze jest nawet wymieniane kolejnych liter alfabetu w otwierającym płytę, półtoraminutowym “A to Z”. Takie płyty się słucha i chwali, słucha i chwali, słucha i chwali. I tak w kółko.

8. Nick Cave & The Bad Seeds „Push the Sky Away” (Bad Seed Ltd.)
“And some people say it’s just rock’n roll. Oh, but it gets you right down to your soul” śpiewa na nowej płycie Nick Cave wyrażając niejako wszystko to, o czym chciałbym teraz napisać. Album “Push the Sky Away” to zmiana o przysłowiowe 180 stopni w stosunku do ostatniego krążka nagranego z The Bad Seeds. “Dig, Lazarus, Dig!!!” było bardziej energetyczne, szorstkie, ze szczyptą muzycznego wariactwa. Tegoroczny krążek to spora dawka minimalizmu, ballad i spokojnych brzmień. Ktoś powie, że to alternatywny rock, sam Cave, że rock’n’roll, ja zaryzykuję stwierdzenie, że mamy do czynienia ze swego rodzaju bluesem połączonym z wrażliwością odbierania otaczającego nas świata charakterystyczną dla urodzonego w Australii artysty. Tylko w zasadzie po co nazywać i szufladkować, skoro z każdą metką ta muzyka będzie po prosty dobra?

9. Torres „Torres” (Independent)
Debiut 22-latki z Nashville. Torres (właściwie Mackenzie Scott) nagrała album surowy, chropowaty w warstwie dźwiękowej, eksponujący w tekstach sporo emocji, których źródłem są osobiste historie i wyznania. Minimalistyczne utwory, często ograniczające się jedynie do dźwięków gitary (ponoć na instrument składała się najbliższa rodzina wokalistki) mogą się podobać. Materiał na “Torres” udowadnia, że nie trzeba dużo, aby słuchacza zachęcić do poświęcenia godziny z życia. Mały minus za zbyt dużą monotonię. Chociażby utwory “November Baby”, “Chains” i “Waterfall” są do siebie tak podobne, że umieszczenie ich na płycie obok siebie sprawiłoby wrażenie obcowania z jedną, długą na kilkanaście minut piosenką. Na szczęście autorce udał się zabieg “zatuszowania całej sprawy” poprzez rozsianie wspomnianych kawałków po całym krążku. W końcu spryt i ukrywania swoich niedostatków to także ważne atrybuty. Na panię Scott warto zwrócić uwagę i już od dzisiaj śledzić jej kolejne muzyczne ruchy.

10. Janelle Monae „The Electric Lady” (Wondaland Arts Society/Bad Boy Records)
Podzielenie płyty na dwie części okazało się strzałem w dziesiątkę (zbieżność z zajmowaną pozycją nie jest jak widać przypadkowa). Jedna bardziej popowa i przebojowa, druga wypełniona balladami i soulowymi momentami. Taneczny „We Were Rock & Roll” i płonący groovem „Givin’ Em What They Love” z gościnnym udziałem Prince’a okazują się najmocniej zapadać w pamięć. Wolniejsze numery – na czele z „Victory” – ukazują wokalne możliwości Monae. Aranż, dobór brzmień, kilka przebojowych momentów, przerywniki i przejścia między utworami – ta płyta ma w zasadzie wszystko, żeby zamiast na miejscu 10. uplasować się na szczycie tej listy. W zasadzie wszystko, ponieważ Janelle zawiodła selekcją piosenek, z których część mogłaby po prostu sobie odpuścić (np. „Ghetto Woman”, „What an Experience”). Niby drobnostka, ale kosztowało ją to dziewięć pozycji. (MAK)

One Comment

  1. Skub

    Mateusz ! „What an Experience” Janelle, to jeden z najlepszych utworów jakie usłyszałem w 2013. Uwielbiam go a Ty piszesz że mogłoby go nie być? Piękny jest ! :)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.