Krótka piłka #218: Tydzień do końca roku

Do końca 2013 roku pozostał tydzień. Czas zatem na ostatni odcinek cyklu Krótka piłka, w którym prezentuję opinię na temat kilku płyt, jakie ukazały się na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy, a o których nie miałem okazji do tej pory nic napisać.

Marcin Ciupidro „Talking Tree”
(2013; Unzipped Fly Records)
Nieprzypadkowo zaczynam od tej właśnie płyty. Materiał „Talking Tree” o mały włos (włosik!) nie znalazł się w podsumowaniu 2013 roku, jakie przygotowałem i jakie opublikowane zostanie w kilku częściach w pierwszych dniach stycznia. Solowy krążek Marcina Ciupidry, którego stali czytelnicy blogu kojarzyć powinni z grupy Neurasja, to przykład doskonałej równowagi między kompozytorskim kunsztem a realizacją tych planów w studio nagraniowym i przeniesieniem ich na srebrny krążek. Wibrafon, czyli muzyczny oręż Ciupidry, brzmi bardzo ciepło i nasącza cały materiał specyficznym, kojącym ucho dźwiękiem. W połączeniu z marimbą Shoko Sakai (chociażby numer tytułowy lub zamykający całość „Dream About the Big Mountain”) doprowadza do spotęgowania tych odczuć i niemal automatycznie przywołuje na myśl postać Steve’a Reicha (będzie, że zżynam od Chacińskiego, ale co zrobić, że takie skojarzenia naprawdę się pojawiają?). „Talking Tree” to jedna z tych płyt, której największym urokiem jest intymność przejawiająca się zarówno w brzmieniu, jak i odbiorze materiału przez słuchacza. Osiem łagodnych melodii do słuchania wyłącznie w towarzystwie pustych czterech ścian (co wcale nie oznacza, że materiał jest depresyjny – on jest po prostu ładny).

Accomplice Affair „The Zone Of Silence”
(2013; Zoharum)
Przemysław Rychlik postanowił nagrać nową płytę w dość mrocznym – nawet jak na ambient – klimacie. Koncept albumu wyznaczony został według tematyki skrzywdzonych dzieci. Już po tej zapowiedzi słuchacz spodziewać może się, że dźwięki zawarte na „The Zone Of Silence” będą raczej spod znaku tych szaro-burych. Tak właśnie jest. Przejmujące, dołujące brzmienia, nieco demoniczne szepty zamiast wokali, krzyki w tle. Wręcz parujące z głośników tragedia i zło. Płytę zdołałem posłuchać tylko jeden raz i tylko po to, aby móc napisać to, co napisałem. Doceniam czas poświęcony na nagranie tych kilku kompozycji, zaangażowanie w cały projekt, ale więcej do materiału tego nie wrócę. Idealny soundtrack do filmu grozy lub życiowych tragedii. Nie moja bajka. Sięgacie na własną odpowiedzialność. Płyta tylko dla fanów tego typu muzyki.

Kinki „El Museo De Las Momias EP”
(2013; wydanie własne)
Scena yassowa w Polsce ma się dobrze. Kwartet Kinki jest tego najlepszym przykładem. Trójmiejski skład, którego instrumentarium stanowią kontrabas, puzon, gitara elektryczna i perkusja, we wrześniu wrzucił do sieci swoją epkę zatytułowaną „El Museo De Las Momias” (czyli „Muzeum Mumii”, o ile tłumacz google działa poprawnie). Rockowa energia tworzona przez jazzowy skład – nowość to żadna, tym bardziej w Polsce, gdzie Tymański czy Pink Freud robili to już dość dawno. Wzorce zatem są, należy zadać pytanie: Czy młodzi czegoś się nauczyli? Otóż tak i to całkiem sporo. Epka składa się wprawdzie tylko z czterech kompozycji (w sumie nieco ponad dwadzieścia minut), jednak taka ilość okazuje się wystarczająca, aby przekonać do siebie słuchaczy (a przynajmniej jednego, piszącego te słowa). Inaugurujący numer „Styka” na początku niesie dość poważne brzmienia, by za chwilę przejść w nieco ostrzejsze tony. Rozwijające się kompozycje – to chyba charakterystyczny znak całego krążka. Zespół nie rzuca wszystkich dźwięków już na otwarcie utworów, ale stopniowa rozwija melodie, zmienia je, dopieszcza wstawkami kolejnych instrumentów. W drugim na liście „Nalocie Lufthansy” przejawia się to przeskokiem w psychodeliczne dźwięki gitar i kontrabasu, „Volvo z hakiem” raczy nas falowymi wejściami ostrzejszej gitary, która przerywa spokojniejsze fragmenty, a kończąca wszystko „Pyrolisa” raz po raz „wspina” się na inne rejestry, atakuje przesterami gitar lub cichym i solowym momentem kontrabasu. Przykład na to, że dobry acid i free jazz nad Wisłą wcale nie przestały istnieć.

Sorry Boys „Vulcano”
(2013; Mystic Production)
Zapowiadający tę płytę utwór „Sun”, chyba jak żaden inny tegoroczny polski singiel, spełnił swoje zadanie. Posłuchałem i od tej chwili z niecierpliwością czekałem na cały album. „Vulcano”, w stosunku do debiutanckiego materiału, jest płytą bardziej popową (i nie jest to uwaga pejoratywna), w warstwie brzmieniowej skupiającą się w większej mierze na elektronice i klawiszach niż gitarach. Sorry Boys idą zatem podobną drogą co Makowiecki. Mając w zanadrzu asa w rękawie w postaci wokalistki i kompozytorki, Beli Komoszyńskiej, formacja niezwykle sprawnie zmienia styl swoich utworów. Drugi numer promujący, „Phoenix”, to kolejny po „Sun” strzał w dziesiątkę udowadniający, że brzmienia spod znaku muzyki pop wcale nie muszą być miałkie i przewidywalne. Pięknie brzmi również kompozycja „Back To Piano” niemal w całości oparta na fortepianie, która swoim minimalizmem przeciwstawia się sunącemu niczym Tuwimowska lokomotywa, monumentalnemu „Leaving Warsaw”.

Marek Napiórkowski „Up!”
(2013; V Records)
Nowa solowa płyta Marka Napiórkowskiego to w warstwie brzmieniowej kontynuacja tego, co doskonale znamy z wcześniejszych krążków gitarzysty. W większości spokojna, wręcz kojąca muzyka przywołuje na myśl kompozycje zawarte chociażby na albumie „Wolno” sprzed pięciu lat. Przyśpieszenie zdarza się w zasadzie tylko w utworze „Penn drive”, gdzie całe show gospodarzowi kradną jednak dźwięki dęciaków. Wszyscy ci, którzy szykowali się na kontynuację wariacji z „KonKubiNapu” mogą być nieco zawiedzeni. Tegoroczna płyta to spokojniejsze oblicze gitarzysty, serwującego słuchaczom odrobinę jazzowej improwizacji zamkniętej w balladowym klimacie. Osiem w pełni instumentalnych kompozycji zawartych na płycie „Up!” to kolejny dowód na wielkość Napiórkowskiego jako muzyka jazzowego, autora i lidera zespołu. „Nap” doskonale wie, czego chce od muzyki, znając przy tym sposoby, jak rezultat ten osiągnąć. Chociaż na okładce widnieje jego twarz i nazwisko, to ogromny talent Marka Napiórkowskiego nie wystarczyłby do nagrania tak dobrego krążka. Potrzebna była pomoc, którą jeleniogórzanin otrzymał od starych, dobrych znajomych w postaci chociażby Krzysztofa Herdzina, Adama Pierończyka, Henryka Miśkiewicza i Roberta Kubiszyna. Oni wsparli projekt grą, którą uprzednio ustawił i pokierował Napiórkowski. To jego gitara, jak na lidera przystało, nadaje ton utworom, a sama płyta „Up!” to dowód na ciągły rozwój jazzmana i chęć szukania przez niego nowych rozwiązań. Przykładem udział w nagraniach rozbudowanego jazzbandu (flet, obój, klarnet, puzon, waltornia…), który wynosi muzykę zawartą na płycie na wyższy poziom. Zdecydowanie najlepszy materiał w solowym dorobku Napiórkowskiego.

Rasmentalism „Za młodzi na Heroda”
(2013; Asfalt)
Ras i Ment po sukcesie w podziemiu wykonali naturalny krok naprzód i związali się z jednym z największych wydawnictw rapowych w Polsce. Bardzo dobrze się stało, bowiem wykonawcy zdolni musza mieć zapewniony spokój twórczy, a wszystkie kwestie dotyczące tłoczeni, drukarni, bookingu koncertów i kontaktów z mediami nie powinny zaprzątać ich głów. Wytwórnia, taka jak Asfalt – mam nadzieję – zapewnia im ów komfort. „Za młodzi na Heroda” to typowy krążek, jakiego mogliśmy spodziewać się po duecie. Mentos jak zwykle przekopał masę starych, soulowych, funkowych i jazzowych winyli, aby znaleźć odpowiednie sample, które później stanowić będą fundamenty pod kolejne bity. Sam Ras czuje się na takich produkcjach niczym ryba w wodzie. Kładzie wers za wersem, trzymając się swojego charakterystycznego stylu, serwując linijki zostające w głowie na dłużej niż minuta pozostała do końca konkretnego kawałka („Tutaj nawet Tadek Sznuk pyta tylko gdzie są driny”; „Nawet jak wrócimy w częściach mam superbohaterów na rodzinnych zdjęciach”; „Starzy tęsknią za PRL-em, młodzi tęsknią za PLN-em”). Panowie przez ostatnie lata zadbali o to, aby ich pozycja na scenie była na tyle stabilna, że dzisiaj zaproszenie na płytę Eldoki to nie marzenie, ale zachcianka możliwa do spełnienia. Szkoda tylko, że Ras okazuje się kolejnym polskim raperem z ciągotami do udowadniania słuchaczom, że cała scena przepełniona jest hipokryzją. Tutaj nie należy pokazywać, że ktoś jest zły. Tutaj trzeba wreszcie zacząć udowadniać, że jest się tym lepszym. Kiedy krajowi emcees dojdą do takiej właśnie konkluzji?

Earl Jacob „Warto rozrabiać”
(2013; Karrot Kommando)
Earl Jacob dla polskich fanów muzyki reggae (i jej okolic) nie jest postacią anonimową. Projekty Tisztelet Sound oraz Poblopavo i Ludziki zapewniły mu, tak potrzebny każdemu wykonawcy, fanbase. Jego solowa płyta była tylko kwestią czasu. „Warto rozrabiać” to album wypełniony młodzieńczą energią. Młodzieńczą spod znaku rodzaju męskiego. Earl porusza tematy relacji damsko-męskich, imprez z kumplami, na których napoje wyskokowe nie są niczym dziwnym, wyjść „na miasto”, które z kolei stanowi tło dla wszystkich opisywanych hulanek i swawoli. Masa piosenek do słuchania, śpiewania i tańczenia, a do tego „Twoja mama lubi mnie bardziej niż Ty”, czyli mój ulubiony polski numer kończącego się powoli roku (polecam szczególnie remix tego kawałka z gościnnym udziałem Skorupa). Reggae, ska, nieco funku – przyjemna płyta, której chce się słuchać i słuchać. I słuchać.

Furman & Blins „Podatek od marzeń”
(2013; wydanie własne)
Będzin i Sosnowiec, czyli Furman i Blins zaznaczają swoją obecność na rapowej mapie Polski. „Podatek od marzeń” trafił do słuchaczy mniej więcej w połowie roku i przeszedł trochę bez echa. Dlaczego? Podstawowy problem tej płyty jest jeden: nie przynosi niczego odkrywczego. Tematyka kolejnych numerów nie różni się zbytnio od tego, co usłyszymy na większości rodzimych undergroundowych produkcjach (kłody pod nogami, osiedlowe akcje, prawda, pokora, oddana ekipa, „wóda, blanty, rap”). Tekstowo i muzycznie bez odkrywania Ameryki. Na plus „Kłamstwo ma spoko nogi” z elementami storytellingu, część bitów (propsy lecą szczególnie do Coka za samplowane podkłady) i zamykający płytę numer „Siema”. Materiał dwóch perspektywicznych raperów, którzy pewnie nigdy nie zdołają zwrócić na siebie uwagi dużej hip-hopowej wytwórni, dalej będą w podziemiu płacić tytułowy podatek od marzeń, ale o których usłyszymy jeszcze nie raz. Przynajmniej tego, jako słuchacz, bym sobie życzył.

Jahga „Jagizm”
(2013; Lion Stage Records)
Tomek Makowiecki zaprezentował swój „Moizm”, Jahga postawiła na „Jagizm”. Każde z nich pokazało na solowych płytach swoją wizję świata. Tyle z teoretyzowania, przejdźmy do muzyki. Jest eksperymentalnie. Dziewięć utworów – raz polskojęzycznych, raz zaśpiewanych po angielsku – utrzymanych zostało najogólniej rzecz ujmując w klimacie klubowo-popowo-alternatywnym z domieszką reggae, analogowych dźwięków gitar i klawiszy. Czasami mam wrażenie, jakbym słuchał debiutanckiej Noviki, ale to tylko złudzenie. Jahga w gruncie rzeczy ma własny, rozpoznawalny styl. Dobrze czuje się w otoczce muzycznej, jaką serwują jej koledzy-muzycy, z którymi współpracowała przy płycie (największy wpływ na płaszczyznę dźwiękową miał tutaj znany chociażby z formacji Miloopa Paweł Konikiewicz). Z utworów najciekawiej prezentują się „Cut This” z łamanymi bitami, najlepszy tekstowo numer „Wewnątrz mnie”, singlowe „Śniadanie” i „Honey”, do którego wracałem chyba najczęściej.

Tomasz Stańko New York Quartet „Wisława”
(2013; Universal)
Niemal w ciemno, jeszcze przed premierą, uznałem ten album za wydarzenie muzyczne. Nie myliłem się. Tomasz Stańko gra na trąbce, jak zwykle, perfekcyjnie. Jego nowojorski kwartet również staje na wysokości powierzonego zadania. Sam dwupłytowy materiał – jak prezentowane było to w zapowiedziach – inspirowany jest po części Wisławą Szymborską, po części Wielkim Jabłkiem. Tak naprawdę z tą inspiracją to może być różnie – szczególnie jeśli chodzi o część poświęconą poetce. „Wisława” bowiem jest zbiorem pełnokrwistych jazzowych kompozycji, których bez żadnego wstydu można słuchać bez znajomości twórczości polskiej noblistki. Free jazz i improwizacja godna największego muzycznego poety, jakim przecież jest Stańko.

Tym samym zamykam 2013 rok. Nie twierdzę, że na blogu nie pojawią się już recenzje płyt wydanych na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy. Owszem, zapewne jeszcze kilka tytułów doczeka się recenzji, jednak żaden z prezentowanych w terminie późniejszych albumów nie namiesza już w zestawieniach podsumowujących ten okres. A te starują zgodnie z kilkuletnią tradycją w Nowy Rok. (Mateusz „Axun” Kołodziej)

One Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.