Krótka piłka #213: Nadrabiam (krajowe) zaległości

Powoli zbliżamy się do końca 2013 roku. Nie będę oszukiwał, że ze wszystkimi płytami, jakie ukazały się w tym okresie, zapoznawałem się zaraz po premierze. Wykorzystując chorobowe, postanowiłem nadrobić zaległości i sprawdzić kilkanaście tegorocznych krążków, po które do tej pory nie sięgnąłem. O kilku z nich postanowiłem napisać parę zdań w cyklu Krótka piłka. Dzisiaj część z płytami krajowych wykonawców.

Urszula Dudziak „Wszystko gra”
(2013; Kayax)
Po Urszuli Dudziak trudno było spodziewać się płyty kiepskiej. „Wszystko gra” to spora dawka dobrej i radosnej muzyki. Optymizm i ciepło – to dwa hasła, które najpełniej scharakteryzują album znanej z przeboju „Papaya” wokalistki. Od strony muzycznego klimatu materiał ten to nic innego, jak jazz z domieszką funkowego groove’u i pulsującego brzmienia. Momentami „Wszystko gra” to płyta taneczna („Let’s Have Good Time” z gościnnym udziałem Miki Urbaniak), nie zapominająca też o klasycznej jazzowej balladzie („Song For S”), z występującymi cały czas, spajającymi wszystko w całość, charakterystycznymi dla Dudziak wokalizami. Celebrująca w tym roku 70. rocznicę urodzin wokalistka znalazła się w centrum uwagi nareszcie z powodu dla siebie naturalnego – dobrego albumu. Książka i inne około muzyczne przygody powinny pozostać tylko dodatkiem.

WNDKR „Underdog EP”
(2013; Karrot Kommando)
Epka zarejestrowana w Studiu im. Agnieszki Osieckiej podczas niespełna godzinnej sesji nagraniowej w ramach „Offsesji” Piotra Stelmacha. Sam fakt zaproszenia WNDKR-a do tego programu powinien być znakiem, że na materiał ten warto zwrócić uwagę. W sumie na płytę trafiło prawie pół godziny muzyki, którą – razem z liderem projektu, Michałem Wandekerem – zagrali Michał Stawarz (perkusja) i Maciek Tokarski (bas). Na „Underdog EP” krzyżują się inspiracje Hendrixem, Kravitzem czy panami z The Black Keys (z ich najlepszego okresu). Sześć utworów odsyła nas do klimatycznych i klasycznych rockowych, a nawet bluesowych brzmień, nastawionych na minimalistyczne podejście do grania, z mocno nastrojowymi momentami. Zestaw, który wymusza na słuchaczu wciśnięcie przycisku replay. Do tego wszystkiego, „Underdog EP” jest przykładem na to, że polski wykonawca może nagrać ciekawy materiał w języku angielskim (co nie jest na krajowym podwórku przecież żadnym standardem). Niemniej, czekam na Wendekera również w wersji polskojęzycznej. Przy takim zaangażowaniu i poziomie muzycznym, płyta mogłaby być strzałem w przysłowiową dziesiątkę.

Iza Kowalewska „Diabeł mi Cię dał”
(2013; Universal)
Tomasz Doksa, recenzując tę płytę, stwierdził, że z chęcią powiesiłbym plakat Izy Kowalewskiej na ścianie. Mój kolega, Mariusz, bardziej dosadnie ujął sprawę, mówiąc, że Izy nie wypuściłby z łóżka. Ja pozostanę przy najmniej kontrowersyjnym wariancie, mianowicie słuchania w kółko, przez cały dzień płyty „Diabeł mi Cię dał”. A słuchać jest czego. Debiutancka solowa płyta wokalistki znanej doskonale (mam nadzieję, że doskonale!) z zespołu Muzykoterapia, to zestaw bardzo dobrych pop-jazzowych utworów. Niby piosenki o miłości, niby kolejny raz tematyka damsko-męskich relacji, które w historii muzyki poruszane były wielokrotnie, ale wszystko podane w sposób, do którego, jako słuchacza, nie trzeba mnie długo przekonywać. Wokal Izy zawsze działał na mnie jak ser na Jacka Rokfora z kreskówkowej „Brygady RR”. Wystarczy moment, a ja już jestem zaczarowany. Do tego, uzupełniająca fakturą muzyczną walory głosu Kowalewskiej, ekipa z Dominikiem Trębskim (dęciaki), Marcinem Ułanowskim (perkusja) i Bernardem Maselim (wibrafon) na czele. Nazwiska, które gwarantują realizację zadań kompozycyjnych w stu procentach i zgodnie z zamysłem samej Izy będącej autorką melodii zawartych na płycie. Wszystko to daje nadzieję na sukces. Pozostaje pytanie, czy krajowe media są w stanie zainteresować się wokalistką oferującą tylko (aż!) muzykę na tak dobrym poziomie?

Tomasz Makowiecki „Moizm”
(2013; Sony Music)
Nie skreślam, jak niektórzy, wcześniejszych dokonań Makowieckiego, które – mówiąc szczerze – bardzo mi się podobały. „Moizm” to jednak zupełnie nowy rozdział w karierze artysty, który płytą tą stawia grubą kreskę między tym, co wcześniej i tym, co teraz. Po rocku i popie spod znaku indie, Makowiecki wchodzi na tereny dla siebie do tej pory dziewicze. Na szczęście swoje (i słuchaczy) ma dobrych przewodników – na czele z bogiem krajowej elektroniki Władysławem Komendarekiem. Album, który promowany jest przez będący już hitem singiel „Holidays in Rome”, tak naprawdę mało ma wspólnego z klimatem, jaki znamy ze wspomnianego utworu. „Moizm” to materiał o wiele spokojniejszy. Złudne przekonanie o przebojowości płyty, jakiego nabieramy po zapoznaniu się z „Holidays in Rome”, pryska już przy otwierającym album „Dziecku szczęścia”. Utwór ten długością przebija nawet piosenki znane z tegorocznych płyt Justina Timberlake’a. Dziesięć minut ciągłego (co nie znaczy, że złego w odbiorze) powtarzania tego samego rytmu. Reszta kompozycji, chociaż krótsza, prezentuje podobny klimat. Momentami można mieć wrażenie, że na „Moizmie” Makowiecki jest męską, emanującą nieco mniejsza energią, wersją Moniki Brodki, która już rok temu obrała taką muzyczną drogę, porzucając popowe piosenki na rzecz elektronicznych dźwięków. Płyta będąca efektem podążania za panującą obecnie modą na Daft Punk i temu podobne projekty? Nawet jeśli tak właśnie jest, to niewielu udało się zrobić to na takim poziomie, jak Makowieckiemu. Będę powtarzał to bez zająknięcia: jedna z lepszych polskich płyt 2013 roku.

Witold Janiak Trio „Cinema Meets Jazz”
(2013; Rogala Music)
Trio Witolda Janiaka (Rafał Różalski – kontrabas, Kamil Miszewski – perkusja i lider na fortepianie) nagrało płytę, której formuła jest dobrze znana i ograna, co nie przeszkodziło jednak w zaprezentowaniu muzyki na najwyższym poziomie. Jazzowe aranżacje przebojów filmowych skłaniają do refleksji, ukazując momentami inne, delikatniejsze oblicza znanych melodii. Janiak sięga po motywy z filmów głośnych, wręcz klasyków w swoim gatunku. Każdy z dziewięciu utworów zostaje przez słuchacza z łatwością zidentyfikowany – niczym w popularnym telewizyjnym teleturnieju, już po jednej nutce – i przyporządkowany do odpowiedniego dzieła filmowego (nawet ja, kinowy mega-laik, nie miałem z tym żadnego problemu!). Część zawartego na płycie materiału, na przykład motyw z filmu „Dziecko Rosemary” czy z kreskówki „Flinstonowie”, do jazzowego klimatu pasowała od początku (tj. już w oryginale), część, jak chociażby muzyka z „8 mili”, o takie powiązania trudno było podejrzewać. Witold Janiak daje jednak przykład, że muzyka sama w sobie granic nie zna i jeśli ktoś potrafi i chce, da radę zaaranżować i zagrać naprawdę dużo (jeśli nie wszytko).

Myslovitz „1.577”
(2013; EMI)
Płyta z góry skazana przez psycho fanów Artura Rojka na porażkę. Nie oszukujmy się, tylu złych opinii polski wykonawca nie usłyszał od czasu „popowej” Agnieszki Chylińskiej. Pytam tylko: dlaczego? „1.577” nie jest bowiem ani płytą złą, ani wybitną. Ot, krajowy średniak, który mógł zostać również popełniony przy udziale samego Rojka. Album z kilkoma naprawdę mocnymi numerami, jak chociażby „Koniec lata”, „Telefon”, „Trzy sny o tym samym” i „Być jak John Wayne” oraz masą przeciętnych melodii. Muzycznie zestaw dziesięciu piosenek utrzymanych w pop-rockowym klimacie, z domieszką elektroniki przywołującej skojarzenia ze sceną brytyjską. Nie wiem tylko, jak traktować „1.577” – jako płytę zupełnie nowego zespołu, czy też kolejny materiał grupy z ponad dwudziestoletnim stażem? Fakt pozostania przy dobrze znanej wszystkim nazwie sprawia, że skłaniam się ku drugiej opcji, a to pociąga za sobą niższą notę końcową. Bo jak można ocenić tegoroczny album na równi lub wyżej niż kultowa „Miłość w czasach popkultury”?

Vavamuffin „Solresol”
(2013; Karrot Kommando)
Nowa płyta polskiego przedstawiciela muzyki reggae, po którego muzykę sięgam zawsze bez obaw. Album „Solresol” również mnie nie zawiódł. Energia, czyli drugie imię warszawskiego zespołu, kolejny raz daje o sobie znać. Pulsujące dźwięki, rootsowy klimat, styl raggamuffin, nieco dancehallowych szaleństw. To, co fani Vavamuffin lubią w grupie najbardziej. Na riddimach ładnie, w charakterystyczny dla siebie sposób, płyną Pablopavo (dla mnie aktualnie jeden z najlepszych tekściarzy w Polsce; czekam na kolejny album z Ludzikami), Mr. Reggaenerator i Gorg, tematyką nie zawsze trafiając w moje gusta, ale o tych, podobno, się już nie dyskutuje. Pozycja na odprężenie.

UL/KR „Ament”
(2013; Thin Man Records)
Reakcje na tegoroczną płytę UL/KR udowadniają, że nie należy traktować duetu jako głębokiej alternatywy. Bo jaka to alternatywa dla mainstreamu, jeśli o projekcie przeczytamy na łamach Wirtualnej Polski czy tygodnika „Polityka”? Ale ja nie o tym… Współczesne spojrzenie na syntetyki rodem z lat 80. wsparte takim typowym dla naszego narodu elementem: depresją. Podobnie jak miało to miejsce na debiutanckim krążku, tak i na płycie „Ament” wyczuwalna jest ta muzyczna plucha i jesień. Szumy, dziwne trzaski w tle nadają ton kolejnym numerom. I chociaż duet chciał w paru momentach odejść od tej smutniejszej i melancholijnej stylistyki, wzbogacając utwory kilkoma weselszymi i chwytliwszymi dźwiękami, to właśnie ona – jako charakterystyczny znak UL/KR – dominuje nad resztą. Nie ma jednak w tym nic złego. Smutne piosenki, wsparte dodatkowo niekonwencjonalnymi tekstami („Pora na dobranoc, bo już księżyc świeci / Dzieci, my nie chcemy mieć dzieci”), to dobre piosenki. Krótka płyta. Czy za krótka? Jeśli tak, jest na to sposób – posłuchaj jej jeszcze raz. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.