Wywiad: Eskaubei – „Cały czas pojawia się temat solowej płyty”

Z Eskaubei spotkałem się przy okazji ubiegłotygodniowego koncertu Deana Browna w Tarnowie. Jak wyznał sam raper, woli on uczestniczyć w tego typu wydarzeniach muzycznych, gdyż są one dla niego większą inspiracją. O czym jeszcze mówił czołowy emcee podkarpackiej sceny? Zapraszam do lektury wywiady.

Eskaubei (foto: Piotr Kmietowicz/Art Celebration)

Rok 2013 był, jak do tej pory, najlepszym okresem w Twoje przygodzie z muzyką. 15-lecie działalności, koncert z tej okazji, pierwszy rzeszowski rapowy winyl, koncert Art Celebration: Jazz & Hip-Hop. Działo się.
Eskaubei: Co prawda winyl ukazał się w końcówce 2012 roku, ale faktycznie cała promocja płyty zaczęła się na dobre dopiero w 2013 roku. Reszta się już zgadza. Był jubileusz, czyli 15-lecie mojej działalności. Odbył się koncert, na który udało się zaprosić przyjaciół, ludzi, z którymi również nie widziałem się jakiś czas. Przyjechała Lilu z didżejem DBT, Pierrot, Deobson, Peerzet, Seb, DJ Noriz i TMK Beatz, Marcin Flint. Byli też moi ludzie z Rzeszowa, legenda jazzu Zbigniew Jakubek, Zoltan, Piękny G, Duli deVino, Osa, bez którego pomocy ta impreza nie mogłaby się odbyć i wiele innych osób. Zaprezentowaliśmy kawałki, które powstały kilka ładnych lat temu. To wszystko zostało zagrane z chłopakami z Funky Flow, dlatego te aranżacje były swego rodzaju jedyne i niepowtarzalne. Dopiero później do mnie dotarło, że był to tak naprawdę przedsmak tego, co stało się w lecie. Mówię tutaj o Art Celebration: Jazz & Hip-Hop, który był najważniejszym wydarzeniem w moim muzycznym życiu. Kiedy graliśmy jubileusz i Zbyszek Jakubek stał ze mną na jednej scenie, to na ten moment było to największym zaszczytem, jaki mógł mnie spotkać, a później okazało się, że można zrobić coś jeszcze większego – zagrać na jednej scenie w składzie: Natalia i Paulina Przybysz, Dean Brown, Bernard Maseli, DJ Eprom, Robert Cichy, Jan Młynarski, Ten Typ Mes, Numer Raz, Zbigniew Jakubek, Michał Grott i Tomek Nowak. Do tej pory ciężko mi w to uwierzyć. Winyl „Co by się nie działo” także był rzeczą unikatową przynajmniej na skalę regionu. Cieszę się, że mogłem zrobić go z Pietzem, człowiekiem zajawką, który swoim życiem obrazuje hasło „Sky is the limit”. Dodałbym jeszcze do podsumowania tego roku występ na urodzinach portalu Jazzsoul.pl w Warszawie, gdzie razem z Piotrkiem Walickim i Kamilem Siciakiem mogliśmy zagrać na jednej imprezie obok Natalii Przybysz, Natalii Lubrano czy Marceliny i Roberta Cichego. Było świetnie. 2013 był dla mnie naprawdę udany, a nie jest powiedziane, że do jego końca coś się jeszcze nie wydarzy.

Od premiery płyty nagranej z Pietzem minął prawie okrągły rok. Jak z perspektywy czasu oceniasz ten projekt. Czy reakcja na materiał była taka, jak się spodziewałeś?
Wydaje mi się, że materiał ten przyjął się nieźle. Udało się z myślą o jego promocji nakręcić trzy teledyski. Tych winyli trochę „zeszło”, ale nakład nie został jeszcze wyczerpany. Samym sukcesem było dla nas to, że udało się ten projekt doprowadzić do końca. Tak naprawdę zrobiliśmy to dzięki pomocy kilku osób (m.in. Maćka z BonTon Group i Roberta z selectshop.pl czy WDK), ale bez wsparcia żadnego wydawnictwa. Mieliśmy trochę szczęścia, że udało się spotkać kilka pomocnych osób. Na przykład Patryka Kaflowskiego, który pomaga mi od jakiegoś czasu i kręci dla mnie teledyski na zasadzie koleżeńskiej współpracy, Goofiego, który zaprojektował grafikę czy Maćka, który zrobił zdjęcia. Jednak jeśli chodzi o promocję płyty, to najpierw pojawił się tzw. one shot z cyklu labelu Stoprocent „Wyskocz Do Tego!”. Później był jeszcze obrazek do utworu „Sunday” i na koniec „Brat” z Te-Trisem.

Osobiście po ukazaniu się klipu do „Regular Funk” sądziłem, że nowy materiał ukaże się właśnie w barwach Stoprocent.
To był przypadek. Ich ekipa była w Rzeszowie bodajże przy okazji koncertu Soboty i Pezeta. Ja grałem przed nimi z Funky Flow jako support. Nawiasem mówiąc, to był świetny występ. Spod sceny biła energia, klub był pełen ludzi. Przy okazji udało nam się nakręcić tego one shota. Akin, dzięki za cynk w tej sprawie.

Powiedziałeś, że udało się wam zrobić wszystko samemu, bez pomocy żadnego wydawnictwa. Chciałem na chwilę zatrzymać się przy tym temacie. To efekt tego, że nie chcesz jako twórca iść na żadne ustępstwa, pochylać przed nikim głowy, czy po prostu żadna wytwórnia płytowa nie jest zainteresowana Twoim rapem?
Nie ma zainteresowania. Zrobiliśmy winyl, zagraliśmy koncert jubileuszowy, wcześniej z Funky Flow byłem na prestiżowym festiwalu Pozytywne Wibracje, co zostało dobrze skomentowane przez media muzyczne. Uwierz mi, że po tym wszystkim nie otrzymałem żadnej propozycji od jakiegokolwiek wydawnictwa poza pewną bardzo miłą koleżeńską deklaracją, z której mam nadzieję wyniknie koleżeńska współpraca. Nie dostałem natomiast propozycji od żadnego labelu, który zapewniłby spokój przy nagrywaniu płyty, pomoc w kwestiach technicznych, promocję etc. To nie jest tak, jak mówią ludzie, że ja się zamknąłem, że chcę być do bólu andergrandowy. Przecież o numerze promującym Art Celebration rozpisywały się poczytne media muzyczne w Polsce – nie tylko rapowe. Jeśli ktoś śledzi wydarzenia na tej scenie i chciałby ze mną nawiązać współpracę, to ja się nie ukrywam. Ze swojej strony robię wszystko, żeby moją muzykę promować – wysyłam informacje prasowe do portali, kręcę klipy, niektóre numery śmigają w Czwórce. Rozdaliśmy też sporo winyli „Co by się nie działo” ludziom z branży hip-hopowej w Polsce, raperom mającym własne labele. Przy wręczaniu płyt reagowali bardzo pozytywnie, ale na tym się kończyło.

Czyli tego wsparcia brakuje, czy nie? Patrząc na efekty samodzielnej pracy wydawać by się mogło, że wydawca nie jest potrzebny do szczęścia.
Chociaż wydaje się, że radzę sobie bardzo dobrze, to powiem szczerze, że brakuje wsparcia. Generalnie wszystko ogarniam sam i z pomocą ludzi dobrej woli, moich kolegów, którzy cały czas we mnie wierzą. Ale jak zdarza się w życiu taki rok jak ten, w którym ma miejsce tyle rzeczy, o których już mówiliśmy, to ja jestem szczęśliwy, że udaje mi się to osiągnąć. Gdybym zamiast tego wydał płytę we współpracy z dużą wytwórnią, nie wiem czy cieszyłbym się bardziej.

Czym w takim razie jest aktualnie dla Ciebie muzyka?
Muzykę traktuję jako przygodę, jako wieloletnie hobby, jako pasję, od której się nie uwolnię. To wszystko przynosi mi satysfakcję. Mogę to oficjalnie powiedzieć: chciałbym znaleźć wydawcę, grać koncerty w całej Polsce, mieć menadżera, który zadbałby o moje sprawy. Aktualnie muszę jednak zajmować się też życiem, zarabianiem pieniędzy w inny sposób, głównie pracą dziennikarską, której jednak śmiem twierdzić nie byłoby, gdybym kiedyś nie wszedł głęboko w muzykę. Niekiedy jest tak, że na własną muzykę zwyczajnie brakuje czasu.

Jednak jeśli już znajdziesz czas na tworzenie, to działasz. Pracujesz nad czymś aktualnie?
Cały czas pojawia się temat solowej płyty. Mówiąc jaśniej: chcę ją w końcu nagrać. (śmiech) Z myślą o niej jest już nagranych kilka kawałków. Producenci niecierpliwią się, że zarejestrowałem wokale pod ich bity, a cała sprawa dalej stoi w miejscu. Aktualnie skupiam się jednak nad epką z Deną. Będzie to materiał bardzo tradycyjny, wręcz jakby przeniesiony sprzed dekady. Ta praca trwa już od jakiegoś czasu i stwierdziliśmy ostatnio, że albo doprowadzimy to do końca, albo zapominamy o tym. Byłem fanem Deny od lat i praca z nim jest dla mnie zaszczytem. Oprócz tego pracuję nad mixtapem w new-schoolowym klimacie, który nagram na amerykańskich bitach. Od razu zaznaczam, że wybrałem do tego projektu mniej eksploatowane podkłady, które w oryginale niekoniecznie były mega hitami. Nad tymi dwiema płytami pracuję równolegle i nie jestem teraz w stanie powiedzieć, co ukaże się jako pierwsze. Odnośnie promocji, to mamy już gotowy klip do mixtape’u. Jest on aktualnie w fazie post-produkcji. W planach mam kolejne projekty, ale nawet ich nie zaczynam. Nie chcę wprowadzać jeszcze większego chaosu. Jak widzisz, cały czas coś nagrywam, zajmuję się muzyką, mam pomysły. Właśnie dlatego potrzebowałbym wsparcia na przykład jakiegoś wydawnictwa, które pomogłoby mi z tym wszystkim się uporać, ustalić deadline, odciążyć w pewnych kwestiach.

Sporo w ostatnim czasie ukazuje się również utworów z Twoim gościnnym udziałem.
Zgadza się. Dograłem się do kawałka „Kocia ferajna” grupy Wake Up Adina wraz z grupą zajebistych raperów z Podkarpacia, z którymi chciałbym kontynuować współpracę, oraz do kawałka „Luźny dzień” również dla Wake Up Adina, pojawię się w tytułowym numerze z nadchodzącej płyty projektu Tubas Składowski, ostatnio też światło dzienne ujrzał kawałek „Pies” z Woytakiem z tej ekipy. Jestem na nowej płycie Deobsona. Będzie mnie można usłyszeć również na płycie Lilu „Outro” w jednym numerze m.in. z Proceentem, Te-Trisem i Wankejem. Pojawię się na krążku Łozo aka Pitahaya. Cały czas dochodzą nowe zaproszenia i w miarę możliwości staram się brać w tym wszystkim udział.

Dogrywasz się na płytach, pomagasz w organizacji koncertów innych wykonawców w Rzeszowie. Czy nie mógłbyś skorzystać z tych znajomości i po prostu załatwić sobie występu w innym mieście?
Nie mam na to karty przetargowej. To nie ja sprowadzam tych ludzi do Rzeszowa, to nie ja organizuję ich występy. Pomagam jak mogę, prowadząc na przykład spotkania z wykonawcami w Empiku. Myślę, że mam spore doświadczenie w graniu koncertów. Zagrałem ich grubo ponad sto. Atmosfera na takich występach również jest dobra, ale swoją osobą nie mogę zaoferować niczego więcej niż dobry koncert. Jako wykonawcy zależałoby mi, żeby w całym kraju zbudować sobie stałą grupę słuchaczy, żebym wiedział, że jadąc w dany region Polski na koncert przyjdzie kilkadziesiąt osób. Poza tym już jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że nie aspiruję do bycia głosem pokolenia młodszego ode mnie o 10-15 lat. I to też jest jakiś tam problem.

Czyli znajomi z tzw. pierwszej ligi nie pomagają.
Ludzie z tzw. mainstreamu mogą trzymać z tobą sztamę, mogą cię szanować jako człowieka i wykonawcę, ale wspierają raczej siebie nawzajem. Zazwyczaj żeby otrzymać od nich wsparcie musisz się tam dostać. Takie osoby przedstawiają dla siebie jakąś wartość, nakręcają swoje działania, łączą się w projekty, nagrywają razem płyty itd. Ich grupy odbiorców w tym momencie się mieszają i każdy ma z tego jakąś korzyść. Nie odmawiam im przy tym pasji i zajawki. Powiedzmy sobie prawdę: nikt nie będzie miał korzyści pozamuzycznych z nagrania czegoś ze mną, albo zaproszenia mnie na swój koncert. Dlatego bardziej znani raperzy, którzy pojawiają się na moich produkcjach, nie zapraszają mnie na swoje płyty. Oczywiście przyjmuję ewentualność, że po prostu nie jarają się na tyle moim rapem. To są moi koledzy, ja ich szanuję i lubię, i nie zmienia to niczego w naszych relacjach. Ja tylko stwierdzam fakt.

Z zespołem Funky Flow nagrałeś kilka numerów w klimacie rapowo-jazzowym. Czy planujesz może coś w tym kierunku, ale solowo?
Współpraca przy numerze „Pogadajmy”, który promował cały projekt Art Celebration: Jazz & Hip-Hop, pokazała mi, że warto takie coś robić. Udało się nagrać numer i nakręcić klip praktycznie z samymi legendami. No bo jak nazwiesz Eproma, Numera, Bernarda Maseli i Zbyszka Jakubka? Uświadomiło mi to, że chciałbym w przyszłości zrobić materiał w klimacie „Jazzmatazz”. Dlatego też wolę chodzić na koncerty z muzyką improwizowaną, niż rapowe, które znam na pamięć. Dzięki takim koncertom, dzięki mojej pracy, w której mam możliwość uczestniczyć w ciekawych wydarzeniach, przeprowadzać wywiady z różnymi muzykami, poznaję coraz więcej ludzi i zbieram inspiracje. Moja współpraca ze Zbyszkiem Jakubkiem cały czas się rozwija, zaprzyjaźniamy się coraz bardziej. Ta znajomość edukuje mnie również muzycznie. Dla mnie rap jest formą przekazywania treści, uzewnętrzniania się. Najważniejszy w tym wszystkim jest jednak rytm, a rytm jest wszędzie. Możesz grać koncerty z fortepianem rapując do niego. Jeśli pojawiłaby się opcja stworzenia jazzowego projektu z rapem – wszedłbym w to bez gadania.

Dlaczego zatem nie ma kontynuacji projektu Eskaubei & Funky Flow?
Jeśli nasza współpraca z Funky Flow ma się rozwijać, to musimy nagrać materiał. Ja od dość dawna na to naciskałem, ale nie do końca mogliśmy to zrobić. Ja miałem swoje rzeczy, chłopaki kończyli swoją płytę, a później zaczęli pracować nad nowym projektem z wokalistą. Nie miałem wpływu na tę decyzję. Mamy teraz przerwę. Trochę szkoda, że temat tego zespołu nie został pociągnięty dalej po dobrym dla nas okresie. Byliśmy na Pozytywnych Wibracjach, zagraliśmy trochę koncertów, w tym ciepło przyjęty koncert na Rynku w Rzeszowie, pojawiły się trzy kawałki z serii Basement Live Sessions, mamy też profesjonalnie zarejestrowany materiał koncertowy z Radia Rzeszów. Wiele osób oczekiwało od nas kolejnych ruchów, które się nie pojawiły.

Smutne jest trochę to, że drugi raz jesteś w sytuacji, że live band, z którym grasz, w jakiś sposób się rozmywa.
Za pierwszym razem było tak, że nie byliśmy do końca gotowi, żeby zamknąć się w studiu i nagrać materiał. Było to spowodowane m.in. częstymi rotacjami w składzie. Teraz sprawa stoi pod znakiem zapytania. Ze swojej strony mogę powiedzieć tylko tyle, że zawsze robiłem wszystko, żeby te projekty się rozwijały. Granie z bandem wymaga większych poświęceń, wielogodzinnych prób, droższych i bardziej pracochłonnych sesji nagraniowych etc. Ciężej też o koncerty. Żeby to wszystko szło jak trzeba, każdy musi się w pełni zaangażować.

Zostawmy to i przejdźmy do tej weselszej części. Art Celebration, czyli koncert, który odbył się 30 czerwca w Rzeszowie. Jak wspomnienia?
Powiem szczerze, że po tym koncercie nie mogłem wyjść z euforii chyba przez tydzień. Cały projekt poprzedzony został masą pracy, jaką dzieliliśmy się ze Zbyszkiem Jakubkiem. Satysfakcja później była jednak olbrzymia. Tyle wspaniałych artystów na jednej scenie, zajebista chemia która wytworzyła się praktycznie po dwóch próbach. Niewiarygodne.

Będzie druga edycja?
Myślimy nad tym. Bardzo chcielibyśmy kontynuować ten projekt, ale na pewno w bardziej rozszerzonej formie. W tym roku połączyliśmy rap z jazzem, teraz chcemy dodać do tego kolejne gatunki. Koncepcja cały czas się klaruje. Na pewno coś więcej będę mógł powiedzieć na ten temat w styczniu. Art Celebration jest bowiem częścią większej imprezy, dlatego też musimy w odpowiednie miejsce złożyć projekt, znaleźć wykonawców, spełnić przy okazji pewne warunku. Nawet jeśli to wszystko zrobimy nie jest powiedziane, że nasz pomysł się spodoba i zostanie uwzględniony na kolejny rok. Osobiście mam wrażenie, że edycja z 2013 roku była bardzo udana. W koncercie uczestniczyło około trzech tysięcy ludzi. Była fantastyczna atmosfera, a wykonawcy miło wspominali czas spędzony w Rzeszowie.

Co wyciągnąłeś dla siebie ze spotkania z Deanem Brownem, który niewątpliwie był gwiazdą tamtej imprezy?
Przede wszystkim olbrzymią inspirację. Zobaczyłem to, że im większy artysta tym zwyczajniejszy człowiek w takim bezpośrednim kontakcie. Nie zapomnę nigdy naszej rozmowy przy obiedzie, kiedy siedzieliśmy z Deanem i didżejem Epromem. Okazało się, że Dean w jednym palcu ma historię całego hip-hopu, a w drugim palcu całe NBA. To jest gość, który wie praktycznie wszystko o hip-hopie i lidzie NBA! Serio! Opowiadał nowojorskie anegdoty o Flavor Flavie, mówił też, że jego ulubiony numer to „Flava in ya ear” Craig Macka. Wydawałoby się, że to jest tylko koleś od muzyki improwizowanej i nic więcej. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Na próbach jest pełnym profesjonalistą, przy obiedzie, w rozmowie prywatnej okazuje czarującym, wesołym, otwartym na innych ludzi człowiekiem. Zresztą, co ja będę opowiadał. Wystarczy przeczytać, co Ten Typ Mes napisał tydzień później w swoim felietonie. Wszyscy byliśmy zachwyceni tym, jaki jest Dean. W ciągu jednego dnia wytworzyła się między nami chemia, która sprawiła, że koncert Art Celebration: Jazz & Hip-Hop po prostu udał się doskonale. Świetne jest to, że Dean nie pokazuje, że jest gwiazdą. Różnica wieku też nie gra żadnej roli, ten człowiek mógłby być twoim najlepszym kumplem. Pamiętam jak przed moim pierwszym wejściem, czyli drugim kawałkiem wieczoru, podszedł do mnie, poklepał po plecach i powiedział żebym się nie przejmował, że on też za każdym razem przed wyjściem na scenę ma tremę. Jak skonfrontujesz to z pozą niektórych polskich raperów, z tym ich zdystansowaniem do rzeczywistości i ludzi, to zdajesz sobie sprawę, że obcowanie z kimś taki, jak Dean Brown, jest dla ciebie wyróżnieniem. Ale nie tylko z nim. Cała ekipa była rewelacyjna i stanie na scenie z każdą z tych osób było wielkim zaszczytem.

Rozmowa przeprowadzona 6 listopada 2013 roku.

One Comment

  1. Piotrek

    lubię takie szczere rozmowy. Skubi nie owija w bawełnę. jako raper jest lepszy np. od Fu czy Gandziora ale wiadomo, że to oni mają płyty na koncie bo mają kumpli z wydawnictwami. paranoja! powodzenia Skub, czekam na nagrywki

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.