Krótka piłka #201: Nadrabianie zaległości

Tydzień temu zacząłem (sprawdź: Krótka piłka #200: Kilka płyt i jedna książka), dzisiaj kontynuuję. Nadrabianie zaległości trwa w najlepsze, ale w końcu od czego są wolne wakacyjne dni?*

* Dobra, wolne wakacyjne dni nie są tylko od sprawdzania „zaległych” płyt, ale prowadząc blog muzyczny kiedyś trzeba znaleźć na to czas.

Bezsensu „Co tam myślisz?”
(2013; Fonografika)
Epką „Czy jedziesz ze mną?” zielonogórzanie dali poznać się jako zespół z pomysłem na granie; studyjnym krążkiem potwierdzili natomiast, że warto było obdarzyć ich kredytem zaufania. Niby indie rock, ale taki, którego sucha się z chęcią. Wokal będący wypadkową Rojka i Wiraszki, prezentuje się o klasę lepiej niż rok temu, chociaż dalej pozostaje największą bolączką Bezsensu (nie wiem, chyba tylko ja mam z tym problem). Dobre melodie i przemyślane teksty (po polsku! wreszcie po polsku!) sprawiają, że mam ochotę posłuchać płyty dwa-trzy razy z rzędu, a to w dzisiejszych czasach sporo.

Ciara „Ciara”
(2013; Epic)
Po debiutanckim albumie Ciary („Goodies”, 2004) odpuściłem obcowanie z jej muzyką na poziomie całych płyt. Sprawdzałem single, oglądałem teledyski, czasami włączyłem jakiś filmik będący zapisem jej koncertu – tyle. Wokalistka była dla mnie bowiem synonimem artysty singlowego, takiego, który nie jest w stanie nagrać dobrej, równej płyty. Jeśli przez swoje nastawienie straciłem sporo ciekawej muzyki – trudno. Wierzę, że kiedyś nadrobię. Cieszę się natomiast, że skusiłem się i posłuchałem w całości tegorocznego, imiennego krążka Ciary. Wokalistka punktuje u mnie przede wszystkim odpowiednimi proporcjami utworów wolniejszych do tzw. bangerów. Album rozpoczyna się co prawda od mocnego uderzenia w postaci duetu z Nicki Minaj (dobry utwór „I’m Out” z bitem tłustym jak tyłek Nicki, która sama zresztą o nim nawija), jednak większość jego zawartości to typowe popowe ballady i pościelowe R&B. Uwagę przykuwają szczególnie: mający największą radiowa przyszłość „Livin’ It Up” (kolejny duet z Nicki Minaj; słychać, że panie naprawdę dobrze się dogadują na płaszczyźnie muzycznej), klubowy „Sophomore”, ukazujący najlepsze strony wokalu Ciary „DUI” oraz „Where You Go”, w którym gościnnie pojawia się Future (prywatnie partner piosenkarki). Wszystko to przedzielone jeszcze jednym szybszym kawałkiem („Keep on Lookin”) oraz energicznym zakończeniem w postaci „Overdose”. Kolejna płyta o miłości i relacjach damsko-męskich. Kolejna, ale przynajmniej przystępna brzmieniowo.

J.Cole „Born Sinner”
(2013; Roc Nation/Columbia)
Narzekacie na poziom tekstów w polskim rapie? Przestańcie! Niektórzy nasi raperzy, owszem, piszą szesnastki jakby mieli szesnaście lat, ale nie używają przynajmniej w co drugiej linijce słowa „białas”. W utworach J.Cole’a, nie dość, że co chwilę pada wyraz „czarnóch” („nigger” i wszelkie odmiany, jakie tylko mogą nam przyjść do głowy), to raper, który uznawany jest przez wielu za najlepszego przedstawiciela tzw. młodego pokolenia, niczym tak naprawdę nie zaskakuje. Zabawa słowem jest, ale powinna ona czemuś służyć. Kolejne utwory na „Born Sinner” szybko się nudzą, a wszystko przez monotonię, jaką narzuca gospodarza. Dwadzieścia jeden (patrząc na wersję deluxe) utworów, które nijak mają się do peanów wygłaszanych na cześć rapera po premierze debiutanckiego materiału sprzed dwóch lat. Jedna z wielu tegorocznych hip-hopowych płyt, po których spodziewałem się wiele, ale moje oczekiwania boleśnie zweryfikowała rzeczywistość.

Sara Bareilles „The Blessed Unrest”
(2013; Epic)
Jej wcześniejsza płyta, „Kaleidoscope Heart” z 2010 roku, sprawiła, że wokalistce z Kalifornii zacząłem się baczniej przyglądać. Premiera nowego krążka nie była dla mnie zatem żadnym zaskoczeniem. Najbardziej dojrzała i przemyślana pod względem muzycznym płyta w dorobku Sary. Zestaw dwunastu spokojnych piosenek, w większości skomponowanych przez samą Bareilles, momentami przynoszących na myśl skojarzenia z Norą Jones. Świetny głos – taki, który nie potrzebuje dziesięciu filtrów i masy poprawek w procesie produkcji utworów; do tego posiadający ciepłą i mocno melancholijną barwę. Poza ogólny schemat całości wychodzi jedynie kompozycja „Little Black Dress” – szybsza i bardziej skoczna od reszty. Umieszczenie jej w połowie płyty, moim zdaniem, jest trochę nietrafione – zdecydowanie lepiej byłoby traktować numer ten jako bonus track. „Rolling Stone” co prawda ocenił „The Blessed Unrest” na dwie i pół gwiazdki, ale – do cholery! – nawet muzyczna biblia może się mylić, prawda? (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.