Wywiad: Lena Romul – „Mogę być niezależna”

Czyj koncert w ramach tegorocznego Open’era spodobał się Lenie Romul najbardziej? Jak artystka dzieli czas pomiędzy prowadzeniem wydawnictwa i pracą nad kolejną płytą? Co uważa o roli Internetu w promowaniu muzyki? Odpowiedzi na te i inne pytania poniżej. Zapraszam do sprawdzenia zapisu rozmowy z autorką płyty „Industrialnie/Instynktownie”.

Lena Romul (foto: Ewa Szwarczewska)

Lena Romul ostatnio w drodze.
Tak. Jeszcze wczoraj byłam na Open’erze w Gdyni, dzisiaj jestem w Tarnowie, jutro wracam nad morze na festiwal. A żeby było jeszcze ciekawiej, wcześniej byłam na Klinice Perkusyjnej Aarona Spearse’a w Grodzisku Mazowieckim (śmiech).

Kto na Open’erze wywarł na Tobie największe wrażenie?
Bardzo zależało mi, żeby zobaczyć krajowych wykonawców. Byłam ciekawa, jak Polacy radzą sobie na takim festiwalu. Na początku byłam na koncercie Sorry Boys. Trafiłam w sumie na samą końcówkę. W zasadzie mi się podobało, ale mam dystans do muzyki po angielsku tworzonej przez Polaków. Później przeszłam się na Ras Lutę na Alterklub Stage. Z reggae mam jednak trochę problem (śmiech). Nie każdy polski wykonawca tego gatunku do mnie przemawia.

Reggae dobrze się robi, ale źle się słucha.
(śmiech) Ładnie ujęte. Następnie odwiedziłam namiot, w którym grał Piotr Orzechowski i w ramach koncertu rozstrajał grając cały fortepian. Bardzo ciekawy występ. Z zagranicznych wykonawców udało mi się posłuchać Nicka Cave’a. To jest bardzo nostalgiczny pan! Mroczny w przemyśleniach. Byłam jeszcze na koncercie Matisyahu. Nie znałam wcześniej jego muzyki, powiedziano mi, że warto. Faktycznie, nie żałuję. Jego styl śpiewania ma coś z reggae’owo-dancehallowej zajawki, ale koncertowo, razem z bandem, brzmi to bardzo rockowo. Do teraz jestem pod wrażeniem tego, jak on poprowadził ten koncert! Rzucił się na falę w tłum, czym kupił mnie ostatecznie. Na koniec zawołał do ludzi zebranych pod sceną, a było ich naprawdę sporo: „Ilu macie ochroniarzy przed sobą? Sześciu? Wchodźcie na scenę!”. Tłum w tym momencie rusza. Ja ci to pokażę (Lena wyciąga aparat i prezentuje zdjęcie z koncertu – przyp. red.). Ochrona w jednej chwili po prostu uciekła. Miałam też okazję posłuchać na żywo zespołu Oszibarack. To jest granie electro na poziomie, do którego chciałabym kiedyś dojść, o którym gdzieś tam wewnątrz trochę marzę. Półtorej godziny nieustannej, dobrej tanecznej muzyki wykonywanej na żywo. Przez moment byłam na Skunk Anansie. Niestety nie spodobał mi się koncert Queens Of The Stone Age. Po godzinie poczułam, że nie jestem zaskakiwana, utwory były budowane w podobnych schematach. Na szczęście później był koncert grupy Hey, na którym było ekstra! Pełen profesjonalizm.

Hey w sumie zawsze gra dobrze.
To prawda, ale zdziwiło mnie, że umieścili ich w scenie namiotowej. Według mnie powinni wystąpić na otwartej przestrzeni, jeśli nawet nie na scenie głównej. Na przykład Kaliber 44 grał na scenie głównej. To jeden z tych open’erowych momentów, które zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Wystąpili z sekcją dętą.

Obecność Kalibra na scenie głównej mnie nie dziwi. Organizatorzy wykorzystali aktualny boom na hip-hop.
Zdecydowanie. Ten festiwal na pewno jest tendencyjny. Ale w występie Hey było fajne to, że chyba nawet sam zespół nie spodziewał się aż tak pozytywnego odbioru. Namiot był wypełniony, można powiedzieć, że ludzie wręcz się z niego wysypywali. Co więcej, na jeden utwór na scenie pojawiła się Brodka, żeby zaśpiewać chórek. Monika była po prostu obecna gdzieś na terenie festiwalowego miasteczka i weszła na scenę zupełnie niespodziewanie dla publiczności.

Ostatnie lata Hey to według mnie niesamowita ewolucja zespołu. Gdyby zestawić Hey z lat 90. z tym, co dostajemy od Nosowskiej i spółki aktualnie, to są przecież dwa zupełnie inne zespoły.
Jako odbiorcy strasznie miło jest mi widzieć, że oni dojrzewają. To jest zespół, który faktycznie cały czas robi muzykę, cieszy się tym wszystkim, szuka nowych rzeczy. Człowiek patrzy na Nosowską i myśli sobie, że dobrze byłoby mieć kiedyś taki spokój twórczy, jak ona.

Spokój twórczy, który pozwala jej na szukanie. Przecież Hey mógłby grać od pięciu lat tylko największe przeboje, a ludzie i tak przychodziliby na ich koncerty.
A oni nie! Grają właśnie w większości nowe utwory. Dopiero na koniec zagrali stare hity, ponieważ wiadomo, że ludzie też tego chcą posłuchać przychodząc na koncert.

Nosowska i Hey grając koncert stawiani są w okropnej sytuacji. Kilka lat temu występując tutaj, na tarnowskim Rynku, niemal po każdej zaprezentowanej piosence oprócz braw słyszeli nieustanny okrzyk „Teksański! Teksański!”. To musiało być strasznie denerwujące, skoro Nosowska w końcu, na bis, zdecydowała się zaśpiewać ten numer.
Dla nich to musi być faktycznie ciężkie. Podejrzewam, że każdy artysta, który gra w kółko po tysiąc razy tę samą piosenkę, ma ten problem.

Lena Romul (foto: Tomasz Kajdasz)

Można zażartować, że Ty na szczęście nie masz jeszcze takiego problemu.
Dokładnie (śmiech). Mam za to zupełnie inny problem – chciałabym grać koncert półtoragodzinny, a nie mam jak (śmiech). Wydałam debiutancki album, ale powoli komponuję nowe utwory, żeby mieć czym wypełnić koncerty. Nie każdy utwór nadaję się do grania koncertowego. Muzycy, z którymi pojawiam się na scenie, są w stanie zagrać dwie godziny i pewnie, gdyby mieli okazję i chęć, to zagraliby kolejne dwie, ale na ten moment po prostu się nie da.

Koncerty wchodzące w skład nowej, jesiennej trasy może będą trwały już tyle, ile chcesz. Czy oprócz trzech znanych na ten moment miast, możesz powiedzieć na jej temat coś więcej?
Wszystko układa się bardzo dobrze. W planie są cztery kolejne weekendy po dwa-trzy koncerty. Moja muzyka, przynajmniej teraz, nie jest specjalnie plenerowa, dlatego lato jako termin występów nie wchodzi w rachubę. Wykonujemy telefony i ustalamy daty jesienne. Przyjemne jest to, że debiutancka płyta ukazała się, poszła w świat, my skończyliśmy jakiś etap, a niemal za każdym razem spotykamy się z chęcią zorganizowania koncertu. Dodatkowo, bardzo cieszy mnie to, że w tych miejscach, w których graliśmy przed wydaniem płyty, jesteśmy ponownie mile widziani, a przecież nie każdy występ z miejsca stawał się udany. Zdarzały się koncerty, na które przychodziło po dziesięć-piętnaście osób (śmiech).

To wszystko jest przecież przemyślane. Organizator pamięta dobre przyjęcie koncertu, śledzi pozytywne recenzje i podejrzewa, że teraz tym bardziej występ powinien cieszyć się dobrą frekwencją. Co jednak bardzo mnie martwi, pomimo tego sukcesu, to Ty jesteś zmuszona sięgnąć po telefon, organizator nie wykona pierwszego ruchu.
Ja ewidentnie jestem na tym etapie, że sama muszę walczyć o możliwość grania. Pokazuję jednocześnie, że nie potrzebuję do szczęścia dużej wytwórni, tylko mogę sama bookować sobie koncerty, wydawać płyty. Mogę być niezależna.

To już pokazali kilka lat temu raperzy, którzy byli odsuwani przez media i duże wytwórnie. Lekarstwem na to było zakładanie własnych wydawnictw.
Raperzy wycwanili się jeszcze na tyle, że mają swoje brandy odzieżowe. Wokół tych ubrań jest zbudowana wręcz cała kultura wyznawców danego wykonawcy. Z marketingowego i socjologicznego punktu widzenia to jest niesamowite!

Jeśli dobrze pamiętam, Sokół powiedział, że więcej zarabia na sprzedaży ubrań niż płyt.
Ważne, że pomimo sukcesu marki tekstylnej, dalej robi muzykę. Ja bardzo doceniam to, co zrobiliśmy sami po wydaniu płyty. Zorganizowaliśmy trasę, a ludzie, którzy przychodzili na nasze koncerty, naprawdę nas słuchali. W ogóle nie liczyła się dla mnie liczba widzów, ale to, że każdy przyszedł i słuchał, był zaciekawiony tym, co mamy do zaoferowania. Miałam do czynienia z publicznością, która wymagała i chciała coś przeżyć.

Podczas jesiennych koncertów oba krążki będą promowane równie intensywnie?
Postawiliśmy teraz na Projekt Instynktownie, akustyczny. Co więcej, postanowiliśmy już, że kolejny projekt również robimy w podobnym brzmieniu, ale idziemy o krok dalej – chcemy połączyć piosenki z jazzową nutą. Dodać trochę etnicznych brzmień. Nie będzie to jednak kolejna płyta live, ale w pełni wyprodukowany materiał.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał kiedy płyta?
Nie mam na nią parcia. Pracuję na pełnym luzie, w spokoju piszę nowe piosenki. W przypadki „Industrialnie/Instynktownie” miałam wewnętrzne ciśnienie. Chciałam bardzo szybko nagrać album, mieć ten etap zamknięty. Z tymi projektami koncertowałam już przecież dość długo, mijał czas, a to ciągle nie było nagrane.

Czy grane na koncertach utwory, które później umieściłaś na albumie, zmieniły się bardzo przez ten okres?
Tak, to wszystko dojrzewało. Jeszcze dwa-trzy miesiące przed wydaniem robiliśmy ostatnie poprawki. Była presja, że ciągle musi być lepiej. Teraz, jak słucham tych piosenek, to myślę sobie, że to było bez sensu. Niektóre utwory są niepotrzebnie napakowane dodatkowymi dźwiękami.

Wydaje mi się, że jeśli ktoś nie zna pierwotnych wersji, nie jest w stanie tego wychwycić.
Pewnie tak. Materiał na pewno nie jest przeciążony, ale z pewnością jest kilka momentów z za dużą ilością dźwięków i nie jest to do końca przemyślane. Słuchaczowi pewnie po jakimś czasie też zaczyna to przeszkadzać.

Faktycznie, coś w tym jest. Słuchając ostatnio tego albumu przeskakiwałem z numeru na numer, ale myślę, że tak jest z wieloma płytami, które osłuchają się po pewnym czasie.
Tak. W sumie ja tak mam z moimi ulubionymi płytami. Mam na nich swoje ulubione trzy-cztery numery. To się rzadko zdarza, żeby ludzie mieli swoją ukochaną całą płytę, album, którego mogą słuchać od początku do końca. Przeważnie jest jednak tak, że zawsze znajdzie się parę numerów, które są mniej lubiane. Ja mam na przykład takie fazy, że przez miesiąc słucham tylko jednej płyty. Bez przerwy!

Też tak mam, ale takie długie okresy słuchania dotyczą u mnie tylko jednego krążka. Z innymi sobie tak dobrze nie radzę.
Żyjemy w epoce singli…

… i teledysków. Człowiek ogląda klip na YouTube i co? Kupi płytę, albo nie kupi. Trzeba zdecydować po jednej, dwóch piosenkach. Ewentualnie jeśli wytwórnia i wykonawca zdecydują się umieścić płytę do sprawdzenia w sieci.
I to jest ciekawe. Ja tak naprawdę dopiero się uczę, że być może mocą w tym, co ja robię, powinien być Internet, a nie telewizyjno-radiowe sprawy.

Ale masz na myśli wydawanie muzyki, czy wyłącznie jej promowanie?
Chodzi mi o obie te rzeczy. Zastanawiam się, czy nie wypuszczać swojej muzyki za darmo. Dla mnie liczy się to, ile ludzi tego posłucha. Z płytami jest trochę tak, że wiele osób nie ma już odtwarzaczy CD, co – przyznam się – dopiero niedawno do mnie dotarło (śmiech). To już nie jest taki popularny sprzęt. Teraz są empetrójki, ludzie nie kupują już krążków CD.

Właśnie nie. W Polsce w 2012 roku zanotowane wzrost sprzedaży płyt CD. Jesteśmy jednym z nielicznych państw w Europie z plusowym wynikiem.
OK, ale popatrz na cały rynek z innej strony. Próg złotej płyty jest strasznie niski jak na kraj, który ma trzydzieści parę milionów mieszkańców.

Obawiam się, że gdyby nie ten zabieg, to nikt w tym kraju nie osiągałby złota. W dzisiejszych czasach wydać trzydzieści złotych na album to jednak dużo. Zresztą podobnie jest z pójściem na koncert.
Niestety, muszę się zgodzić. To nie jest wydatek ot, tak sobie. Jeśli ludzie w naszym wieku mają średnią płace 1700 złotych na rękę i z tego musza wynająć mieszkanie, bo przecież kogo stać na kupno własnego? Do tego trzeba coś zjeść, a jak jeszcze płacisz samemu za studia, to już jest tragedia. Koniec pieniędzy. I co wtedy?

Człowiek automatycznie ściąga muzykę z Internetu, albo słucha, jeśli wykonawca ją udostępni.
I jak bardzo się w czymś zakochasz, to w ostateczności zaoszczędzić na bilet i pójdziesz na koncert. Ale żeby mieć możliwość tego zakochania się, ktoś ci to musi najpierw dać. Dać ci szansę, na posłuchanie.

Albo weźmiesz to sobie sam. Nielegalnie, a artysta później się burzy, że ludzie ściągają jego piosenki, zamiast iść do sklepu.
Wydaje mi się, że należy to zaakceptować i korzystać z tego.

Niektórzy wykonawcy chyba wreszcie to zaakceptowali i wychodzą naprzeciw oczekiwaniom słuchaczy, publikując płyty na przykład w dniu premiery. Dzięki temu nie kupujemy kota w worku, a nie nabywając albumu mamy świadomość, że nie jesteśmy piratami, ponieważ słuchamy go z tzw. legalnego źródła.
Przykład Katy B, która ostatnio wypuściła do Internetu całą epkę, którą można było ściągnąć za darmo. I co jest w tym złego? Ludzie i tak ją kochają.

To jest też przemyślany marketing. Dzisiaj ściągasz za darmo, podoba ci się to. Za kilka miesięcy, kiedy kolejna płyta trafi do sprzedaży sklepowej i jeszcze będzie zawierać – nawet jako bonus – jeden, dwa utwory z epki, być może pójdziesz i ją kupisz.
To jest podoba historia do Calvina Harrisa. Ja uwielbiam jego pierwszą płytę „I Created Disco”. Dla mnie ten krążek jest po prostu ekstra! Materiał w całości wyprodukowany przez niego, sam też śpiewa tym swoim dziwnym, manierycznym głosem (śmiech). I nagle on wypuszcza kolejną płytę, kiedy już single są bardzo znane. I masz na okładce płyty napisane „included” i tytuły pięciu numerów, które znasz na pamięć. Kupujesz więc płytę z przyjemnością, bo znasz połowę piosenek, które na niej są. I to wszystko sprowadza się do wcześniejszego wniosku, że Internet będzie jednak ważniejszy, a sama płyta będzie pełniła rolę swego rodzaju podsumowania.

Podejrzewam, że już za chwilę muzyka będzie wydawana wyłącznie w formie plików, a płyty, jeśli będą tłoczone, to tylko w limitowanej ilości dla prawdziwych freaków.
Właśnie myślę nad tą formą w przypadku kolejnego albumu. Jak już wcześniej mówiłam, nie chcę się z nim spieszyć. Chciałabym zrobić trzy teledyski promujące kolejną płytę. Przy okazji promocji debiutanckiego materiału zobaczyłam, jak klipy dobrze działają na odbiór muzyki. 15 czerwca wpuściłam do sieci klip do utworu „Dziecięcy Głos”, a on ma nagle ponad dziewięćdziesiąt tysięcy wyświetleń, gdzie ja mam tylko półtora tysiąca fanów na Facebooku. Zobaczyłam to i pomyślałam sobie „Wow! Jak to się w ogóle stało?”. Według moich statystyk, jestem w stanie napędzić maksymalnie osiem, dziewięć tysięcy odtworzeń, ale jak dostaję informację zwrotną z taką liczbą, to zdaję sobie sprawę, że jest jednak jakaś inna moc, która tym kręci.

To pokazuje, że jest sens wypuszczać klip nawet kilka miesięcy po premierze, kiedy teoretycznie większość słuchaczy mogłaby zapomnieć o płycie i samym wykonawcy.
Ludzie znowu zaczynają o tobie pisać, pojawiają się nawet nowe recenzje i dzięki temu, że media o tobie przypominają, jest okazja, aby zorganizować kolejną trasę promującą materiał.

Wspomniałaś nowe recenzje. Jest jakaś różnica w opiniach recenzentów, którzy pisali o płycie zaraz po jej premierze, a tymi, które ukazały się po pojawieniu się teledysku do utworu „Dziecięcy Głos”?
Tak, jest różnica i ona nie dotyczy tylko recenzentów, ale samych słuchaczy. Docierają do mnie teraz postaci, z którymi kilka miesięcy temu nie mogłam mieć kontaktu, ponieważ nie byli to na przykład znajomi znajomych. Teraz są to ludzie, którzy gdzieś coś zobaczyli, coś usłyszeli, coś przeczytali. Krąg osób zainteresowanych moją muzyką poszerza się samoistnie. Być może część z tych nowych słuchaczy to osoby, które skojarzyły mnie z tą dziewczyną z niebieskiego ekranu. Poza tym, ten nowy klip pokazał, że ja wcale nie muszę robić muzyki trzyminutowej, dostosowanej do radia. Przecież „Dziecięcy Głos” to nie jest radiowa piosenka, a po premierze teledysku ten odzew okazał się większy.

To też znaczy, że słuchacze się zmieniają, że szukają czegoś więcej niż radiowych przebojów na jeden sezon…
… albo, że ludzie, którym moja muzyka może się podobać, to jest zupełnie inna grupa, taka publiczność bardzo niezależna.

Do której nie celowałaś do tej pory.
Jest to bardzo możliwe. W ogóle jest mi strasznie miło, że po premierze pierwszego teledysku, do „Wierzę”, ludzie zaczęli do mnie pisać. To nie są już wiadomości typu: „Fajna jesteś, spoko muza”. Dostaję teraz maile o objętości połowy, albo całej strony A4. Mam na przykład kontakt z jedną fanką z Niemiec. Po tym, jak wysłałam jej płytę, ona przysłała mi kubeczek z podziękowaniem za muzykę. To nie jest żart! To było niesamowite, że ktoś mi dziękuję za to, że nagrałam kilka piosenek. Trzeba dodać, że ja te piosenki napisałam ładnych kilka lat temu, a one dopiero teraz zaczynają żyć i docierać do ludzi.

To też jest trudne dla Ciebie. Chciałabyś robić coś nowego, ale za każdym razem na koncertach grasz te numery, które powstawały w jakiejś określonej sytuacji, w przypływie określonych emocji. Śpiewasz i przypominasz sobie o tym, co kiedyś było.
Poza tym jest tak, że pozbyłam się niektórych emocji, które towarzyszyły mi przy tworzeniu kilka lat temu. Przedstawię ci to na przykładzie. Ostatni koncert z Projektem Industrialnie zagraliśmy w maju i uznaliśmy, że kończymy z tym. Graliśmy te piosenki bardzo długo przed premierą płyty, później ukazała się płyta, były kolejne koncerty i w pewnym momencie skończyły się pomysły. Zadałam sobie pytanie, co możemy z tym dalej zrobić? Nie mamy możliwości ruchu. Nie mamy nauczycieli, którzy podszkolą nas w elektronice. Postanowiliśmy, że zawieszamy projekt i przeczekujemy. Nie ma co kręcić palcem w przysłowiowym – mówiąc kolokwialnie – gównie, skoro nie wiemy, co dalej z tym zrobić (śmiech). Musimy sobie to przemyśleć, wyciągnąć wnioski, odrobić lekcje z elektroniki, złapać inspiracje. Na ostatnich koncertach z Industrialnie było tak, że ja nie czułam tych piosenek. Dzisiaj w życiu nie napisałabym takich linii wokalnych. Są niewygodne (śmiech). Nagle się okazało, że ja teraz śpiewam zupełnie inaczej. Muszę przyznać, że bardzo duża daje mi praktyka w chórkach (Lena Romul w Tarnowie pojawiła się z Mariką i jej Spokoarmią – przyp. red.). Dowiaduję się sporo o swoim głosie. Wcześniej byłam przecież głównie saksofonistką. Trzeba się rozwijać. Jak człowiek spotyka na swojej drodze osoby, które uważają, że są rozwinięte już w stu procentach, to nie pójdziesz z nimi dalej. Trzeba zmienić otoczenie i to podejrzewam tyczy się każdej dziedziny życia, nie tylko muzyki.

W muzyce możesz pozwolić sobie na zebranie nowego zespołu, ale czy osoba pracująca w jakiejś firmie ma ten komfort? Chyba nie. Rzuciłabyś pewną pracę tylko dlatego, że osoby, z którymi siedzisz w biurze trwają w stagnacji?
Faktycznie, zgadzam się. To jest ciężka sprawa.

Co Ty robisz, żeby nie przestać się rozwijać?
Założyłam wydawnictwo Captain Earth. To, że zajmuję się obecnie sprawami menadżerskimi nie sprawia, że odstawiłam na bok muzykę. Wszystko to, co robię, dalej jest związane z graniem. To element rozwoju.

Jesteś jednak zmuszona dzielić czas między oba te zajęcia.
To zupełnie nie oznacza podziału czasu, ponieważ to dalej są rzeczy związane z muzyką. Zaczęłam inwestować w inne zespoły, nie tylko w siebie i to mi się spodobało. Rozumiem tych wykonawców, ponieważ jeszcze niedawno sama nie miałam szansy zaistnieć. Cenię sobie to, że zespoły, które nie mają za bardzo pojęcia co robić, zaufały mi. Żadna duża wytwórnia nie zwróci na nich uwagi, ponieważ to jest nieradiowe, nietelewizyjne, nieopłacalne. Ja przeszłam ten etap, mam go już za sobą i wiem, jak sobie radzić z niektórymi rzeczami. Nie obiecuję im złotych gór, mówię tylko, że mogę im pomóc. Jestem na takim etapie, że stać mnie, aby inwestować jakieś kwoty w te zespoły. Może głupio to zabrzmi, ale traktuję to trochę fundacyjnie. Znajduję czas na to, aby powoli pracować nad swoim materiałem i w międzyczasie komuś pomóc.

Dodatkowo czerpiesz zapewne inspirację od wykonawców, którym pomagasz.
Zdecydowanie! Oni tworzą swoją muzykę, inaczej podchodzą do pewnych czynności. Ja przebywając z nimi dowiaduję się nowych rzeczy, podglądam jak pracują. Zdarzyło mi się nawet pojechać na kilka koncertów jako tzw. opiekun danego zespołu. Nie jestem w tym najlepsza, ale byłam w stanie na ten czas się przekwalifikować i zdobyć tym samym nowe doświadczenie. To kolejny argument przemawiający za tym, że warto to robić. Bardzo cieszę się, że podjęłam się takiej roli.

Z tej naszej rozmowy wyłania się smutna prawda: wyróżnienie dla jedynej kobiety-laureatki na Międzynarodowym Konkursie Jazz Juniors, imprezie bardzo szanowanej przez słuchaczy jazzu w Polsce, dla krajowej branży zupełnie nic nie znaczy.
To prawda, muszę się z tobą zgodzić. Drzwi do kariery o wiele bardziej otworzyła mi telewizja i to jest smutne. Nie mam jednak czego żałować. Po udziale w „Mam Talent” i tak wyszłam na swoje.

Szczęściem było to, że nie wygrałaś tego talent show.
Też tak uważam. Taki triumf wiąże się z późniejszymi zobowiązaniami, na które nie wiem, czy miałabym ochotę.

4 Comments

  1. Gosia

    zaczęłam czytać i nie spodziewałam się tak długiego wywiadu. super! czyta się jednym tchem. Lena mówi o ciekawych rzeczach.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.