Krótka piłka #198: Dziesięć (moich) płyt na wakacje

Nie będę udawał, że to innowacyjny pomysł na tekst, ponieważ tak nie jest. Tego typu zestawień pojawiło się do tej pory sporo, a ostatnią inspiracją do opublikowania mojej dziesiątki był podobny wpis na Rzygu Kulturalnym. Zapraszam, to lista dziesięciu (moich) płyt na wakacje.

Składanka „I Love 90s”
(2001; Virgin Records)
Urodziłem się w końcówce lat 80., dorastałem w kolejnej dekadzie. Pierwsze zajawki na koszykówkę, pierwsza paczka kart NBA, które zbieram zresztą do dzisiaj, mundial w Stanach Zjednoczonych oglądany po nocach (kibicowałem wtedy Włochom, pamiętny rzut karny wykonywany przez Roberto Baggio pamiętam do dzisiaj), pierwsze piwo, pierwszy papieros, pierwsza bójka. Wszystko pierwsze. Również pierwszy kontakt z muzyką – co prawda zupełnie inną od tej, której słucham nałogowo dzisiaj, zupełnie innej od tej, którą dzisiaj uznaję za dobrą. Z radością powracam jednak do tamtego okresu. Lata 90. były dla mnie najlepsze pod wieloma względami, także muzycznymi. Sinead O’Connoer, R Kelly, House Of Pain, Blur, Roobie Williams, Oasis, Jamiroquai, Fatboy Slim – dla tych wykonawców zawsze znajdę czas. Dwupłytowa składanka „I Love 90s”, będąca wynikiem współpracy radia BBC oraz firm fonograficznych Virgin i EMI, to taka podróż w czasie, której nigdy sobie nie odmówię.

213 „The Hard Way”
(2004; TVT)
„Przed autotunem był Nate Dogg” – tak najprościej wytłumaczyć różnice pomiędzy raperami usiłującymi dzisiaj śpiewać a tym, co dobrze robił członek ekipy 213. Nieżyjący już raper (i wokalista – chyba nie będzie nadużyciem jeśli napiszę właśnie w ten sposób) potrafił w perfekcyjny sposób urozmaicić każdy utwór. Jego śpiewane refreny – nawet z najbardziej twardych, ulicznych numerów – robiły miłe dla ucha, chilloutowe kawałki. „The Hard Way” to efekt kolaboracji ze Snoop Doggiem i Warrenem G. Płyta utrzymana w g-funkowym klimacie, według mnie – idealnym na słoneczne, leniwe popołudnia. W 2004 roku, a więc chwilę po premierze, materiał przez wielu krytykowany. Jednak czemu się dziwić, hype na Tego Typa Mesa i jego g-funk przyszedł dopiero później.

Common „Be”
(2005; GOOD)
Lista płyt na lato bez uwzględnienia mojej ulubionej płyty? To przecież niemożliwe. Wyobrażacie sobie ewentualny wyjazd gdzieś daleko – albo i blisko – wiedząc, że w perspektywie czeka Was dłuższa rozłąka ze kolekcją płyty? Wyobrażacie sobie długi czas bez możliwości odtworzenia swojego ulubionego albumu? Tak, wiem doskonale, że żyjemy w XXI wieku i do małego wynalazku o nazwie „odtwarzacz mp3” możemy zmieścić tysiące piosenek, ale to nie dla mnie. Jeśli słuchać „Be”, to tylko z oryginału, przeglądając po raz setny książeczkę i zamieszczone w niej zdjęcia, czytając creditsy, za każdym razem powtarzając sobie pod nosem: „Kanye, co za bit!”.

Ortega Cartel „Lavorama”
(2009; Sixteen Pads Records)
Miłośnicy rocka pewnie będą zawiedzeni, ale na tej liście znajdzie się dużo rapu i szeroko pojmowanych „czarnych brzmień”. Co zrobić, taki mój gust. Obecność „Lavoramy” fanów polskiego hip-hopu zapewne nie zdziwi. Masa lekkich, przyjemnych numerów, sporo jazzowych sampli i ciepły klimat płyty stworzonej przez panów mieszkających na co dzień w chłodnej kanadzie. „Kanadyjska zima, polski jazz” – takie połączenie musiało wypalić. Sporo dobrych numerów i gości – z Reno, Spinachem, Tede i The Jonesz na czele. Piter i Patr00 w pięknym stylu pożegnali się z publiką jako Ortega Cartel. Zakończenie godne największych.

Mela Koteluk „Spadochron”
(2012; EMI)
Jedna z moich ulubionych płyt ubiegłego roku. Mela Koteluk robi to, czego od bardzo dawna brakowało mi na popowej scenie nad Wisłą – śpiewa po polsku dobre piosenki. Tutaj nie ma grania na siłę, rejestrowania materiału w pełni anglojęzycznego, aby sprostać modzie. Cieszy mnie bardzo, że sama wokalistka kontynuuje obraną drogę, czego dowodem dwa nowe single: „To trop” i „Wielkie nieba”. A sam „Spadochron” zapewne nie raz pozwoli mi miękko wylądować po wakacyjnych wzlotach.

Karolina Kozak „Homemade”
(2012; Sony Music)
Kolejna polska płyta na liście. W zasadzie mógłbym powtórzyć to, co napisałem przy „Spadochronie” – dobre, polskojęzyczne utwory. Te dziewięć piosenek ma wszystko, żeby emitować je w największych komercyjnych stacjach radiowych. Tak zresztą dzieło się z utworem „Mimochodem” – jak dla mnie, jednym z najlepszych polskich singli ostatnich lat. Z drugiej strony „Homemade” w swej ciekawej muzycznej warstwie mówi kategoryczne „nie” łączeniu go z proszkami do prania i porannym programem śniadaniowym, w którym Kinga Rusin na siłę udowadnia, że jest śmieszna. Chociaż Karolina Kozak jest autorką kilku radiowych hitów okupujących w przeszłości listy przebojów, jej druga solowa płyta nie wyląduje w koszyku statystycznego słuchacza RMF-u i Eski. “Nudzę się”, “Bez pytania”, “S.A.D.” i “Pstryk pstryk” skierowane są raczej do wszystkich tych, którzy nie szukają hitu lata (o ironio!), ale muzyki zapadającej w pamięć, piosenek, z którymi można przejść przez życie. Taki jest właśnie materiał na “Homemade” – prosty i nie zaśpiewany przez sceniczną divę, lecz kobietę chcącą opowiedzieć nam swoją wciągającą historię. Prywatnie: najlepsza polska płyta 2012.

Us3 „Hand on the Torch”
(1993; Blue Note)
Debiut Brytyjczyków z 1993 roku poznałem sporo (naprawdę sporo!) czasu po premierze. Nie chcę tutaj nikogo wprowadzać w błąd, ale jeśli pamięć mnie nie myli, po muzykę Us3 sięgnąłem dopiero na początku liceum (być może już końcem szkoły gimnazjalnej?). Byłem w niemałym szoku, że rapowe kawałki można grać przy pomocy trąbki, saksofonu i gitary. I to wszystko na żywo, bez samplowania.

Robbie Rivera „The Real Sound of Miami”
(2000; Slip ‚N’ Records)
Urodzony w Puerto Rico producent i didżej za gramofonami stoi już od dłuższego czasu. Słychać to od razu po serwowanym materiale. Lekkie, bezproblemowe przejścia pomiędzy trackami, dobrze dobrane efekty podczas miksu oraz odpowiedni dobór kawałków. Album zawiera dwie płyty. Pierwsza to zapis live actu z czerwca 2000 roku, z imprezy mającej miejsce w Miami (stąd nazwa całego materiału). Druga płyta to swego rodzaju bonus, na którym znajdziemy oryginalne wersje granych podczas imprezy utworów. Dla mnie rzecz ciekawa, ale ja nie znam się na muzyce hause, zatem prawda może być zgoła odmienna.

Blossom „Blue Balloons”
(2011; Export Label)
Fani brzmienia utrzymanego w klimacie downtempo i nu-jazz bardzo pochlebnie wyrażali się o debiutanckim krążku Blossoma. Ja, jako osoba lubująca się po prostu w dobrych melodiach, byłem niezmiernie zadowolony z faktu, że mogłem objąć nad krążkiem tym patronat. Nie spodziewałem się, że muzyka na nim zawarta zostanie ze mną na tak długi czas. Dzisiaj, po półtora roku od premiery, „Blue Balloons” broni się niezłymi melodiami, ciekawym doborem sampli i pomysłem na złożenie wszystkich dźwięków w całość.

Katarzyna Nosowska „Osiecka”
(2008; QL Music)
Na koniec coś na uspokojenie, czyli piosenki Agnieszki Osieckiej w wykonaniu Katarzyny Nosowskiej. Zapewne każdy z Was (a jeśli nie każdy, to większość) ma taką płytę, której może słuchać w kółko przez bardzo długi czas. Tydzień, dwa tygodnie, miesiąc. Inna muzyka wtedy nie istnieje, nie ma innych wykonawców, innych piosenek. Cała płytoteka niby jest obok na półce, ale jakby jej nie było, ponieważ w odtwarzaczu kręci się tylko ten jeden jedyny dysk. Tak właśnie mam z „Osiecką”. Materiał niby mało wakacyjny, ale kto powiedział, że lato będzie słoneczne? (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.