Relacja #2: Paul McCartney – Out There! Tour w Polsce (22.06.2013 r., Warszawa)

Koncert Paula McCartney w Polsce to tak duże wydarzenie muzyczne, że nie mogliśmy oprzeć się pokusie przygotowania dla Was dwóch relacji. Drugą z nich przygotował Mateusz Kołodziej.

Relacja z koncertu autorstwa Agaty Kozłowskiej.

W wywiadzie udzielonym Piotrowi Metzowi, Sir Paul McCartney obiecywał, że specjalnie na warszawski koncert nauczy się trochę języka polskiego. Jak obiecał, tak zrobił. Z pomocą kartki, ale jednak. „Cześć Warszawo”, „Cześć Polacy”, standardowe „Dzięki” i dłuższe zdania typu „Napisałem tę piosenkę dla mojej żony” (to oczywiście o utworze „My Valentine”) czy końcowe „Musimy już iść” za każdym razem zbierały równie dużą porcję braw, porównywalną do tych, jakie wypełniały Stadion Narodowy po każdej z piosenek.

Zacznę od minusu, ponieważ dopatrzyłem się tylko jednego. Obiekt sportowy, który reklamowany jest jako jeden z najlepszych stadionów na świecie, kuleje w kwestii akustyki. Tak było na występie Madonny i – jak relacjonowali inny – na koncertach Coldplay i Beyonce. Ten sam problem pojawi się także zapewne na muzycznych wydarzeniach, jakie odbędą się na murawie Narodowego w najbliższym czasie (koncerty Depeche Mode i Rogera Watersa). Nie ma jednak co marudzić. Ci, którzy obecni byli na każdym z wymienionych show przekazują dobrą wiadomość: za każdym razem jest coraz lepiej.

Niespodzianka przygotowana przez fanów…

Out There! Tour to taka sentymentalna podróż do przeszłości. Macca serwuje nam stare piosenki, które w latach 60. i 70. windowały na szczyt The Beatles i Wings. Nie inaczej było w Warszawie. Trzygodzinny koncert wypełniony był niemal samymi hitami. Niby od dawna było wiadomo, jakie piosenki zabrzmią, jednak za każdym razem coś zaskakiwało, zapierało dech w piersiach, sprawiało, że oczy powiększały się ze zdziwienia, a usta lekko otwierały. Wszystko zaczęło się od „Eight Days a Week”, skończyło zaś kolejnym bisem i wymowną piosenką „The End”. W międzyczasie znalazło się natomiast miejsce dla rock’n’rollowej zabawy w rytm „Back in the U.S.S.R.”, wolniejszego „Let It Be”, „Hey Jude” uzupełnionego niespodzianką przygotowaną przez publiczność (kartki z napisałem „Hey Paul”) i monumentalnym „Live And Let Die”. Pięknie pod względem kompozycji wypadł utwór „Helter Skelter”, chyba trochę niedoceniony przez tłum (przynajmniej w moim sektorze), oraz magiczne „Yesterday” i „Blackbird”. Przebojem dnia, zgodnie z oczekiwaniami, okazała się piosenka „Ob-La-Di, Ob-La-Da”, podczas wykonywania której zebrani i na płycie, i na trybunach po prostu oszaleli.

Macca to jedno, ale towarzyszący mu zespół również zasłużył na pochwały. Wszystko perfekcyjnie dopracowane, piosenki dopieszczone od pierwszej do ostatniej nuty, granie w punkt, przy jednoczesnym zachowaniu pozoru fantazji i wariactwa. Gitarzyści Rusty Anderson i Brian Ray, perkusista Abe Laboriel, Jr. oraz magik klawiszy Paul Wickens (przecież jego gra chociażby w „Lady Madonna” czy „Eleanor Rigby” to był totalny i niepodważalny majstersztyk!) – każdy z nich włożył w show tyle muzycznego dobra, którym można by obdzielić dziesiątkę innych występów.

… oraz niespodzianka przygotowana przez McCartenya

Publiczność? Najlepsza, jaką widziałem! Bez podziałów na fanów The Beatles, Wings, McCartneya czy Lennona. Przepaść wiekowa? Tylko na papierze. Metryka tego wieczoru nie miała znaczenia. Dawno nie wiedziałem w jednym miejscu tak przyjaźnie nastawionych do siebie ludzi w różnym wieku. Znajomości zawiązywały się na długo przed wejściem na stadion, chociażby jeszcze w pociągu. Widziałeś kogoś w koszulce z podobizną Wielkiej Czwórki lub samego Paula i od razu byłeś pewien, że zmierzacie w tym samym kierunku. Problem z dotarciem na Narodowy? Pierwszy raz w Warszawie? Kogo pytasz o drogę, policję? Nie, fana w t-shircie z napisem „Abbey Road”. Zachwyt nad publiką podzielił również sam McCartney. Radość z przyjęcia nie była udawana, uśmiech od ucha do ucha na twarzy ex-Beatlesa gościł niemal cały czas. Do tego wzorcowy kontakt z wypełnionym po brzegi Stadionem Narodowym. Żart, głupia minka, charakterystyczny gest podnoszonej gitary, wspomniane już wcześniej próby mówienia (czytania) po polsku i wniesienie podczas bisu ogromnej biało-czerwonej flagi – wszystko robione w taki sposób, aby pierwszy koncert McCartneya w Warszawie zapamiętany został na bardzo długi czas.

Paul, jesteś największym z żyjących! (MAK)

* * * * *

Relacja z koncertu autorstwa Agaty Kozłowskiej.
Oficjalna fotorelacja z koncertu na Facebooku Live Nation Polska.

3 Comments

  1. Aleksandra Grygierczyk

    Fan-ta-stycz-ne! Mimo niedomagań nagłośnieniowych – były to zupełnie wyjątkowe dwie godziny i czterdzieści minut. Opuszczaliśmy więc stadion spełnieni i szczęśliwi. Cud się dokonał. Wielkość tej muzyki, dla nas niepodlegająca jakiejkolwiek dyskusji, okazała się silniejsza od niedostatków akustycznych..

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.