Krótka piłka #195: „A Clockwork Chaos”, „13”

W 195. odcinku Krótkiej piłki sięgam po dwie tegoroczne płyty: Vedonist „A Clockwork Chaos” oraz Black Sabbath „13”.

Vedonist „A Clockwork Chaos”
(2013; Witching Hour Productions)
Warszawiacy z nową płytą powracają po kilku latach, co – przyznam bez bicia – wyczytałem w notce prasowej. Nie znam wcześniejszych płyt zespołu, nie wiem zatem jak „A Clockwork Chaos” wypada na tle całej dyskografii Vedonist. Wiem natomiast, że jako płyta z muzyką, prezentuje się ona w miarę dobrze. A piszę to jako osoba, słuchacz, który death metalem i deathcorem interesuje się tak, jak – przepraszam za porównanie – zeszłorocznym śniegiem. Potrzebowałem trzech podejść, aby zapoznać się z materiał od początku do końca. Jego ciężar za każdym po prostu mnie przerastał (i chyba przerasta mnie do teraz). Fani tego typu klimatów, do których zaliczyć się na pewno nie mogę, spodziewać powinni się wiercących w naszych mózgach solowych partii, riffowego jazgotu, mocnych uderzeń perkusji i ryczącego wokalu, co wbrew pozorom nie przekreśla technicznych umiejętności wokalisty (w końcu growlingować też trzeba umieć!). Kolejne z dziewięciu zawartych na płycie utworów charakteryzują się brutalnością brzmienia, szybkością grania i ogólnie pojętym mrocznym klimatem. Współgra z tym wszystkim wmieszana w to elektronika (głównie ambient), która momentami wspomaga krwistość wyrazu, przy jednoczesnym rozwinięciu przestrzeni muzycznej. Jak zawsze w tego typu przypadkach daję dodatkowy plus za książeczkę zawierającą teksty. Bynajmniej przeszkodą w zrozumieniu nie jest język angielski. Ja po prostu zawsze miałem problem ze zrozumieniem tego, co do mikrofonu „charczy” metalowy wokalista.

Black Sabbath „13”
(2013; Vertigo)
Powroty to zawsze drażliwy temat. Ale Black Sabbath to już mała przesada. Panowie zrobili dla heavy metalu (a nawet ogólnie – muzyki) bardzo dużo, ale jak śpiewał Grzegorz Markowski „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść”. Ozzy i koledzy nie znają języka polskiego, więc pewnie frazy tej nie słyszeli. A szkoda, bowiem „13” to materiał taki sobie i na pewno nie wzbogaca całego dorobku zespołu. Z jednej strony album zawiera ciekawe bluesowe momenty, z drugiej bez jakiegokolwiek pomysłu metodą „kopiuj-wklej” odwołuje się do starszych nagrań kapeli. Niby od początku było wiadomo, że grupa nie zacznie brzmieć dupsetpowo, ale o pewną oryginalność mogła się pokusić. Zawiódł trochę producent Rick Rubin, który przecież jest w swoim fachu mistrzem, ale jak widać, nawet największym przytrafiają się słabsze momenty. Krążek, przynajmniej dla mnie, bez żadnej większej wartości artystycznej, a jedynie sentymentalnej – bo zawsze ciekawie jest posłuchać legend, nawet jeśli ledwo trzymają się na nogach. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.