[Podsumowanie 2012 roku] Najlepsze albumy z coverami

Rocznego podsumowania ciąg dalszy. Tym razem pięć najlepszych płyt wypełnionych coverami. Na jednej liście zestawiam wydawnictwa zarówno polskie, jak i zagraniczne. Najlepszymi „muzycznymi przeróbkami” popisali się zatem…

Z coverami był zawsze problem – jedni ideę nagrywania tego typu piosenek ganią, inni chwalą. Ja w zasadzie nie miałem nigdy nic przeciwko, liczyły się dla mnie jednak dwie rzeczy: jeśli już coś robisz – rób to dobrze i nie sięgaj nigdy po The Beatles, ponieważ przegrywasz już na samym starcie. Mierziło mnie też zawsze przerabianie po raz tysięczny tzw. evergreenów, z których po kilkudziesięciu latach nie można wydobyć już niczego ciekawego (jeśli jednak już komuś udało się nagrać przyzwoitą wersję hitu, oczywiście chwaliłem to). Takie niepisane zasady obrałem też przy tworzeniu poniższego zestawienia. Dodatkowo, istotne było dla mnie, aby płyta wypełniona była coverami w minimum pięćdziesięciu procentach – w innym przypadku album nie był brany pod uwagę. Ostateczna lista najlepszych albumów z coverami liczy pięć pozycji.

NAJLEPSZE ALBUMY Z COVERAMI WYDANE W 2012 ROKU

5. 3 Jazz Soldiers „Odłamkowa”
Covery i własne interpretacje utworów napisanych kiedyś przez generałów muzyki, m.in. Lennona, Hendrixa i Richardsa. Nagrać swoją, dobrą wersję „(I Can’t Get No) Satisfaction” czy „Little Wing” łatwo nie jest. Już sięgnięcie po takie utwory zakrawa o niemałą bezczelność i mocną wiarę we własne umiejętności. Ale taka pewność siebie też jest potrzeba – szczególnie, jeśli chce się zrobić coś naprawdę dobrego. Cała recenzja.

4. Składanka „Klenczon Legenda”
Anglojęzyczni wykonawcy nie sprostali w 2012 roku wciąż żywej legendzie Boba Dylana (album „Chimes of Freedom” okazał się, moim zdaniem, strasznym niewypałem). Na naszym podwórku podobny zabieg udał się nawet przyzwoicie, tylko zamiast utworów wielkiego muzycznego poety z Ameryki sięgnięto po Krzysztofa Klenczona. Kasia Kowalska, Stanisław Soyka, Maciej Maleńczuk, Robert Gawliński, Maciej Balcar, Muniek Staszczyk i Tymon Tymański – nie dla wszystkich repertuar muzyka Trzech Koron i Czerwonych Gitar okazał się szczęśliwy, nie wszystkie nowe wersje przejdą także do historii. Na szczęście album, jako całość, broni się na tyle, żeby pojawić się w tym podsumowaniu.

3. Grażyna Auguścik „Man Behind the Sun”
Grażyna Auguścik, razem ze swoim amerykańskim zespołem, sięga po repertuar Nicka Drake’a – brytyjskiego muzyka zmarłego w wieku 26 lat. Drake, który za życia nagrał i wydał trzy płyty, odkryty został na nowo w drugiej połowie lat 80., m.in. przez zespół R.E.M. W latach 90. magazyn „The Guardian” uznał jedną z jego płyt najważniejszym alternatywnym albumem wszech czasów. Polka na „Man Behind the Sun” pokazała, że piosenki Anglika zaaranżować można również w klimacie fusion. Album ciekawy wokalnie i bardzo dobry w kwestii brzmieniowej.

2. Paul McCartney „Kisses on the Buttom”
McCartney przypomina tytuły w większości trochę zapomniane (chociaż nie raz już przerabiane i śpiewane przez innych wykonawców, m.in. Nat King Cole’a, Marvina Gaye’a, Franka Sinatrę, Joe Cockera, Ninę Simone, Ringo Starra). „Kisses on the Bottom” to płyta bardzo spokojna, wręcz minimalistyczna. Instrumenty używane są tutaj najskromniej jak to tylko możliwe, a i sam Paul nie wysila swoich strun głosowych. Intymność jego wokalu ładnie współgra z Dianą Krall, Jonnym Mandelem i Karriem Rigginsem, którzy mu akompaniują. Do tego, w dwóch premierowych utworach – niejako na deser – Stevie Wonder i Eric Clapton (ten prawdziwy, nie Hołdys). Istna drużyna marzeń. Cała recenzja.

1. Meklit Hadero and Quinn DeVeaux „Meklit and Quinn”
Arcade Fire, Lou Reed i MGMT w soulowym klimacie? Tak! Afroamerykański duet pokazuje, że jest to możliwe, a rezultat końcowy takiego muzycznego eksperymentu wcale nie musi być opłakany. Delikatnie, z elementami brzmień gospel. Do tego klasyka gatunku, czyli Stevie Wonder na dokładkę. Jedna z ciekawszych płyt minionego roku, o której dowiedziałem się… z przypadkowo napotkanego podsumowania na jednym z anglojęzycznych blogów. Oby polskie portale branżowe, strony i blogi poruszające tematykę brzmień soulowych i jazzowych (mnożące się w ostatnim czasie jak grzyby po deszczu, a niewnoszące do krajowej krytyki muzycznej niczego nowego) w niedalekiej przyszłości zwróciły uwagę chociaż na Meklit Hadero (bo Quinn DeVeaux i jego projekt The Blue Beat Revue powinien być większości dobrze znany).

Mateusz „Axun” Kołodziej

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.