[Podsumowanie 2012 roku] Mateusz Kołodziej: 10 najlepszych polskich oraz 10 najlepszych zagranicznych albumów

Ciąg dalszy muzycznego podsumowania ostatnich dwunastu miesięcy. Swoje typy dziesięciu najlepszych polskich i zagranicznych płyt, jakie ukazały się w 2012 roku przedstawia założycie projektu AxunArts – Mateusz Kołodziej.

Na wstępie małe wyjaśnienie. Z premedytacją ominąłem w poniższym podsumowaniu płyty będące składankami, płyty live, epki, płyty, na których więcej niż 50% zajmują covery oraz płyty, na których znalazła się muzyczna interpretacja poezji (poświęcam im po prostu osobne wpisy). Poza tym, być może zabrzmi to banalnie, ale nie miałem problemu z wyborem najlepszych płyt roku (najlepszych, czyli tych, które znalazły się na miejscach od 1. do 3.). Schody pojawiły się dopiero później, kiedy okazało się, że do kolejnych lokat pretenduje nawet po kilkanaście albumów. Jak zawsze zaznaczam: podsumowanie mocno subiektywne, gdyż nie może być obiektywnym ktoś, kto nie słucha wszystkich gatunków muzycznych.

10 NAJLEPSZYCH POLSKICH ALBUMÓW 2012 ROKU

10. Random Trip „Random Trip”
Fonograficzny debiut Random Tripa poszerzył w minionym roku katalog wytwórni Nowe Nagrania. Co więcej, Random Trip jest pierwszym Polakiem, któremu się to udało. Jego imienna płyta to nic innego jak elektroniczny dub, którym autor reszcie krajowej sceny zawiesza poprzeczkę na dość duże wysokości. Nie wiem jak nad Wisłą, ale w brytyjskim kręgu kulturowym już dzisiaj mógłby mieć nadzieję na tytuł najbardziej perspektywicznego producenta. Dobrze spasowane ze sobą kolejne faktury dźwięku, elektronika wsparta samplami o etnicznym klimacie („Perspektywa tygodniowej samotności”, „Zatruta kawa”), niepowielanie schematów z innych tytułów i przemyślana forma całej płyty sprawiają, że materiał szybko wkręca się w mózg słuchacza, zostając tam na dłuższy czas. Dwanaście utworów, które nie męczą, niezwykle szybko i płynnie przemijają, domagając się przy tym powtórnego odtworzenia.

9. Mela Koteluk „Spadochron”
Miniony rok należał do Meli Koteluk – długa trasa koncertowa, w trakcie której wokalista zwiedziła Polskę wzdłuż i wszerz, dobre przyjęcie płyty „Spadochron”, przewodnictwo akcji „Nie bądź dźwiękoszczelny” i na koniec wisienka na trocie w postaci Nagrody Artystycznej Miasta Torunia im. Grzegorza Ciechowskiego. Co prawda debiutancki album Koteluk w mojej prywatnej liście znalazł się dopiero na ósmej pozycji, jednak wcale nie umniejsza to jego wartości. „Spadochron” to zbiór dobrych popowo-jazzowych piosenek z przebojową „Melodią ulotną” na czele. Chociaż ja ciągle zastanawiam się „Dlaczego drzewa nic nie mówią”?

8. Czechoslovakia „Made in”
„Made in” jest o mnie – oczywiście nie dosłownie, ale w metaforycznym znaczeniu. Zresztą podejrzewam, że spora część osób, które zdecydują się posłuchać piosenek zawartych na płycie, również odnajdzie siebie w tych tekstach i historiach. Razem z kawałkiem „Wakacyjny” wracam pamięcią do wyjazdów nad polskie morze w połowie lat 90. (do tego ten pisk mew – uwielbiam ten dźwięk!); „Komunia” przypomina o rowerze (prezencie od rodziców, na którym cholernie nie lubiłem jeździć, ale i tak to robiłem) i relacjach z tzw. „starszyzną dzielnicową”; a zamykające całość „Mądrości”, będące swego rodzaju manifestem zaprzeczającym popularnym życiowym maksymom, oddają w dużej mierze moje spojrzenie na tę kwestię. Album ukazał się m.in. pod patronatem AxunArts. Cała recenzja płyty.

7. Magnificent Muttley „Magnificent Muttley”
Drugi krążek w zestawieniu, jaki ukazał się z logiem AxunArts na okładce. Debiutancki album tria Magnificent Muttley doceniony został już m.in. w podsumowania „Przekroju” i „Polityki”, zbierając po drodze dobre recenzje od krytyków muzycznych innych muzycznych mediów. O żadnej pomyłce mowy być więc nie może. Zresztą niedowiarkom radzę po prostu sięgnąć po „Magnificent Muttley” – album ze wszech miar będący hołdem dla starego, brudnego grania a la Queens Of The Stone Age czy Black Sabbath. Z wyczuciem, pasją i zrozumieniem granej muzyki.

6. Niechęć „Śmierć w miękkim futerku”
Słuchając nowych-starych kawałków oraz numerów premierowych, pomysłów Niechęci odmówić nie można – szczególnie, że jazz, a więc nurt stylistyczny, do jakiego grupa zostaje często odgórnie przypisywana, jest dla ich muzyki tylko początkiem. Ten swego rodzaju fundament kompozycyjny, czy, jak kto woli, tzw. punkt wyjścia, prowadzi w zupełne inne rejony. W swoim muzycznych dokonaniach grupa nie trzyma się sztywno ram narzucanych niejako przez „polską szkołę jazzu”. Idzie o krok dalej szukając inspiracji i nowych wyzwań w dubie, drum’n’bassie, rocku, a nawet punk rocku. Wszystko to przy użyciu standardowych, jak na jazzmanów, instrumentów: saksofonu, klawiszy czy gitar oraz małej pomocy ze strony muzyków z Lady Aarp i didżeja Feel-X’a, którzy w trzech utworach wsparli zespół w tych „bardziej elektronicznych momentach”. Cała recenzja płyty.

5. Hey „Do Rycerzy, do Szlachty, doo Mieszczan”
Ale nuda! W tamtym roku podobne zestawienie wygrała Nosowska, teraz w czołowej dziesiątce pojawia się zespół Hey. Człowiek chciałby się przyczepić – wiecie, tak naturalnie „po polsku”. Ale w przypadku grupy Hey nie da się tego zrobić. W odpowiedzi na nowe wydawnictwo Nosowskiej i spółki zewsząd spływa lawina „ochów i achów”. Dziwić się nie ma czemu, ponieważ zespół kolejny raz udowodnił kto w tym kraju zasługuje na szacunek. Na tegorocznym krążku, podobnie jak na wcześniejszym „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!”, dominuje rock dopieszczony elektroniką. Tempo płyty zmienia się niemal z numeru na numer – obok balladowego „Lilia, kula i cyrkiel” dostajemy brudne „Wilk vs. Kot” oraz rockowy duet z Gabą Kulką z „Z przyczyn technicznych”.

4. Czarny „Niedopowiedzenia”
Czarny „popełnił” w minionym roku najlepszą płytę producencką. Nie Donatan, ale Czarny. Dlaczego? „Równonoc” nie była materiałem wyważonym – muzyka trzymała poziom kilka klas wyższy od większości gości kładących pod nią rymy. „Niedopowiedzenia” są w tej kwestii zgoła inne. Zarówno producent, jak i zaproszenie przez niego raperzy utrzymują podobny pułap. Do tego kilka mocnych instrumentalnych numerów i świetny tytułowy kawałek, w którym Pezet udowadnia niedowiarkom, że wciąż potrafi rapować na klasycznych bitach. Bez żadnych niedopowiedzeń – dla mnie najlepsza hip-hopowa polska płyta 2012 roku.

3. Maria Peszek „Jezus Maria Peszek”
Pośmialiśmy się z Marii Peszek, kliknęliśmy „Lubię to!” na odpowiednim profilu na Facebooku, by później sięgnąć po album „Jezus Maria Peszek” i żarty o hamaku w Bangkoku odstawić na bok. Peszek pokazał na płycie swoje najlepsze strony i to bezsprzecznie należy docenić. Czy ci pasuje, czy nie – tekstowo i od strony produkcji to jeden z najlepszych krajowych materiałów muzycznych, jaki ukazał się w 2012 roku. Także, sorry Polsko, ale Pan nie jest moim pasterzem – to Maria wyznacza teraz trendy, a my róbmy razem z nią dym.

2. Voo Voo „Nowa płyta”
„Nowa płyta”, jak dobitnie wskazuje na to tytuł, to po prostu nowa płyta zespołu Voo Voo. Kolejny krążek w bogatej dyskografii. Bez niespodzianek w warstwie tekstowej, bez większych udziwnień i niespotykanych wcześniej praktyk w kwestii brzmienia. Gitara, perkusja, bas i spora dawka instrumentów dętych, czyli to, co każdy fan Voo Voo lubi najbardziej. Klasyczny styl i schemat. Waglewski dalej jest tym samym Waglewskim – śpiewa z sobie tylko znaną oszczędnością, bez zbędnego udziwniania i niepotrzebnych fraz, oddając przy tym m.in. hołd zmarłemu koledze z zespołu („Do Stopki”). Mateusz Pospieszalski, liderując sekcji dętej, dodaje do tego szczyptę fajnych saksofonów i trąbek, które dominują w trzech utworach („Co było to było”, „Na dęte” i singlowy „Pierwszy raz”). Cała recenzja płyty.

1. Karolina Kozak „Homemade”
Zespoły Hey i Voo Voo to już żywe legendy polskich sceny. W tym roku ich płyty kolejny raz cieszyły ucho słuchacza, jednak palma pierwszeństwa należy się młodszej przedstawicielce krajowej piosenki – Karolinie Kozak, której album łączy w sobie dwie płaszczyzny: radiową i niemedialną. Te dziewięć piosenek ma wszystko, żeby emitować je w największych komercyjnych stacjach radiowych. Tak zresztą dzieło się z utworem „Mimochodem” – jak dla mnie, jednym z najlepszych tegorocznych polskich singli. Z drugiej strony „Homemade” w swej ciekawej muzycznej warstwie mówi kategoryczne „nie” łączeniu go z proszkami do prania i porannym programem śniadaniowym, w którym Kinga Rusin na siłę udowadnia, że jest śmieszna. Chociaż Karolina Kozak jest autorką kilku radiowych hitów okupujących w przeszłości listy przebojów, jej druga solowa płyta nie wyląduje w koszyku statystycznego słuchacza RMF-u i Eski. „Nudzę się”, „Bez pytania”, „S.A.D.” i „Pstryk pstryk” skierowane są raczej do wszystkich tych, którzy nie szukają hitu lata, ale muzyki zapadającej w pamięć, piosenek, z którymi można przejść przez życie. Taki jest właśnie materiał na „Homemade” – prosty i nie zaśpiewany przez sceniczną divę, lecz kobietę chcącą opowiedzieć nam swoją wciągającą historię.

10 NAJLEPSZYCH ZAGRANICZNYCH ALBUMÓW 2012 ROKU

10. Sinead O’Connor „How About I Be Me (And You Be You)?”
„How About I Be Me (And You Be You)?” to najlepsza płyta Sinead O’Connor od… dwunastu lat! Bez względu na to w jakim stanie – psychicznym i fizycznym – O’Connor była przez ten cały czas i po jaki repertuar sięgała (reggae, irlandzki folk), jej głos zawsze emanował pasją śpiewanych piosenek. Brakowało tylko dopełnienia w postaci muzycznej „kropki nad i”. Na „How About I Be Me…” wreszcie się udało. Album ma ten muzyczny klimat, którego próżno było szukać na ostatnich płytach. Rockowy sznyt i energia plus balladowe brzmienia z domieszką folku (świetne, rozpoczynające całość „4th and Vine”) – a więc to, w czym O’Connor wypada najlepiej. Mieszanka tych brzmień sprawdza się tutaj doskonale. To nie jest żadna przełomowa pozycja w dyskografii artystki, żadne dzieło na miarę dwóch pierwszych płyt. „How About I Be Me…” to po prostu ciekawy, stojący na równym i wysokim poziomie materiał, bez żadnych fajerwerków i hitów, ale z potężną dawką dobrej jakościowo muzyki.

9. Gary Clark, Jr „Blak and Blu”
Wcześniejsza epka Gary’ego Clarka zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że bez wahania uwzględniłem ją w muzycznym podsumowaniu 2011 roku. Amerykanin pojawia się także na blogu rok później – tym razem z płytą „Blak and Blu”, której premiera miała miejsce w październiku. Clark nie jest ani nowym Kravitzem, ani nowym wcieleniem Hendrixa. Te wszystkie porównania, opierające się jedynie na podobieństwie granej muzyki, trochę irytują. Urodzony w Teksasie muzyk od mistrza Jimiego na gitarze gra gorzej, lepiej radząc sobie za to na polu wokalnym od Kravitza – i na tym zakończmy temat ewentualnych podobieństw. Dla wielu faktyczny debiut Juniora, jednak nie zapominajmy, że muzyk swoje pierwsze płyty wydawał w barwach niezależnej wytwórni HotWire UnLimited Records już kilka lat temu.

8. Loudon Wainwright III „Older Than My Old Man Now”
Kiedy przeczytałem, że to już dwudziesty pierwszy album w dorobku Amerykanina, uświadomiłem sobie, że nie słyszałem przeszło połowy tego, co nagrał. Automatycznie zanotowałem więc kolejny punkt na swojej liście zatytułowanej „Posłuchać przed śmiercią” i sięgnąłem po najnowsze dzieło Wainwrighta. „Older Than My Old Man Now” to materiał poświęcony śmierci. Aktualnie 65-letni Wainwright przekroczył wiek, którego dożył jego ojciec (63 lata). Nagrywając płytę, jak sam stwierdził, towarzyszyła mu myśl o ojcu, zmarłej kilka lat temu żonie Kate McGarrigle, rodzicach, przyjaciołach. „Kiedy się starzejesz, śmierć staje się znaczną częścią twojego życia” – stwierdził. Trudno więc się dziwić, że tematyką przewodnią płyty jest właśnie moment, w którym odchodzimy ze świata żywych. Na albumie znajdziemy w sumie czternaście utworów z charakterystycznym dla Wainwrighta poczuciem humoru, ponurością i przygnębieniem, które idealnie pasują do prostych, folkowo-bluesowych melodii.

7. ZZ Top „La Futura”
Zespół ZZ Top od lat robi swoje: dobrą muzykę w blues-rockowych klimatach. Nie ma znaczenia aktualnie panująca moda. Pop, house, dub step i ich krótkoterminowe gwiazdki przemijają, a brodacze wciąż tworzą muzykę na poziomie. Nowa płyta, „La Futura”, pojawia się prawie dekadę po ostatnim studyjnym krążku grupy. Jej wydanie poprzedzone zostało ukazaniem się w sklepie iTunes materiału „Texicali EP”. ZZ Top na albumie tym nie chcą już zaskakiwać. Dając sobie spokój z elektroniką, z którą ostatnio romansowali, powracają do swojego korzennego grania. Surowe brzmienie bluesa, rockowa dynamika, rytmika z elementami rock’n’rolla oraz bluegrassu – w takiej formie Billy Gibbons, Frank Beard i Dusty Hill sprawdzają się najlepiej.

6. Kendrick Lamar „Good Kid, M.A.A.D City”
Nie wiem jak można uważać Wiz Khalifę za najlepszego gracza na współczesnej rap scenie. Przecież w porównaniu z Lamarem, oprócz dobrego przyjęcia jego muzyki przez media, nie ma on żadnych atutów. Kendrick udowodnił swój talent już wcześniej, chociażby na nielegalnym wydawnictwie zatytułowany „Section.80”. Teraz tylko potwierdził swoją dominację.

5. Bobby Womack „The Bravest Man In the Universe”
Bobby Womack na swoim najnowszym albumie łączy klasyczny klimat soulu lat 70. i 80. z nowoczesnym brzmieniem R&B. Spora w tym zasługa Brytyjczyków – Damona Albarna i Richarda Russella – którzy zajęli się piosenkami od strony producenckiej, robiąc to nad wyraz mądrze. Melodie nie zagłuszają wokalu Womacka, a wręcz przeciwnie – eksponują jego najlepsze cechy.

4. Frank Ocean „channel ORANGE”
Śledząc podsumowania minionego roku na różnych stronach i blogach muzycznych zauważyłem, że niemal w każdym z nich pojawiał się album „channel ORANGE”. Nie zawsze plasował się on na pozycji pierwszej, jednak zawsze widniał w czołówce. Nie inaczej jest w przypadku mojej listy TOP10. Frank Ocean nagrał płytę, obok której nie sposób przejść obojętnie, wypełnioną ładnymi soulowymi dźwiękami. Scena R&B od czasu mniejszej aktywności D’Angelo była bezkrólewiem. Frank po tę koronę sięgnął i zapewne długo jej nie odda.

3. Iris DeMent „Sing the Delta”
Ann Powers na łamach NPR.org recenzując tę płytę napisała: „Call it roots music; I call it philosophy”. Myślę, że o „Sing the Delta” więcej mówić nie trzeba. Lepiej posłuchać piosenek o życiu na amerykańskiej prowincji w Arkansas, gdzie człowiek cieszy się z każdej małej rzeczy. Muzyczny powrót DeMent do krainy znanej z dzieciństwa.

2. Bruce Springsteen „Wrecking Ball”
Bruce Springsteen kilka lat temu pracował nad marzeniem całego amerykańskiego narodu i wspierał Obamę-kandydata w wyścigu o miejsce w Białym Domie. W 2012 roku, kiedy kryzys dopadł również Stany Zjednoczone, a polityka prowadzona przez Obamę-prezydenta i jego ludzi doprowadziła do obniżenia standardów życia, „Boss” jako głos amerykańskiego społeczeństwa upomniał się o to na swoim nowym albumie. „We Take Care of Our Own”, „Easy Money”, „Death To My Hometown” czy numer tytułowy piętnują i obnażają słabości współczesnej Ameryki. Springsteen wierzy jednak dalej („We Are Alive”, „Land of Hope and Dreams”), co pokazał udzielając kredytu zaufania Obamie podczas jego kolejnej kampanii prezydenckiej. Czy słusznie – nie mi to oceniać. Ważne, że nagrał przy okazji kolejny w swojej karierze świetny album.

1. Joe Cocker „Fire It Up”
Kolejna postać obecna na scenie od lat. Kiedyś narzekałbym na taki stan rzeczy. Kiedyś, jako „młody bloger muzyczny” ślepo zapatrzony w nowe twarze – najlepiej takie bez kontraktu płytowego – z zawiścią skomentowałbym zaistniałą sytuację i wypomniałbym autorowi rankingu pominięcie młodych, zdolnych zespołów na rzecz starych pryków. Trochę się jednak zmieniło. Owszem, dalej wspieram mniej znanych wykonawców, jednak dlaczego nie miałbym doceniać dobrych płyt nagranych przez wyjadaczy? Muzyka to muzyka – ważne, aby był na dobrym poziomie. „Fire It Up” przedstawia soulowe oblicze Cockera. Zachrypnięty głos idealnie pasuje do piosenek człowieka znającego życie, jednak wciąż się nim cieszącego. Zestaw jedenastu wciągających numerów i co najważniejsze – bez słabszych momentów.

Mateusz „Axun” Kołodziej

2 Comments

  1. Greg

    z polskich płyt nie znam „Random trip”, „Made in” i „Niedopowiedzenia”. „Spadochron” dałbym wyżej – o wiele wyżej, na podium. „Nowa płyta” VooVoo zdecydowanie jest moim numerem jeden.
    z zagranicznych słyszałem wszystkie oprócz „Sing the Delta”. nie uważam, żeby Cocker nagrał najlepszą płytę 2012 r. dałbym to wyróżnienie Frankowi. niemniej ciekawe zestawienie, widać że lubisz to co robisz. pozdrawiam :)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.