Cuefx – Jeśli utwór mnie nie zadowala, to się nim nie chwalę (wywiad)

„Często słyszę od różnych ludzi, że jakiś kawałek jest świetny i koniecznie muszę go wydać na płycie, ale to ja decyduję, co jest godne tego, żeby ujrzeć światło dzienne” – mówi w rozmowie z AxunArts Cuefx – producent, aranżer, dj (rezydent jazz klubów Hipnoza oraz Fantom), remixer oraz lider zespołu Bandfx.

Jaką właściwie robisz muzykę?
Trudno zaklasyfikować moją muzykę. Czerpię inspiracje z różnych źródeł, miewam odmienne nastroje i lubię eksperymentować, a to odbija się na mojej muzyce. Zależy mi przede wszystkim na tym, żeby muzyka niosła ze sobą coś ciekawego i nieprzewidywalnego. Gatunek muzyczny jest tylko formą, którą staram się złamać w mój indywidualny sposób. Mam na sumieniu sporo jazzowych utworów adresowanych do wymagających słuchaczy, ale też sporo kawałków, przy których można potańczyć. Nie widzę sensu w klasyfikacjach, moja muzyka jest różnorodna, ciągle szukam brązowej nuty.

foto: archiwum artysty

Uważasz, że prezentowany przez Ciebie styl jest popularny w naszym kraju? Japonia, Wielka Brytania, nawet Rosja mają szeroką scenę utrzymają w tym klimacie. Z Twojego punktu widzenia, polski słuchacz też jest już na nią gotowy?
Coraz więcej stacji radiowych w Polsce otwiera się na ciekawą, świeżą muzykę. Marzy mi się, żeby moją nuta dotarła tu i tam. Chciałbym, żeby jak najwięcej ludzi z różnych zakątków globu posłuchało moich kawałków, dlatego sporo wrzuciłem za darmo do sieci. Dzięki współpracy z Matamem, założycielem Export Label, mogę to robić w łatwiejszy sposób. Błędne jest założenie, że muzyka dostępna za darmo będzie miała mniejszą wartość. Wręcz przeciwnie – jest legalna i często lepsza niż ta, którą promują wielkie stacje i wytwórnie. Polski słuchacz nie różni się bardzo od słuchacza z innego kraju. To gusta i preferencje jednostki są odpowiedzialne za to, po jaką muzykę sięgnie. Internet i format mp3 dają mi ogromne możliwości promocji, dotarcia do szerokiego grona słuchaczy. Bardzo mnie też cieszy, że mogę liczyć na życzliwych ludzi, takich jak Matam, którzy mi w tym pomagają.

Wypuściłeś ostatnio dwa single – „Natural Thing” oraz „Whale”. Przygotowujesz słuchaczy na coś większego, czy to luźne akcje?
Single to luźne akcje, tych kawałków nie będzie na moich pełnych płytach. Pod koniec sierpnia, albo na początku września, ukaże się mój pełny album „International Post War Chill”. Płyta aż dwa lata czekała na premierę ze względu na różne przeciwności losu. Będzie jazzowo, elektronicznie, abstrakcyjnie, ale też filmowo i przestrzennie. Jest to płyta nagrana z żywymi muzykami, wymagająca koncentracji przy odbiorze. Swoje partie dogrywali muzycy znani z Bandfx, tacy jak Dominik Strycharski, Aleksander Papierz i Tomek Barzęc. Zaprosiłem również gości – didżeja Jazzbina, czyli Sławka Joachimiaka, który doskreczował w dwóch kawałkach, a także profesora Tadeusza Sławka – rektora Wydziału Nauk Społecznych UŚ, którego wypowiedź wykorzystałem w jednym z utworów za jego zgodą i zadowoleniem z przedsięwzięcia. Za jej ostateczne brzmienie jest odpowiedzialny Michał Rosa Rosicki – jeden z najlepszych realizatorów dźwięku w tym kraju, prywatnie mój przyjaciel i mentor. Płyta charakteryzuje się mocnym brzmieniem i spójnością mimo odniesień do różnych gatunków. Pełna jest nieprzewidywalności, różnorodnych instrumentów i brzmień, a także zabawy z formą muzyczną, ale solidnie tworzy jedną całość – nie ma tam żadnych wypełniaczy. To opowieść, którą trzeba przesłuchać od początku do końca w spokoju i przy pełnej koncentracji.

A jak reagujesz na remiksy twoich utworów, które podsyłają inni producenci? Łapiesz się czasem na myśli „Nie, ten remiks jest lepszy od oryginału! Nie mogę go dać razem z singlem”?
Nawiązujesz do „Whale”?

Tak.
W zasadzie to jest druga taka akcja w moim życiu, że inni producenci remiksują mój utwór. Wcześniej spotkało to Bandfx i „Szukam, szukam”. Wtedy nie umieściłem oryginału, bo remików było aż 11 czy 12, a do mnie należało wyselekcjonowanie najlepszych. To było trudne – wybrałem sześć, nie będąc wcale pewnym, czy rzeczywiście są najlepsze. Zabrakło wśród nich oryginału, bo remiksów było bardzo dużo, włącznie z moim remiksem własnego utworu na ten singiel. Oryginał dostępny jest na naszym MySpace.

Remiksy „Whale” bardzo przypadły mi do gustu. Z oryginałem to bardziej skomplikowana sprawa – „Whale” nagrywałem z Dominikiem Strycharskim w 2004 roku. Ze względu na brak odpowiedniego sprzętu oraz mniejsze doświadczenie popełniłem strasznie dużo błędów w projekcie utworu, a jakość nagrania wokalu pozostawiała wiele do życzenia. To sprawiło, że co jakiś czas wracałem do tego utworu, coś przy nim dłubałem. Powstało wiele wersji, ale żadna nie była satysfakcjonująca. W tym roku wróciłem do niego jeszcze raz i w zasadzie na tych samych zgranych syntezatorach zbudowałem go od początku. Warto było ze względu na dobry tekst i wokal Dominika. Wysłałem kawałek Matamowi z pytaniem, czy umieściłby go u siebie w Goodnetlabels. Matam nie tylko umieścił, ale też postanowił wydać go w Export Label oraz zorganizować producentów do remiksów. Dodam, że znałem wcześniej i jestem fanem muzyki zaproszonych do tego singla producentów. Polecam płyty Printempo, Crookrama i Maeda, przesłuchałem też materiał Blossoma, który ukaże się jesienią i bardzo mi się podoba. Matam był pomysłodawcą, koordynatorem i czuwał nad projektem singla. Wynajął też Justynę do zrobienia okładki. Natomiast do mnie należało zrobienie postmasteringu całej płyty, sprawy techniczne. Poziom remisów jest bardzo wysoki, trochę obawiałem się wypuścić oryginał w otoczeniu tak dobrych remiksów. Dlatego zrekompensowałem to bonus trackiem – „Mellow Tide”, a sam oryginał przed wydaniem ostatecznie poprawiłem i jest całkiem ok.

foto: archiwum artysty

Serwowanie pojedynczych singli przez, nazwijmy to, „internetowych artystów” (oczywiście określenie to nie ma w sobie w tym momencie znaczenia pejoratywnego), nasuwa mi na myśl sytuację sprzed lat, kiedy zespoły lub też soliści prezentowały słuchaczom wyłącznie single złożone powiedzmy z dwóch utworów. Czasy się zmieniły, ale ta sytuacja dalej zmusza niejako twórców do trzymania poziomu – trzeba zrobić za każdym razem jeden dobry numer. W przypadku całej płyty można pozwolić sobie na zapchajdziury. Jak jest z Twoim podejściem do tworzenia?
Single zazwyczaj miały i mają na celu promowanie i zachęcanie do kupna całego long playa. Oczywiście są odstępstwa od normy, np. moje dwa ostatnie single, wynikające z mojego płodnego okresu. Od lat jestem wierny zasadzie, że jeśli utwór mnie nie zadowala, to się nim nie chwalę. Byłoby mi wstyd, gdybym celowo umieszczał na swoich wydawnictwach zapchajdziury. Dlatego właśnie miałem problem z „Whale”. Często słyszę od różnych ludzi, że jakiś kawałek jest świetny i koniecznie muszę go wydać na płycie. Wiesz, mam masę autorskiej muzyki na dysku, kawałki lepsze i gorsze, ale to ja decyduję, co jest godne tego, żeby ujrzeć światło dzienne. Sytuacja opisana przez ciebie dotyka najczęściej wielkich, mainstreamowych artystów i wytwórnie. Wiesz, jak robisz coś na siłę, bo masz kontrakt z wytwórnią, to tak się zdarza. Jeśli sprzedasz hit, to płyta też pójdzie, choćby ze względu na ten właśnie hit – więc cała zawartość jest mniej ważna. Tacy goście jak ja mają zbyt wiele do stracenia, żeby puszczać komuś w słuchawki jakieś niedoróbki i inne śmieci.

Jesteś rezydentem klubów jazzowych, masz więc z pewnością kontakt z klasycznymi jazzmanami, którzy muzykę tworzą nie dzięki komputerowi, ale normalnym instrumentom. Przedstawiasz im swoje nagrania? Jeśli tak, to jak na nie reagują? Nie śmieszy ich, że przez wielu muzyka ta nazywa jest „czymś z elementem jazzu”, a czasami nawet i jazzem?
Jazzmani zazwyczaj nie oceniają muzyki na podstawie tego, w jaki sposób została nagrana. Interesuje ich treść i przekaz muzyki. Największe głowy muzyczne, jakie udało mi się poznać, być na koncertach, a czasem puścić im swoją muzykę, są pokorni i otwarci, raczej się nie zastanawiają, czy dana partia została zagrana na klawiaturze midi na syntezatorze, czy dograna liniowo w multitracku. Bo jakie to ma znaczenie dla samej muzyki? Każdy ma prawo do własnego zdania na ten temat. Dla mnie i większości muzyków, jakich znam, liczy się muzyka, a nie sposób jej realizacji. Albo jest dobra, albo słaba. Inną kwestią jest też samplowanie. Staram się w swojej muzie nie używać sampli świadczących o późniejszym utworze, czyli linii melodycznych itp. Czasem przytnę jakiś sampel perkusji, który pasuje do perkusji z automatu, ale staram się nie używać cudzych rzeczy. Linie melodyczne instrumentalistów, z którymi współpracuję, są dogrywane konkretnie do utworu. Zdarza się, że wykorzystuję wielokrotnie raz nagrany materiał. Dlatego nierzadko zwracam się do ludzi, z którymi współpracuje muzycznie: „Zobacz jak ładnie zagrałeś do tego czy tamtego kawałka”, co bywa dla nich zaskoczeniem, bo partia, którą słyszą, była nagrana do czegoś innego, w innej tonacji oraz tempie. Wiesz, współpracuję z żywymi muzykami jazzowymi i oni traktują mnie jak równego sobie. Znają moje możliwości – mimo że nie umiem dobrze grać na żadnym instrumencie i jestem samoukiem, to wiedzą jak wygląda współpraca ze mną i jakich efektów mogą się spodziewać.

Czego z takiego stricte klasycznego jazzu lubisz słuchać?
Kiedyś słuchałem dużo klasyki jazzowej i starych mistrzów. Ostatnio wpadła mi w ręce płyta Orneta Colemana „FreeJazz” i maglowałem ją kilka dni. Ornette wprowadził przełom w muzyce. W jazzie bardzo lubię bebop i hardbop oraz freejazz, ale też bigbandowe sprawy. Nie mogę nie wspomnieć o serii „Polisch Jazz” – kilka z tych płyt znam na pamięć. Przypomniało mi się „Winobranie” Namysłowskiego – polecam dla fanów harmonii Jagi Jazzist. To może im wiele wyjaśnić, bo coś mi się wydaje, że muzycy Jagi znają dobrze tą płytę.

To są Twoje muzyczne korzenie? Mógłbyś użyć takiego określenia do wymienionych artystów?
Zanim zacząłem poznawać jazz, przeżyłem wiele innych muzycznych przygód. Najpierw zakochałem się w muzyce Beatlesów. Mój ojciec przywiózł z zagranicy ich całą płytotekę. Jako ośmioletni chłopiec znałem całą dyskografię tego kultowego zespołu. To dobry wzorzec muzyczny, tym bardziej w połowie lat 80. w Polsce. Wciąż uwielbiam niektóre piosenki beatlesów – szczególnie z płyty „Abby Road”. Potem był Jackson, J. M. Jarre, Pet Shop Boys. Pierwsze teledyski jakie widziałem w życiu – do „Thrillera” Jacksona i „Ucieczki z tropiku” Marka Bilińskiego – uwielbiałem to! Zupełnie inne klimaty poznałem dzięki mojej siostrze, która słuchała i gromadziła płyty rockowe i heavy metalowe z jednej strony, z drugiej poezję śpiewaną. Zainteresowałem się taką muzyką i zacząłem szukać w tym kierunku. Dzięki mojemu przyjacielowi Sławkowi poznałem wytwórnie 4AD, która ma na swoim koncie m.in. Dead Can Dance i Cocteau Twins. Był taki okres, że w drodze do szkoły miałem w słuchawkach punk rocka – konkretnie podziemnego, a jak wracałem, to Depeche Mode, Metallice albo The Cure. Wtedy też kupiłem „Black Sunday” w wykonaniu Cypress Hill. Kolorowo. Założenie z kolegami pierwszego zespołu The Line, w którym śpiewałem, było prostą konsekwencją moich zainteresowań muzycznych. Tak zaczęła się moja przygoda z tworzeniem muzyki. Chwilę przed naszą rozmową słuchałem Briana Eno „Music For Airports”. Absolutne arcydzieło użytkowe, koncepcja stworzona na potrzeby lotnisk. Ta płyta jest również świetnie wyprodukowana, jakbym słyszał współczesne produkcje, a to ’78 rok.

Na moje myślenie o muzyce wpłynęły takie genialne płyty: Photek i „Modus Operandi” usłyszałem kilka tygodni po wydaniu i nie umiałem uwierzyć w to, co słyszę – to był ’97 rok. Photek jest bardzo charakterystyczny na tle muzyki, którą powszechnie uznaje się za d’n’b. Korzysta z tych samych form i zabiegów producenckich, ale to jest zupełnie inne, bardzo indywidualne, „photkowe”. „Clifford Gilberto And Rythm Combinations” oraz Amon Tobin „Permutation” – te dwie płyty zrewidowały moje dotychczasowe myślenie na temat jazzu – sampling, sekwensery i automaty. W ’99 roku tych genialnych płyt z wytwórni Nina Tune i Wrap nikt nie kupował i mogliśmy z kumplami godzinami słuchać ich w bytomskim Empiku, gdzie pracował nasz kumpel, któremu pomagaliśmy w robieniu zamówień płyt do hurtowni – oczywiście tych płyt, które mogliśmy potem wałkować, wiedząc że ich nikt nam nie wykupi. I na koniec Tim Bern „The Shell Game” – to płyta, dzięki której zacząłem słuchać muzyki freejazzowej, awangardowej, dekonstrukcyjnej – dziedzin, które były mi obce i nieznane, a okazały się czymś niezwykle ważnym w mojej własnej muzyce. Wiesz, chodzi o spojrzenie na muzykę, sposób tworzenia, aranżacje – to, jak przejście kolejnej bariery własnych ograniczeń percepcyjnych.

foto: archiwum artysty

Co z zespołem Bandfx? Szykujecie coś?
Zawiesiłem działalność Bandfx, ponieważ muzycy, z którymi chcę tworzyć ten zespół mieszkają w różnych miastach Polski, odległości są bardzo duże, a materiał trudny technicznie. Ta muzyka wymaga regularnych prób. Moim marzeniem jest stworzyć band z niekonwencjonalnym instrumentarium i robić mieszankę wybuchową na koncertach. Ciągle zaprząta mi to głowę – mieć własny bigbendzik do dyspozycji z chórem włącznie, aktorami na scenie i wideo prezentacjami. Może kiedyś będzie mi dane zrealizować ten pomysł i wtedy Bandfx powołam do życia. To, co robię solo i z featufingami jak na ten czas w zupełności wystarczy. Muzyczne realizacje opierały się na moich pomysłach w obu przypadkach.

Mogę pochwalić się natomiast współpracą z młodą wokalistką jazzową Agnieszką Twardoch. Przygotowuję z nią nowy materiał, bardziej klubowy, taneczny. Niebawem wyjdzie pierwszy singiel, „Cosmic Drive”, który – mam nadzieję – dotrze do szerszego grona odbiorców. Jestem bardzo zadowolony ze współpracy z Agą. Od września planujemy przygotować wersje live i jesienią pokazać się w klubach. Do tej pory planuję też wydać dwa single albo EP… To świeża sprawa, ale materiał, który zrobiliśmy, oraz nasze nastawienie przekonują mnie, że ta współpraca będzie się zacieśniać. Poprzeczka jest zawieszona wysoko – zobaczymy jak singiel zostanie przyjęty przez słuchaczy.

Z jednej strony zespół, z drugiej solowa twórczość. Występy z grupą i występy solowe dają zupełnie inny pokłady emocji i przeżycia. Co bardziej Ci odpowiada, czego brakuje Ci w jednym projekcie, a co chciałbyś przenieść do drugiego?
Kiedy się stoi przed publiką, emocje są podobne – nie ważne, czy to jest koncert zespołu, czy kręcenie biby w klubie. Widzisz reakcje ludzi i wiesz, że to, co i jak grasz, jest dobre. Nie ma lepszego uczucia i weryfikacji dla artysty, niż docenienie jego pracy. Kiedy widzisz, że to co robisz ma sens, że ludziom się podoba, że reagują, to daje ci olbrzymią satysfakcję i powera do dalszej pracy. Ja chce łączyć miksowanie, efektowanie i przetwarzanie nagrań własnych i cudzych z żywymi muzykami – tak lubię i to interesuje mnie najbardziej. Tak bardzo, jak chce grać ogniste imprezy, tak nie zrezygnuję z tworzenia muzyki do przeanalizowania, przy pełnej koncentracji i zaangażowaniu. Nie umiałbym wybrać, która działalność jest ważniejsza, bo obie dają mi satysfakcję i energię potrzebną do równowagi.

One Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.