Pinnawela – Robię swoje, śpiewam po swojemu (wywiad)

O drugiej solowej płycie zatytułowanej „Renesoul”, listach od słuchaczek i tym, że powrót Sistars nie jest reaktywacją opowiada Paulina Przybysz, znana także jako Pinnawela. Zapraszamy do lektury wywiadu.

Pisząc o Twojej drugiej płycie wspomniałem, że słuchając tego krążka nawet nie żal, że grupa Sistars już nie nagrywa. Bo skoro my, słuchacze, dostajemy tak dobry materiał, to po co wracać do przeszłych nagrań. Na przekór, kilka tygodni później, sprawiłaś razem z siostrą i kolegami z zespołu chyba największą muzyczną niespodziankę tego roku i wróciliście na scenę. Długo trzeba było Was namawiać do powrotu? Skąd w ogóle taki pomysł?

Na zagranie koncertu jubileuszowego namówił nas Piotr Metz. Długo mu to zajęło. Byliśmy zaszczyceni propozycją, ale nie wydawało nam się to realne, zważywszy na nasze relacje, które w momencie jego usiłowań były żadne. Ale było lekkim błogosławieństwem, że ktoś dał nam temat do rozmowy. Dostaliśmy szanse na dygresję i okazało się, że trochę się za sobą stęskniliśmy i że umiemy trochę ze sobą gadać, a nawet grać.

Czy godząc się na reaktywację grupy Sistars nie bałaś się, że fakt ten przysłoni „Renesoul”, że piosenki z Twojej solowej płyty przejdą bez echa? Wszyscy tak naprawdę mówią teraz o Sistars, nie o solowej płycie Pinnaweli.

Po pierwsze, nikt jeszcze nie mówi o reaktywacji. Zagraliśmy dwa koncerty, poparte szczególną okazją i mamy dużo swoich zajęć. Solowa płyta Pinnaweli miała swój okres promocyjny, teraz okazyjnie udzielam wywiadów i gram trochę. Wygląda to tak samo jak przy „Soulahili”, a wtedy nikt się nie reaktywował. Ja się na tym tak mocno nie skupiam. Dostałam piękne recenzje, wierni fani są zaspokojeni, ja wydałam na świat co mi na twórczym sercu leżało i jak dla mnie wszystko się zgadza. Mogłabym grać trochę więcej, bo po prostu bardzo to kocham, natomiast zdaję sobie sprawę z faktu, że mój materiał nie jest przystosowany do dni miast czy temu podobnych.

Po waszym come backu na Orange Warsaw Festival i występie na Open’erze pisano, że na scenie teraz to Natalia jest tą dominującą siostrą Przybysz. Też tak to odbierasz?

Całe życie jesteśmy porównywane, łączone. Przydomek siostra przywarł do nas chyba dożywotnio. Która to siostra? Starsza? Młodsza? Grubsza? Chudsza? Łysa? Z włosami? Blondynka? Tu przy kolorze włosów już jest zamęt, bo się kolorytem zamieniamy… Natalia na Orange pokazała sutki spod kiecki, a na Open’erze swój boski brzuch, mówiła długie zdania, mnie zatykało, wiatr wiał w moje wrażliwe oczy i można to tak odbierać. Ja to szanuję i że tak powiem kumam. Ja robię swoje, śpiewam po swojemu, na pewno inaczej niż Natka. Staram się z nią nie porównywać, bo to hamowałoby mój rozwój jako jednostki. Ja czułam, że aktywnie biorę udział w obydwu koncertach i nie staję tu w zawody z nikim. Zespół jako całość jest machiną. Mogę być dla kogoś śrubką, a dla innych silnikiem. Chuj z tym. Ważne, żeby jechało!

Jak się grało po tych kilku latach przerwy takie kawałki, jak „Freedom”, „Na dwa”, czy „My Music”? Nie zapomniałaś tekstu?

Trochę zapomniałam, zrobiłam wydruki z Internetu na próby, bo trochę mi się mieszało. Nie do końca pamiętałam, które partie kto śpiewał. Materiał jest już trochę stary, ale jest w nas magia, nie wiem czy wypracowanego, czy jakiegoś, że tak powiem odgórnego, magicznego zgrania, że możemy grać „YMCA” i będzie nam się dobrze grało.

Wróćmy na chwilę do 2007 roku. Ukazuje się płyta typu ‚the best of’ i grupa zawiesza działalność. Co wtedy kotłowało się w Twojej głowie? Jak widziałaś swoją przyszłość bez zespołu? Miałaś obawy przed ewentualnym samodzielnym startem?

Jeszcze za działalności Sistars, szykując się do następnych nagrań zespołu, tworzyłam samodzielnie kompozycje, czy też projekty. Miałam swojego laptopa, klawiaturkę, mikrofon i siedziałam grzecznie w swoim pokoiku dłubiąc. Tak powstawały „Dobranocka”, „Inspirations”, „Life Line” czy „Pure Game”. Przynosiłam projekty i razem nad nimi pracowaliśmy. Nie czułam nigdy niemocy twórczej. Ogarnięcie ludzi swojego czasu i spraw towarzyszących było bardziej zagmatwane. Mój pierwszy album obejmował 18 kawałków. Także z płodnością nie było problemu. Powstała przy tym też wytwórnia, management, studio – tak zwane Penguin Records.

Dobra, to krótko i przechodzimy do solowych osiągnięć – tak, czy nie – będzie nowy studyjny krążek Sistars?

Nie wiem, bo nie powiem panu. Dużo przed nami kawuś i kawusieniek, żeby się określić. Ale chyba wszyscy bardzo szczerze utuliliśmy się po obydwu koncertach, więc każdy czuje, że nie można tego tak zostawić, więc zapowiada się, że będziemy je pili.

Jest rok 2011. Masza za sobą dobrą, jak na krajowe warunki, karierę muzyczną. Jesteś rozpoznawalna, często też udzielasz wywiadów, pojawiasz się w rozgłośniach radiowych i mówisz o „Renesoul”. Przekłada się to jakoś na późniejsze koncerty solowe? Przychodzą na nie wyłącznie osoby, które znają Twoją twórczość, czy też zyskałaś już nowych fanów?

Zawszę cieszę się kiedy widzę moich wiernych fanów, natomiast mam wrażenie, wnioskując po mailach, że zaczęły mnie słuchać naprawdę fajne kobiety. Takie nawet starsze ode mnie. Jest jakaś identyfikacja postrzegania pasji, wolności, odwagi, macierzyństwa czy może lekkiego szaleństwa. Lubię te laski, które do mnie piszą już od pierwszych zdań. Myślę, że zaczęliśmy grać nieco mocniej niż kiedyś, co często zaskakuje i organizatorów, i słuchaczy, więc może zacznę czytać więcej o męskiej stronie mocy.

Jak w ogóle przyjmowany jest nowy materiał na żywo? Grasz koncerty z całym, kilkuosobowym bandem, więc musi wyglądać to bardzo profesjonalnie.

Nie gramy masowo, więc jeśli już, to ja mam w sobie dużo energii i jest to dla mnie zawsze mega wydarzenie i z wielkim respektem podchodzę do każdej śpiewanej i tańczonej frazy.

Na zgranie się poświęciliście dużo czasu na próbach?

Mieliśmy sporo składowych kombinacji. Moi muzycy to pozajmowani ludzie i generalnie temat słowa priorytet u muzyków sesyjnych, to temat na długie dwadzieścia win i wciąż nic nie będzie nigdy jasne. Nie wątpię nigdy w intencje moich ludzi, ale nie mogę im zapewnić takiej regularności zarobków jak programy muzyczne, czy grubsze ryby polskiej i opolskiej piosenki, więc mój skład się ciągle modyfikuje. Ale każda nowa krew ma swoje dobre świeże krwinki i często mnie pozytywnie zaskakuje. A co do zgrania, to plusem „Renesoul” jest to, że wiele nagrań powstawało sekcyjnie. Bębny i basy często nagrywane były na raz, dzięki czemu jest dużo naturalnego grania.

Zdradzę Ci, że Twoja pierwsza solowa płyta nie należała do moich faworytów. Wówczas materiał Natu był mi bliższy. Teraz jest na odwrót – w starciu drugich płyt, to „Renesoul” jest na wierzchu. Ewidentnie nowy album różni się od debiutanckiego. Co miało na to wpływ?

Mam nadzieje, że szeroko pojęty rozwój. Może polskie teksty. To trochę pytanie do ciebie mój drogi. Ja jestem konsekwentna w szczerości przekazu, sama widzę, że pierwszy album jest dziewczyński, różnorodny i dość uporządkowany zarazem. Drugi ma cięższe gatunkowo przeżycia na karku. Ale odchodząc od tekstów, to na pewno jest więcej żywego grania. Są dość różnorodni goście. Nie ma tu innych wokalistek, jest beatboxer z Singapuru Dharni Ng i zasłużony polski, choć niewyczuwalnie, wokalista sceny reggae Dawid Portasz. Jest nawet Kanadyjski tubista, żeby było śmieszniej.

Czytałem kiedyś wywiad z Abradabem, w którym raper powiedział, że po tym, jak urodziło mu się dziecko, zaczął słuchać więcej innej muzyki, np. reggae ze względu na lekkość brzmienia, a ograniczył momentami agresywny i wulgarny hip-hop. To wszystko przełożyło się na jego kolejną solową płytę. Ty chyba nie miałaś aż takiego problemu? Pinnawela-mama słucha i nagrywa raczej ładne piosenki.

Ja nigdy nie śpiewałam agresywnego hip-hopu. Chociaż moment! „Ding Dong” można by zaliczyć do kobiecego hardkoru polskiego hip-hopu może. W sumie odpalając „Intro” płyty „Renesoul” nie masz przed oczami chyba matki karmiącej. „Josephine” też działa w stronę dancefloru niż na krąg ekologicznej pieluszki, ale oczywiście, że Matylda przekłada się na moją wrażliwość. Dziecko to wielkie, nieskończone przeżycie dla matki i generalnie otoczenia, które je kocha. Dziś (bo jestem na wakacjach na Mazurach) zgniotłam jej stopę leżakiem. Bardzo! Szpital, przeciwbólaki i inne. Ja myślę, że to się odbije na mojej twórczości i to burzliwie. Jakby ktoś z rodziny czytał, to tylko stłuczenie.

Słuchając „Renesoul” odniosłem wrażenie, że płyta w warstwie tekstowej jest mega osobista. Oczywiście płyta każdego artysty prezentuje jego uczucia i sposób postrzegania niektórych rzeczy, ale takie utwory jak chociażby „Serce” i „Przeczucie” są naprawdę bardzo wyraziste. Taki ekshibicjonizm był Ci potrzebny jako swoista terapia, odstresowanie się?

Ja myślę że każdy ma swój kącik ekshibicjonistyczny. Ja wcale nie mówię, że mam jeden i że jest nim moja twórczość, natomiast na pewno ona taką funkcję spełnia generalnie u artystów. Gdyby nie opierać piosenek na szczerych opisach swoich doznań, to można by stracić sens i generalnie porozumienie ze sobą. Pisanie fikcji też opiera się na bardzo subiektywnym postrzeganiu i reagowaniu na rzeczywistość. „Serce” nie jest moją historyjką, jest pewnym zlepkiem uczuć i przeżyć moich i ludzi, których znam. „Przeczucie” też jest pewną impresją. Pisałam je wprawdzie mieszkając sama z dzieckiem w chacie, ale miłości mi wtedy nie brakowało.

Na koniec nie może paść inne pytanie, jak o muzyczne plany na przyszłość. Co się będzie teraz działo, może planujesz już nowy solowy projekt, jakieś gościnne występy? Za czasów Sistars gościłaś z siostrą na płytach polskich raperów – być może kolaboracja w ten deseń?

Obecnie ruszam z pracą nad nowym materiałem. Poszłam w nurt bardziej kompozycyjny niż produkcyjny. Moje stanowisko to pianino, mikrofon w nim, mikrofon do wokalu i wiolonczela. Bębny gram łapkami albo klaszczę jak są mi niezbędne. Nakreślam smyki swoją wiolonczelą, funty kładę bez midi i śpiewam. Chcę stworzyć ileś kompozycji, a dopiero potem myśleć o tym co, z kim i jak to zrealizuję finalnie. Chcę być zadowolona z fraz i słów. Potem zobaczymy. Kolaboruje z projektem Sedativa i Dawidem Portaszem. Udzielam się z nimi koncertowo jako chórzystka i bardzo mi się to podoba. Nigdy nie byłam taką na serio chórzystką, a to jest też bardzo przyjemne. Bardzo polecam ich płytę „I”.

4 myśli na temat “Pinnawela – Robię swoje, śpiewam po swojemu (wywiad)

Dodaj własny

  1. KOCHAM JĄ CAŁĄ..z tym leżakiem…Matyldą…wiolonczelą i wszystkim innym co sobą reprezentuje!!!!

    Polubienie

  2. widze ze mnie nowy wywiad ominal. czlowiek nie zaglada tutaj przez 2 tygodnie i od razu cos sie dzieje. czytam!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: