Paweł Poerschke – Zacznę od smalcu (wywiad)

„Płytę nagramy w 2012, o ile nie będzie armagedonu” – mówi Paweł Poerschke, lider zespołu Quiet Things That No One Ever Knows. Zapraszamy do lektury wywiadu. Rozmawiał Łukasz Jasik.

Jak w ogóle zrodził się pomysł założenia kapeli? Jeśli mówić o pewnych niszach muzycznych, to polski deathcore zapewne się do nich zalicza?
Zgadza się. Wszystko zaczęło się, gdy spotkała się piątka ludzi w pewnym miejscu i uznała, że chce grać coś innego, niż dotychczas grywały pozostałe metalowe kapele. Chcieliśmy wprowadzić pewną progresywność. Każdy z nas słucha zupełnie innej muzyki i połączenie tego miało być taką interesującą hybrydą. W zasadzie nie było na to większego pomysłu. Nie myśleliśmy nad tym. To był impuls.

Nazwa grupy nawiązuje do singla jednego z zespołów…
Nasz perkusista bardzo lubi Brand New. Wcześniejsza nazwa brzmiała It’s Never Too Late To Say Goodbye i uznaliśmy, że brzmi, co najmniej, dziwnie. Z kolei nową nazwę zaakceptowaliśmy wszyscy i nazywamy się teraz Quiet Things That No One Ever Knows.

W ubiegłym roku nagraliście EP, wcześniej było demo…
Uznaliśmy, że możemy pokazać swoją muzykę. Nagraliśmy demo, w zasadzie jeden utwór. Chcieliśmy to zrobić profesjonalnie, zarazem wykorzystując wszystkie znajomości. Udało nam się znaleźć człowieka, który był nagłośnieniowcem oraz zajmował się nagrywaniem. Demo miało składać się z trzech utworów i wszystko szło w dobrym kierunku, lecz pan, który miał się zająć masteringiem i nagraniem wokali, nie podołał zadaniu. Stąd też jeden utwór „Empty Eyes”. Natomiast „Ungermerklich”, które wydaliśmy w ubiegłym roku, nagraliśmy w mysłowickim studio Parabellum. Nagrane tam zostały tylko wokale, a resztą zajęliśmy się sami. Na EP znalazły się utwory, które uznaliśmy za najbardziej odzwierciedlające to, co dzisiaj gramy. Są i progresywne, i ciężkie, i szybkie. Myślę, że wielu ludzi znajdzie w tym coś dla siebie.

Czy wobec tego planujecie jeszcze w tym roku nagrać longplaya…
W tym roku zdecydowanie nie, gdyż straciliśmy sporo czasu na zmiany personalne. W planach jest raczej kolejne EP. Myślę, że nastąpi to w przeciągu połowy roku, natomiast płytę odkładamy na 2012. O ile nie będzie armagedonu.

O czym śpiewacie?
Tekstami zajmuję się głównie ja. Pewnie padną głosy, że nie śpiewam po polsku, bo jest to trudniejsze. Owszem, jest trudniej. Angielski jest łatwiejszy. Niemniej jednak, staram się poruszać różne kwestie w moich tekstach, np. EP’kowy „As the burn live” odnosi się do podejścia wielu ludzi do wiary. Są to proste teksty, nie piszę poezji śpiewanej. Mogą wydawać się bardzo proste w sensie myślowym, gdzieś jakieś „fuck, fuck, fuck” i nic więcej. Są to jednak trochę bardziej złożone rzeczy, które są ukryte pod tą warstwą, że ja po prostu wrzeszczę.

Swego czasu zdarzyło ci się rapować po niemiecku…
Zdarzyło się (śmiech). Jest to utwór „This world is dead”, który miał się znaleźć na naszym demo. Jak wspomniałem, nie wyszło nam. No i rapuję po niemiecku. Jest to oczywiście łamany niemiecki, element naszego poczucia humoru. Gdy nagrywaliśmy to demo, coś mi nie wyszło wokalnie i dla żartów zacząłem rapować po niemiecku. Nie wyłączyliśmy po prostu nagrywania. Posłuchaliśmy tego, i to się skomponowało. W przyszłości chciałbym nagrać ten kawałek, niezależnie od tego, co powiedzą ludzie z niemieckojęzycznych krajów. Jest to zabawne.

W zespole nastąpiła zmiana gitarzysty. Stanowi to tę woltę, która wprowadza pozytywną energię, czy było to po prostu uzupełnienie brakującego ogniwa?
Na początku wszystko układało się dobrze. Później zabrakło tej komunikacji w grupie. Kiedy dołączył Michał, pojawiły się pomysły, stabilność, jest wymiana. Było to takim lekarstwem na całe nasze zło. Przekazuje nam całą swoją pozytywną energię. Człowiek był dwa razy na próbie i nagraliśmy nowy utwór, który pojawi się na pewno na następnym EP. Chce grać.

Trzeci Michał?
Trzeci Michał w kapeli. Niebawem będziemy wymieniać wokalistę i drugiego gitarzystę, bo mamy inaczej na imię (śmiech).

Skąd czerpiecie inspiracje? Czym jest „smalec core”?
Zacznę od smalcu (śmiech). Ogólnie wzięło się to stąd, że nasz perkusista pochodzi z Oświęcimia. Wszędzie, gdzie pojawiał się nasz zespół, wpisywali nam miejsce pochodzenia Oświęcim, kiedy wszyscy są z Górnego Śląska. Uznaliśmy, że będziemy parli do tego, żeby nam wpisywali „Ślůnsk”. A jako że „Ślůnsk” to taki „tusty region, tuste pajdy”, to uznaliśmy, że smalec będzie naszym motywem przewodnim. Są tłuste beatdowny, wszystko jest tłuste. A tak na poważnie, to każdy z nas słucha czegoś innego. Perkusista słucha wielu progresywnych zespołów, takich jak After the Burial, czy Protest the Hero. Ja z kolei mam klapki na oczach i słucham głównie deathcore’u. Słuchamy też polskiego rapu. Bardzo szanujemy Adama Ostrowskiego. Wyjątkiem jest gitarzysta Bartek, który słucha długowłosych leśnych metali (śmiech). Sami też się nakręcamy.

Daliście już parę koncertów, kiedy mamy spodziewać się kolejnych? To będą jakieś supporty?
Wrócimy w kwietniu. Ustaliliśmy sobie taki luźny termin, żeby móc wiele dopracować. Straciliśmy sporo czasu na tych wszystkich perturbacjach, dlatego chcemy do tego podejść spokojnie, dojrzale. Odnośnie supportów. Według mnie w Polsce nie ma takiego czegoś jak support-gwiazda. Nie uważam, żeby jakakolwiek kapela z Polski wybijała się ponad taki poziom, aby mówić tutaj support-gwiazda. Jeżeli uda nam się zagrać z jakimś zagranicznym zespołem, to możemy o sobie powiedzieć support. Wydaje mi się, że na takiej scenie, jakiej gramy, jest to po prostu grupa. Jesteśmy jednością. Jest organizowany gig, gdzie gra pięć kapel i żadna nie jest ponad wszystkie. Nie odpowiada ci godzina grania, wymieniasz się, niezależnie od zapisania na plakacie, od tego, czy jest się grupą na poziomie, czy też nie.

A jak według ciebie prezentuje się polska scena metalcore, hadrcore…
Ciężkie pytanie. Jest kilka polskich kapel kojarzonych na Zachodzie, które są tam zapraszane np.: Angelreich, Faust Again, Bloodstained czy The Jon Doe’s Burial. Scena działa prężnie, wychodzi coraz więcej kapel. Zespoły zaczęły się nagrywać, robić wideoklipy. Przede wszystkim jest to zasługa technologii. Ogólnie polska scena jest świetna, ale zbyt słaba jak na Zachód. Kapele są znane głównie na Białorusi, Rosji i całej wschodniej ścianie. Brakuje tej siły przebicia, jaką ma, na przykład, Wielka Brytania.

Czego wam życzyć?
Na pewno wydania płyty i tuzina koncertów. Z kolei scenie, żeby na tym zarabiała i żyła sobie spokojnie, grając i nie odczuwając presji ze strony pracy. Zero stresów.

Dziękuję za rozmowę.

Zespół Quiet Things That No One Ever Knows (foto: Łukasz Pabian)

Quiet Things That No One Ever Knows – grupa muzyczna pochodząca ze Ślůnska, grająca muzykę z pogranicza progressive deathcore.

Powyższy wywiad pierwotnie opublikowany został na łamach strony postkultura.blogspot.com 21 stycznia 2011 roku. Autor rozmowy, Łukasz Jasik, jest również autorem blogu artystyczno-kulturalnego purnonsens.blogspot.com.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.