AC/DC dali koncert godny legendarnego zespołu (Warszawa, 27.05.2010)

Dobra, kiedy już emocje opadły, kiedy już ogień i kurz zniknęły, a wielka rock n’ rollowa lokomotywa pojechała w inne zakątki świata, wypadałoby coś napisać.

Polacy na koncert AC/DC musieli czekać długo, bo aż 19 lat, wtedy to ostatni raz zawitali do naszego kraju, do Chorzowa. To pewnie między innymi dlatego na bemowskie lotnisko przybyło tyle ludzi. Przyjechali zresztą nie tylko Polacy – masa Niemców, wypatrzyłem też Litwinów, słowem – było international.

Na lotnisko przybyłem o 12, co w sumie było trochę za wcześnie, ale wszystko było dopięte na ostatni guzik. Ludzi wpuszczali punktualnie o 15, tak, jak to było napisane na bilecie. Bardzo się jednak dłużył czas oczekiwania, pewnie nie tylko mi.

Jako support zagrał Dżem, co mnie zniszczyło w zasadzie, bo to trochę tak, jakby Grzegorz Turnau grał przed Cypress Hill. Zawsze myślałem, że zespół supportujący ma rozgrzać publikę, a nie ją uśpić. Jedyna zaleta tego występu jest taka, że jak zaczęli grać, to się nieco przejaśniło i deszcz zniknął. Do tej pory się zastanawiam, czy to dlatego, że ten występ tak wkurzył pogodę, czy Dżem rzeczywiście zaczarował pogodę i w jakiejś tam części pewnie też publikę. O wybaczenie w związku z moim pogardliwym tonem wypowiedzi na temat Dżemu. Dla mnie ten zespół skończył się w 1994 roku. Kolejne lata to już „Zespół Będący Duchowym Spadkobiercą Dżemu”, w skrócie – ZBDS Dżem. No nic.

[picapp align=”center” wrap=”false” link=”term=AC%2fDC&iid=2322094″ src=”5/6/3/7/9d.jpg?adImageId=13055082&imageId=2322094″ width=”380″ height=”272″ /]


Ostatnie przygotowania, sprawdzenie wybiegu, i możemy zaczynać. Punktualnie, z zegarkiem w ręku, o godzinie 21:00 światła na scenie zgasły, muzyka lecąca przez głośniki przycichła, a na telebimach pojawiła się słynna już animacja introdukcyjna koncertu, którą można z łatwością znaleźć na YouTube’ie, łącznie z tą warszawską. Pędzący pociąg, Angus dosypujący węgla, fanki próbujące ratować sytuację, wszystko w bardzo dwuznaczny sposób pokazane. No i bum! Pociąg się rozbija, telebimy się rozsuwają, wybuchy, dym, ogień, a na scenę wjeżdża wielka lokomotywa! Co jeszcze bardziej zaskakujące, Angus pojawia się znikąd na samym końcu wybiegu, to wszystko oczywiście dzieje się już jako tło dla numeru otwierającego każdy koncert ich trasy, czyli „Rock N’ Roll Train”. Szaleństwo, spojrzenia na kumpla i brata, i niedowierzanie, że my rzeczywiście jesteśmy na tym właśnie koncercie. Dalej było już tylko lepiej, „Hell ain’t a Bad place to be”, „Back In Black”, wszystko okraszone świetną oprawą no i oczywiście tłustymi solówkami Angusa, który pomimo wieku wciąż jest niezłym szaleńcem (on chyba naprawdę zawarł jakiś pakt z diabłem). Następne były „Big Jack”, „Dirty deeds done dirt cheap”, „Shoot down in flames”, by później wprowadzić całą, 50-tysięczną widownię w szał już od pierwszych sekund, bo solowy wstęp Angusa jest wystarczająco charakterystyczny, a ludzie pod sceną bardzo szybko pomogli, wcielając się w ludzi krzyczących thunder!. Tak jest – „Thunderstruck”. Przy „The Jack” wspomniany wcześniej Angus zrobił striptiz i pewnie był to pierwszy raz jak faceci podniecali się tym, że inny facet pokazuje im swoje stare, 55-letnie dupsko (w fajnych w sumie bokserkach). Był to też numer, w którym mogliśmy podziwiać kobiety, które pojawiły się na koncercie, bowiem realizatorzy pokazywali na telebimach co ładniejsze niewiasty wyszukane przez operatorów. Żadna jednak nie stanęła na wysokości zadania jak już się tam pojawiła. „Hells Bells” to oczywiście skok Johnsona na wielki dzwon na środku sceny, co też zrobiło ogromne wrażenie. Trochę później zagrali dwa numery i oba na początku pomyliłem z „It’s a long way to the top”, a były to „High Voltage” i „You shook me all night”. Po tych dwóch utworach pojawił się kawałek, na który publika czekała od samego początku (bo jego tytuł krzyczeli między każdym numerem). „T.N.T.” było chyba punktem kulminacyjnym szaleństwa, które tym razem udzieliło się wszystko, bo kiedy zagrali „Whole lotta Rosie”, oprócz tego, że wielka nadmuchana kobieta z jeszcze większym biustem ujeżdżała lokomotywę tupiąc nogą w rytm muzyki, ekipa operatorska powtórzyła motyw z „The Jack” i tym razem dziewczyna (która wcześniej też się pojawiła) pokazała nam wszystkim swój biust, a jeśli jest jakaś szansa, że to czyta – to gratuluję i podziwiam, bo komplementować wdzięków nie mam odwagi. „Let there be rock” zmieniło się w niemal 13-minutowe solo Angusa, który przez cały ten czas nie tracił energii, co było dla mnie niepojęte. Tym legenda hard rocka skończyła swój występ. Chwilę na bis kazali czekać, zacząłem się niepokoić, prawdę mówiąc, czy w ogóle jakiś będzie. Był, i to jaki! „Highway to hell”, a następnie „For those about to rock (We salute)”, czemu towarzyszyły powtarzane w całej trasie wystrzały z armat. Cierpliwi, którzy zostali jeszcze chwilę mogli zobaczyć bardzo efektowny pokaz sztucznych ogni.

[picapp align=”center” wrap=”false” link=”term=AC%2fDC&iid=658082″ src=”a/b/2/f/2b.jpg?adImageId=13055105&imageId=658082″ width=”380″ height=”253″ /]

Koncert podobał mi się nieziemsko. Opisuję go nie jako zblazowany dziennikarz jakiejś gazety, który skupia się na warstwie technicznej, bo fakt, na koncercie były drobne potknięcia, m.in. wokalisty, któremu trzykrotnie bodaj sprzęgał mikrofon. Opisuję ten koncert jako nakręcony fan, który wydał 170 złotych na bilet, bo nie stać go było na luksus w postaci biletu lokującego mnie pod sceną za 310 złotych (swoją drogą jak przeczytałem relację na pewnej stronie jakiegoś gościa, który napisał „jeszcze tylko koszulka pamiątkowa i idziemy pod scenę”, to mi się zrobiło słabo – koszulki na koncercie kosztują po sto parę złotych, a są dokładnie takie same jakościowo jak te, które można kupić np. na rockmetalshop.pl za znacznie mniejsze pieniądze; kolega chyba bardzo sobie ceni wartość symboliczną takich bzdur), mający i tak bardzo dobry widok, i bawiący się przeogromnie świetnie. Armaty, lokomotywa, dzwon, wybuchy, światła? Cała oprawa była świetna, muzyka jeszcze lepsza. Po prostu był to koncert godny legendarnego zespołu. AC/DC – we salute you!

Setlista:
„Rock N’ Roll Train”
„Hell ain’t a Bad place to be”
„Back In Black”
„Big Jack”
„Dirty Deeds done dirt cheap”
„Shoot down In flames”
„Thunderstruck”
„Black Ice”
„The Jack”
„Hells Bells”
„Shoot to thrill”
„War machine”
„High voltage”
„You shook me all night long”
„T.N.T.”
„Whole lotta Rosie”
„Let there be rock”
+ solo Angusa

Bis:
„Highway to hell”
„For those about to rock (We salute)”

Fajerwerki

4 Comments

  1. Natka

    Hej, taka koszulka kupiona na koncercie naprawdę „smakuje” specjalnie :-)
    Zawsze staram się taką kupić, doliczam to do ceny koncertu (bilet, przejazd, koszulka ;-)) i mam już niemałą kolekcję. Tym razem nabyłam tę białą, model bodajże 13.
    A koncert był bosssski. Warto było tłuc się przez pół Polski, stać i czekać, wszystko dla tych 120 minut czystej, prostej, rockandrollowej radochy. I dla tych ludzi – takich różnych a tak połączonych.
    Pozdrawiam wszystkich!

    Polubienie

  2. AC/DC FAN

    TRZEBA PRZYZNAC ZE MIELISMY TEZ DUZO SZCZESCIA. KILKA DNI POZNIEJ W WARSZAWIE MOCNO PADALO I PUBLICZNOSC NA KONCERCIE ELTONA JOHNA MIALA NIECIEKAWA SYTUACJE.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.