Bo po śmierci muzykowi lepiej

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść śpiewa wokalista grupy Perfect, Grzegorz Markowski. Ci, którzy nie wiedzą kiedy ten moment nadchodzi, są pośmiewiskiem samych siebie sprzeda lat. Na siłę próbują być „wiecznie młodymi”, chcą być tacy, jak przed 30. laty, nie zauważając jednak, że czasy się zmieniły, ówczesna publika, która stawiała włosy na cukrze, dzisiaj nosi krawaty i codziennie szoruje na 8:00 do pracy w szklanym biurowcu, w którym swoją siedzibę ma kilka firm.

Będziesz słuchała radia nad ranem
I dj powie, że wczoraj umarłem
Niezła wiadomość, niezły poranek
I dj powie, że wczoraj umarłem (…)

Tysiące kwiatów i nekrolog w prasie
Żałoba w sieci, płacze na czacie
Tysiące kwiatów i nekrolog w prasie
Żałoba w sieci, płacze na czacie

Tak będzie wyglądała właśnie moja śmierć
Czytelnie i medialnie uniosę się
*

Każdy był królem…

Nie wiem czy dzisiaj, tj. pod koniec 2009 roku, gdyby nie kilka wydarzeń z przeszłości, pisałbym ten tekst. Czy zamiast rozważań na temat śmierci muzyków, nie poruszałbym kwestii nowej płyty Johna Lennona (miałby dziś 69 lat), nie mówiłbym o szalonej kolaboracji Tupaca Shakura (dwa lata do 40-stki) z jakąś młodą gwiazdeczką r’n’b lub nie wyśmiewałbym ewentualnych problemów z łysiną, słynącego przecież za życia z bujnej czupryny, Elvisa Presley’a, który przekroczyłby siedemdziesiąt wiosen. W przeszłości wydarzyło się jednak kilka rzeczy, które na zawsze zmieniły nasze obecne patrzenie na muzykę.

John Lennon (fot. jambase.com)

Za życia byli królami w swoich klimatach, stylach i gatunkach. Presley był królem rock’n’rolla, Notorious królem rapu, Marley miał swoje królestwo na scenie reggae, Jackson kazał nazywać się królem popu, a Hendrix na zawsze zostanie królem gitary. Ich nagrani zdobywały pierwsze miejsca wszelakich list przebojów, a płyty były bestsellerami i milowymi krokami w muzyce. To „Thriller”, „Are You Experienced?” i „Imagine” były inspiracją dla setek innych artystów i zdecydowały o tym, jak w późniejszym czasie wyglądała muzyka.

… jednak po śmierci dostali korony

Nic tak nie sprzyja lepszej promocji artystycznej jak niecodzienne wydarzenie. Szczególnie dobrze sprawdza się w tej roli śmierć – taka ostateczna, fizyczna, od której nie ma już odwrotu. Dobitnym tego przykładem są wydarzenia z tego roku. Z portali internetowych atakowały nas raz po raz nagłówki: Płyty Jacksona ponownie biją rekordy, Gigantyczna sprzedaż płyt Jacksona, Wszystkie płyty Jacksona wyprzedane z Empików. W ciągu miesiąca od śmierci sprzedano 9 milionów albumów króla popu. Jednak to jeszcze nic – według analityków rynku do końca tego roku słupek sprzedaży ma oscylować w granicy 200 milionów sztuk(!). Król popu został więc naprawdę koronowany.

Dlaczego tak się dzieje? Przyczyna z psychologicznego punktu widzenia jest bardzo prosta – nostalgia odczuwana przez setki (tysiące? miliony!) fanów i chęć pośmiertnego upamiętnienia, uhonorowania w jakiś sposób swojego idola. Mówi się często, dość żartobliwie zresztą, że dobry idol, to martwy idol. Powiedzenie to nie jest wcale takie głupie, bowiem dzięki takiemu zakończeniu kariery, która mogłaby przecież jeszcze trwać, twórczość muzyka daje się spiąć jakąś ramą, która jest tak naprawdę znana jedynie wiernym i zakochanym w danej postaci fanom. Jest coś osobliwego w doświadczeniu słuchania muzyki pop – mówi psycholog kliniczny Oliver James. – Dociera ona do głębszych pokładów emocjonalnych niż, powiedzmy, kino. To bardzo intensywna więź. Kiedy osoba, która tworzy muzykę, umiera, można to porównać do utraty kogoś bliskiego. Ponieważ jesteś autentycznie zasmucony, zaczynasz się doszukiwać ukrytych znaczeń, twój umysł znajduje się w stanie rozkojarzenia.

Eva Cassidy (fot. evacassidy.org)

Oczywiście od muzycznych monarchów za życia i po śmierci, jak przykładowo Presley czy Marley, są także odstępstwa. Najlepszym przykładem może być Evy Cassidy – amerykańska piosenkarka folkowa, której 13. rocznica śmierci przypada na dzień jutrzejszy. Wokalistka pożegnała się ze światem z powodu nowotworu i, o ironio, to właśnie rak okazał się jej największym szczęściem, jakie się jej przydarzyło. Znana do tej pory wyłącznie na lokalnej scenie artystka, po śmierci dostała drugą szansę. Jej nagrania nagle stały się popularne, a sprzedaż płyt osiągnęła niespotykany za życia poziom. Wszystko również dzięki Terry’emu Woganowi z BBC Radio 2, który tak naprawdę zaprezentował artystkę światu. Na fali popularności Cassidy powstał również film dokumentujący życie i walkę z chorobę, który w marcu 2001 roku został wyemitowany w amerykańskiej telewizji. Później to samo uczyniono jeszcze w brytyjskiej stacji ITV. Pięć lat temu „American Tune” stał się trzecim z kolei albumem wokalistki, który uplasował się na 1. miejscu na liście najlepiej sprzedających się albumów na terenie Wielkiej Brytanii. Dotąd nie osiągnął tego pośmiertnie żaden inny wykonawca. Kostucha z kosą musi chyba naprawdę być fanką muzyki – pomogła po raz kolejny.

Klub 27

Nie ma słynniejszego klubu związanego z muzyką. Nie znajdziecie go jednak w żadnym tętniącym życiem i nowoczesnym mieście. To klub ludzi, których połączyły dwie rzeczy – miłość do grania rock’n’rolla i śmierć, do której doprowadziło ich szybkie życie.

Klub 27 to istny artystyczny dream team – Jimi Hendrix, Janis Joplin, Brian Jones i Jim Morrison. Wszyscy zmarli w odstępie dokładnie dwóch lat (3 lipca 1969 – 3 lipca 1971). Każdy zgon owiany jest mgłą tajemnicy, nic do końca nie jest jasne. Jones prawdopodobnie utonął w basenie, Hendrix prawdopodobnie zadławił się własnymi wymiocinami, Joplin prawdopodobnie przedawkowała narkotyki, a Morrison prawdopodobnie miał zawal serca. Wszystko jednak prawdopodobnie…

Jimi Hendrix jest po dziś dzień ikoną i inspiracją dla wielu artystów

Dołączali do Klubu niby zawsze z tej samej przyczyny – śmierci. O ile w przypadku, mówiąc przewrotnie, założyciela Klubu, czyli Briana Jonesa, można mówić o przypadkowości (no utopił się, zdarzało się wcześniej i po również), o tyle w przypadku kolejnych trzech członków sprawa wygląda bardziej zawile. Podobno Hendrixowi śmierć została przepowiedziana podczas stawiania kart tarota. Sam muzyk dopowiedział sobie już resztę – koniec przed 28. rokiem życia. Samospełniająca się przepowiednia urealniła się 18 września 1970 roku.

Dwa tygodnie po Hendrixie do Klubu 27 zapragnęła dołączyć Janis Joplin. Przyczyną zgonu było ostre zatrucie heroinowo-morfinowe w wyniku wstrzyknięcia nadmiernej dawki specyfików. Nie byłem nigdy fanem teorii spiskowych, jednak czy uważacie, że i ta śmierć była przypadkiem?

Równie tajemnicze są okoliczności „zejścia” lidera The Doors. 27 lat, niepotwierdzony atak serca (we Francji, gdzie Morrison zmarł, prawo nie przewiduje autopsji w przypadku braku śladów osób trzecich, które mogły w sprawę ingerować) i na dodatek data, symboliczna data – 3 lipca 1971 roku, a więc dokładnie 2 lata od śmierci pierwszego 27-letniego muzyka.**

Chęć dołączenia do Klubu 27 w późniejszych latach wśród muzyków była wielka, a u niektórych przeradzała się wręcz w chorobliwe pragnienie. Doskonałym przykładem może być Kurt Cobain, zmarły w 1994 roku lider grupy Nirvana, który już od najmłodszych lat marzył o wielkiej karierze i… równie szumnej śmierci. Za życia Cobaina żaden jego fan nie myślał poważnie, że palnie on sobie w łeb – mówi Pat Gilbert, wydawca magazynu muzycznego „Mojo”, dodając jeszcze – Taka piosenka jak „I Hate Myself and Want to Die” (pl. tłumaczenie: „Nienawidzę siebie i chcę umrzeć” – przyp.) wydawała się nieść nie do końca autentyczny ładunek niepokoju egzystencjalnego. Po jego śmierci ten utwór wydaje się być autentycznym wyrazem grozy.

Pieniądze, których nie zobaczyli nigdy

Po przejściu Hendrixa na „drugą stronę” do tej pory wydano ponad sto pośmiertnych albumów – od zbiorów typu „The best of…” po „First Rays of New Rusing Sun”, a więc płytę, nad którą prace przerwała śmierć. Tupac doczekał się piętnastu płyt po 1996 roku, a na 39. rocznicę urodzin rapera zapowiadana jest premiera kolejnej, zatytułowanej „Shakurspeare”. W dyskografii Michaela Jacksona już w kilka miesięcy po jego dość nieoczekiwanej śmierci pojawiło się sześć nowych płyt. Wszystkie te wydawnictwa w swoim okresie były lub nadal są towarem, na który istnieje popyt.

Gdy doliczymy to tego jeszcze niemuzyczne gadżety (koszulki, kubki itp.), widzimy dopiero jak wielkie pieniądze pojawiają się po śmierci artysty. Podejrzewam, że większość aktualnie żyjących muzyków marzy o tym, by ich karierę przerwał nagły zgon (bo po co chałturzyć na starość, skoro można odejść w szczycie chwały?), który stałby się impulsem do działania dla fanów i firm fonograficznych. Biznes, mimo iż bez głównego bohatera, kręciłby się dalej i na bardzo dobrych obrotach.

Magazyn „Forbes” przygotował właśnie ranking najlepiej pośmiertnie zarabiających ludzi, w którym zestawił nie tylko gwiazdy popkultury, lecz inne znane nazwiska, takie jak choćby naukowiec Albert Einstein i autor książek dla dzieci Theodor Geisel. Wśród zmarłych muzyków największą fortunę zbili duet Richard Rodgers (zm. w 1979 roku kompozytor, autor ponad 900 piosenek i 40 broadwayowskich musicali) i Oscar Hammerstein (zm. w 1960 roku amerykański pisarz, twórca musicali). Ich pośmiertne zarobki szacuje się na 235 milionów dolarów. Panowie zajmują na liście drugie miejsce. Tuż za nimi z „zaledwie” 90 milionami plasuje się Michael Jackson.***

Richard Rodgers

Exegi monumentum

Quintus Horatius Flaccus napisał jeszcze przed narodzinami Chrystusa szesnaście wersów, które tak naprawdę stały się zachętą dla późniejszych twórców (malarzy, rzeźbiarzy, poetów, kompozytorów, aktorów i artystów wszystkich innych maści) do pracy, dzielenia się swoim talentem. Każda z wymienionych wcześniej w tym tekście postaci wybudowała pomnik trwalszy niż ze spiżu. Nie ma się co łudzić – obojętnie czy za 20 lat w muzyce będzie panowała moda na rock, elektronikę, czy też afrykańskie bębnienie, muzyczny pomnik Boba Marley’a, Johna Lennona i Janis Joplin zawsze będzie stał niewzruszony, potężny i górujący ponad nowymi nurtami. Mimo chęci usilnego odcinania się od „staroci”, niemal wszyscy za naście lat, jak dzisiaj, poznawać będą pierwsze takty „Billie Jean” i „Smells Like Teen Spirit”, a charakterystyczny sceniczny ruch króla Elvisa będzie nie do podrobienia.

Bo ich już nie ma, jednak ich pomniki pozostały.







* Fragmenty tekstu piosenki grupy T.Love „Dead Star”.
** Żeby było śmieszniej, ówczesna partnerka Morrisona – Pamela Courson – zmarła trzy lata później mając dokładnie… 27 lat.
*** Ranking dostępny jest pod tym linkiem.

Jedna uwaga do wpisu “Bo po śmierci muzykowi lepiej

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.