Archive / BirdPen @ Klub Studio (Kraków; 15.10.2009)

Uwielbiam koncerty klubowe, mają atmosferę, której niestety, często brak koncertom plenerowym, a już szczególnie festiwalowym. Klub Studio jest dla mnie jak stary dobry znajomy, miałam okazję widzieć już parę grup grających tam, a tym razem były to zespoły BirdPen w roli suportu oraz Archive jako gwiazda wieczoru.

Archive to brytyjska grupa, założona w latach 90. przez klawiszowców – Dariusa Keelera i Danny’ego Griffithsa. Muzycznie właściwy kierunek obrali wraz z albumem „You all look the same to me” z roku 2002, gdzie znajduje się utwór „Again” – główny powód ich dość dużej popularności w Polsce. Następne albumy „Noise”, „Lights” i ostatni „Controlling Crowds” były kontynuacją muzyczną wcześniej wybranego kierunku. Muzyka Archive jest mieszanką rocka alternatywnego, elektroniki, niebanalnych zwrotów akcji i wspaniałych tekstów. Często porównywani do Pink Floyd, ze względów muzycznych i nie tylko, o czym później. Do Polski przyjechali teraz na dwa koncerty – Kraków i Warszawa (Klub Stodoła), promując najnowszy album, który jest nazywany koncept albumem, podzielonym na 4. części. Obecny skład zespołu, poza założycielami, to: Dave Pen (wokal, gitara), Pollard Berrier (wokal, gitara), Maria Q (wokal), Steve Harris (gitara) oraz Smiley (perkusja).

O godzinie około 18:30 na scenę weszło trzech chłopaków – Dave Pen (wokal, gitara; tak, to również członek Archive), Mike Bird (gitara) oraz James Livingston Seagull (perkusja) – zespół BirdPen. Przyznam szczerze, nie wiedziałam nic ani o nich samych, ani o ich muzyce przed koncertem. Jednak oczarowali mnie, grając muzykę mającą znamiona rocka progresywnego, elektroniki i klimatu, jakiego nie brak samemu Archive. Zagrali trzy bądź cztery utwory, w tym na koniec nowy singiel „Off”, była też z pewnością „Machine live like ordinary…” z debiutanckiego albumu „On / Off / Safety / Danger”.

Kilka dni przed koncertem organizatorzy prosili, za pośrednictwem strony internetowej, o wczesne przybycie, jako iż koncert rozpocznie się punktualnie o 19. No cóż, zaczął się o 19:30…

Światła zgasły, muzyka ucichła, a w powietrzu napięcie i radość wyczuwalne były na równi z dymem tytoniowym. Pierwsze dźwięki i już wszyscy wiedzieli, że oto Controlling Crowds”, pierwszy, tytułowy utwór z ostatniego albumu. Energia, moc, niesamowite emocje. Drugą piosenką była, zgodnie z kolejnością na płycie, „Bullets”. Ponieważ ostatni album stanowi całość, i bez sensu byłoby ukazywanie pojedynczych piosenek osobno, zespół zagrał go w całości, co stanowiło główną część koncertu. Muszę się przyznać, iż nie spodziewałam się, aż tak genialnego wykonania, wspaniałych efektów świetlnych i projekcji filmów za muzykami. Wszystko było spontaniczne i zaplanowane zarazem, każdy dźwięk, każde słowo, każdy film i mignięcie świateł miało swój sens, nic nie pojawiło się bez powodu. Tak samo jak publiczność – często na koncertach widzi się ludzi „przypadkowych” – tutaj jakby każdy był tam, znając ten wspaniały album i możliwości koncertowe zespołu. Osobiście miałam z każdą chwilą narastające wrażenie, iż jestem na koncercie XXI Pink Floyd – ta precyzja, emocje, ogólny koncept albumu, jak dla mnie pachnący „The Wall”. Lepiej by być po prostu nie mogło.

Z przyczyn niewiadomych z zespołem nie było wokalistki Marii Q, także utwór śpiewany przez nią na albumie, „Collapse/Collide”, odtworzono w formie teledysku z głosem wokalistki z żywym akompaniamentem zespołu, co dało niesamowity efekt. Od piosenki „Quiet Time” pojawiał się raper Rosko, który był tyle zachwycony publicznością, iż w trakcie bisów sam robił jej zdjęcia.

Dwa bisy – w pierwszym obok innych numerów, powalający energią „Numb” z „You all look the same to me”, w drugim wymarzone, genialne, niespodziewane „Again”. Choć ta piosenka sama broni się w wersji studyjnej, to uwierzcie mi – na żywo nabrała jeszcze większej energii. Cudo! Potem wyrazy miłości i podziękowania ze strony zespołu i koniec. Dwie godziny w zupełnie innym wymiarze.

Myślę, że dla każdego ten koncert był czymś innym – uwarunkowane jest to własnym odczuwaniem muzyki i ogólnego zarysu albumu „Controling Crowds”. Z niecierpliwością czekam na następną płytę (po „The Wall” było przecież wspaniałe „Wish you were here”, a coś mi mówi, iż nie jest przesadą oczekiwanie jeszcze lepszego albumu od ostatniego ze strony Brytyjczyków) i koncerty w Polsce. „Bullets are the beauty and I don’t know why, personal responsibility!”

Sprawdź galerię z koncertu.

2 Comments

  1. Kama

    szkoda że tylko jedna fotka. widzę, że nowa Pani się dużo udziela. super, będzie powiew świeżości na blogu

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.