Muzyczne powroty roku 2008.

Kolejną częścią akcji Podsumowanie Roku 2008 przeprowadzanej przez stronę AxunArts jest poniższy tekst, mówiący o najistotniejszych muzycznych powrotach minionych dwunastu miesięcy.

Muzyczny rok 2008 obfitował w powroty gwiazd. Czasem okazywało się, że w czasie przerwy ich blask przygasł tak bardzo, że nawet najwierniejsi fani przestali dostrzegać je na firmamencie. Inni artyści, mimo wieku i długiego stażu w branż, potrafili zrobić ze swojego come backu użytek i uszczęśliwić słuchaczy poprzez wydanie nowego krążka i/lub odbycie specjalnego turne. Kto wypadł najlepiej, o kim warto wspomnieć podczas podsumowania minionych dwunastu miesięcy? Czytajcie dalej.

Wielu po ich powrocie obiecywało sobie naprawdę dużo. Sam fakt 15-letniej nieobecności spowodował, że miłośnicy nie tylko ich muzyki, ale także wszyscy sympatycy rockowych brzmień nie spali i nie jedli. Tylko czekali. Kto wie, czy nie był to najbardziej wyczekiwany album w dziejach ludzkości? O kim mowa? Zapewne większość śledzących chociaż pobieżnie to, co dzieje na światowym rynku muzycznym wie, że chodzi o grupę Guns N’ Roses i jej płytę „Chinese Democracy”.

Powiedzmy sobie szczerze – sytuację wyjściową panowie mieli idealną. Status legendy, wielki szacunek za wcześniejsze dokonania i – co chyba najważniejsze – miliony napalonych fanów, gotowych biec w dzień premiery do sklepu, by zakupić nawet za cenę wyższą niż standardowo, nowy album ulubieńców. Niestety, większa cześć miłośników Axla (na zdjęciu powyżej) i jego ekipy, musiała poczuć się nieźle rozczarowana, kiedy zakończyła dziewiczy odsłuch nowego materiału. I tak, „Chinese Democracy” okazał się jednym z największych rozczarowań wśród ubiegłorocznych premier płytowych. Zauważyli to wszyscy, prócz samych zainteresowanych, pism mających patronat medialny nad krążkiem oraz najzagorzalszych fanów, ślepo zapatrzonych w obrazek Axla stojący w centralnym miejscu „gunsowego ołtarzyka”.

Po tym, co przeczytacie w kolejnym akapicie, zapewne okrzykniecie mnie wrogiem publicznym #1 w kręgach rockowych. Trudno, ale muszę to napisać…

… za drugie wielkie rozczarowanie spośród muzycznych powrotów minionego roku, uznaję come back AC/DC. Australijski zespół hardrockowy założony w Sydney w 1973 roku przez braci Youngów, powrócił w październiku ze swoim najlepiej sprzedającym się album, zatytułowanym „Black Ice”.

Piętnasta studyjna płyta grupy niestety rozczarowuje. Materiał na niej zawarty jest niczym słaba kopia z kopi (jeśli macie do czynienia z maszyną ksero, to zrozumiecie tę przenośnię) – niewyraźna, a przez to informacje na niej zawarte są nieczytelne. Słuchając „Black Ice” stwierdzamy, że wszystko to już gdzieś było i bez problemu wymieniamy tytuły starszych piosenek AC/DC, utrzymanych w podobnym klimacie. Ktoś powie: „Zaraz, zaraz! Ale oni maja taki styl! To grają od lat i są w tym dobrzy.” OK, ale czy podoba Wam się pomysł wydania trzeci raz tej samej płyty przez Rihanne? Bo z AC/DC jest tak samo, tylko słowa i tytuły piosenek są inne. Wszystko inne pozostaje bez zmian.

Żeby nie było, że tylko krytykować potrafię, przytoczę Wam teraz przykład udanego powrotu. Tina Turner, bo o niej teraz mowa, udowodniła, że nie trzeba na siłę wydawać płyty z premierowymi utworami. Wystarczą jedynie dwa świeże kawałki, umieszczone jako bonus na kolejnej składance typu ‚the best of’. A do tego wielka trasa koncertowa po 8 latach przerwy po Stanach Zjednoczonych. O koncertach tym mówiono jeszcze jeszcze zanim odbył się pierwszy z nich w Kansas City. Twierdzono, że Tina robi to dla pieniędzy, że nie ma już z czego żyć. Ale ja się nie dziwię. Przecież powszechnie wiadomo, że nie każdy artysta zarabia na sprzedaży płyt. Środków do życia dostarczają za to reklamy, inne interesy oraz koncerty. A za co najbardziej szanujemy muzyków? Przecież nie za płyty, na których tak naprawdę nie słyszymy prawdziwego głosu naszego ulubieńca. Dobry piosenkarz, dobra piosenkarka swoją klasę pokazują na koncertach.

Tina wróciła, pokazała, że ma klasę, troszkę się pochorowała i musiała odwołać jeden koncert w Nowym Jorku, ale zakończyła ten rok z dużym plusem na koncie. I czy w tym wypadku wypada jeszcze o niej mówić „Babcia Tina”? Oj, chyba nie.

Jeśli jesteśmy przy wokalistkach, które powróciły w 2008 roku, to nie sposób nie wspomnieć o Grace Jones – urodzonej na Jamajce wokalistce i aktorce, jedna z najsławniejszych modelek na świecie. Jones to także niekwestionowana ikona światowej popkultury lat 70. i 80., kojarzona z oryginalnym stylem ubierania się oraz symbolem nocnego życia Nowego Jorku.

Kiedy dowiedziałem się, że Jones ma zamiar wydać studyjną płytę po 19 latach przerwy, nie byłem „huraoptymistą”. Przyglądałem się jednak rozwojowi sytuacji bardzo uważnie. W końcu w listopadzie ukazał się album „Hurricane”, który przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Płyta była świeża, a jednocześnie bardzo mocno zakorzeniona w starszych nagraniach artystki. Moja obawa o to, że stanę się słuchaczem słabego produktu, została szybko rozwiana. Dlatego też uważam, że płyta „Hurricane” to jedna ze 100 Najważniejszych Płyt minionego roku (pozycja 68. na liście).

By zamknąć już listę zagranicznych wokalistek, pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jedno nazwisko: Dido Florian Cloud de Bounevialle Armstrong, czyli po prostu znana nam wszystkim Dido. Tak, wiem – część z Was pewnie w tym momencie kieruje kursor do prawego górnego rogu i zaraz zamknie okno przeglądarki.

Tak, już?

Tym, którzy jednak postanowili zostać, dziękuję i już spieszę z argumentami, dlaczego Dido tutaj się znalazła.

Jako fan angielskiego wokalistki, potrafię ja jednak skrytykować. Fakt, czasem płyta „Safe Trip Home” może nudzić. Nie zmienia to jednak faktu, że zaliczam ją do grona najlepszych albumów jakie mały premierę w ostatnim roku. Dido wróciła po pięciu latach przerwy, zrobiła swoją muzykę bez komercyjnych hitów, które zapewne byłyby w kółko puszczane przez rozgłośnie radiowe. Piosenkarka zrobiła to, na co liczyłem – wydała po prostu bardzo dobry krążek. Udany powrót i tyle.

Kolejnym wyróżnieniem (o ile można tak nazwać wymienienie na tej stronie) zostali uraczeni panowie z Metallici. Amerykański zespół uznany za twórcę nowego stylu muzyki metalowej – thrash metalu, może nie powrócił tak jak wcześniej tu wymienieni do aktywnego grania. Ich come back związany jest z ponownym zwróceniem się do tego, co prezentowali przed laty, kiedy zdobyli rzesze fanów na całym świecie.

Płyta „Death Magnetic” okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że kupiło ją całkiem sporo „metallicomanów”, to na dodatek darmową reklamę robili jej krytycy, którzy co chwila prześcigali się w skrajnych recenzjach – od stawiania „Death Magnetic” na równi z najlepszymi płytami grupy, po przypinanie jej łatki najgorszego wydawnictwa roku. Czy słaba muzyka może wywoływać takie emocje?

A Polska? U nas także nie było nudno i słuchacze mogli cieszyć się z powrotów kilku znanych nazwisk.

Najbardziej głośno było o come backu Kasi Kowalskiej (na zdjęciu powyżej), która po urlopie macierzyńskim nagrała album „Antepenultimate”. Na najnowszej płycie wokalistka kreśli muzyczne historie na temat trudnych relacji damsko-męskich. To, co często trudno ubrać w słowa, Kasia zawarła w dziesięciu piosenkach. Powrót może troszkę przereklamowany, ale jest. Płyta „Antepenultimate” to materiał całkiem przyjemny i godny polecenia fanom muzyki Kowalskiej sprzed przerwy.

Powróciła także autorka słynnych „Kawiarenek”Irena Jarocka. Nowa płyta zatytułowana „Małe rzeczy” ukazała się w październiku po prawie 7 latach przerwy (nie liczę tutaj płyty z kolędami z 2004 roku).

Jarocka (fotografia powyżej) wróciła do kraju w 2007 roku i od razu zaczęła pracować nad nowym materiałem. W rezultacie okazało się, że wokalistka potrafi nagrać przyjemną popową płytę. „Małe rzeczy” są momentami troszkę za młodzieżowe jak na panią Irenę, ale przecież wiecznie „Kawiarenek” nie będziemy śpiewać, prawda?

* * * * *

A teraz już Wasza kolej. Poniżej ankieta, w której to Wasze głosy zdecydują, kto zasłużył na miano Muzycznego Powrotu 2008 roku.

Głosowanie zakończone. Wyniki wszystkich ankiet dostępne są tutaj.



Sprawdź także:

Podsumowanie roku (Axun – video)
Płyty: TOP 100 roku 2008
Rok 2008 rokiem Waglewskich?
Polski rap A.D. 2008
Ankiety – weź udział w głosowaniu!

8 Comments

  1. Yanek

    z AC/DC się nie zgodzę. dobra płyta. z Metallicą się nie zgodzę – badziewie wydali. słaba jakość i w ogóle. jak tak można fanów traktować.
    dido to już przesada pffff… Jones nie słyszałem, ale podobno dobra faktycznie płyta, GNR to tak średnio. Nie stawiałbym ich wśród tych gorszych. a turner to typowo na kase poszła.

    Polubienie

  2. tolek banan

    głos na GNR zdecydowanie. mimo że tak jak jest napisane – płyte wydali słabą, ale dużo ludzie czekało. dużo szumu było wokół tego powrotu.
    z Metą to tak średnio – powrót nie powrót. dużej przerwy nie mili.

    Polubienie

  3. juergen

    CD „Male rzeczy” Ireny Jarockiej za mlodziezowe, to tylko komplement. Plyta jest rzeczywiscie bardzo na czasie i jak najbardziej dla wszystkich;-)

    Polubienie

  4. marco polo

    Jakby się nie czepiać to płyta Jarockiej -Małe rzeczy robi wrażenie po przesłuchaniu.Nie spodziewalem się tego po niej.Kupilem wlasnie tę plytę i jestem co duzo mowić bardzo zadowolony.Niektore kawałki są bardzo fajne wiec gra sobie teraz w moim samochodzie i jest fajnie.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.