Mattafix – Oby nie artyści jednego przeboju.

Brytyjski duet, który mimo, że jest dopiero na początku swojej kariery, zdołał już zasłużyć na szacunek starszych kolegów po fachu i – co chyba ważniejsze – tysięcy fanów na całym świecie. Ich hit „Big City Life” podbił wiele serc – w tym jury sopockiego festiwalu.

Mattafix tworzą dwaj „typowi” Londyńczycy. W tym multikulturowym mieście znajdzie się miejsce dla każdego, więc i panowie odnaleźli tam swój kąt. Bardziej miejscowy – jeśli można tak to nazwać – jest wychowany w angielskiej stolicy Preetesh Hirji. Jak już zapewne zauważyliście po nazwisku (brytyjskie to ono nie jest), Preetesh jest Hindusem, jakich na wyspach mieszka na pęczki. Druga połowa duetu – Marlon Roudette – to chłopak urodzony w „londku”, lecz dorastający na Karaibach.

I można teraz napisać, że obaj panowie żyli sobie nie wiedząc o swoim istnieniu. Hirji pracował w jednym z londyńskich studiów muzycznych, Roudette natomiast chodził do szkoły i pałał się wielu zajęć. W wolnych chwilach oddawała się za to poezji. No, nie do końca w dosłownym słowa tego znaczeniu. Jako ujście artystycznych emocji, wybrał coś w rodzaju poetyckiego pamiętnika. Zamiast nudnych formułek typu: „Jest 10 października. Pada deszcz. Mam doła…”, opisywał swoje życie za pomocą wierszy i innych poetyckich tekstów. Pamiętniki te i sposób ich prowadzenia w gruncie rzeczy są istotne dla historii zespołu. Bez nich nie byłoby bowiem debiutanckiej płyty „Sign of a Struggle”. Może za dużo powiedziane – nie byłoby. Być by pewnie była, ale z zupełnie innymi tekstami, a co za tym idzie w zupełnie innym klimacie.

A jeżeli już do płyty doszliśmy, to warto zahaczyć o muzykę.
Duetowi można zarzucić jedną rzecz. Mianowicie robią muzykę dla nikogo i każdego zarazem. Tak szczerze to nie da się ich zaszufladkować. I może to dobrze, bo osobiście nie przepadam za sztywnymi gatunkami. Na płycie Mattafix granice między nimi zacierają się w taki sposób, że nie wiemy czy to jeszcze pop, czy już hip hop. Jeśli jednak ktoś z czytających te słowa, na gwałt potrzebuje określenia typu, mogę się zgodzić na tzw. urban music. W końcu „Big City Life”, nieprawdaż?

Wspomniana pod koniec ostatniego akapitu piosenka, przyniosła duetowi wielki rozgłos. Kawałek podbił listy przebojów w Niemczech, Włoszech, Austrii, Nowej Zelandii, Szwajcarii i Polsce. W naszym kraju dodatkowo zespół został nagrodzony statuetką Bursztynowego Słowika sopockiego festiwalu. Werdykt był niepodważalny i … słuszny. Ich singiel w tamtym roku był po prostu mega hitem.

Jednak to co przyniosło im sławę, może w niedalekiej przyszłości odbić się na ich niekorzyść. Takich przebojów w życiu nie nagrywa się wiele, chyba że jest się Prince’m. Chociaż on też miał „Purple Rain” i długo nic. Ale ja nie o tym…
Chciałem tylko przestrzec, że za parę lat o Brytyjczykach możemy pamiętać jedynie przez pryzmat jednego utworu. I na chwile obecną niestety tak się dzieje. Żywiołowości i vibe’u płynącego z „Big City Life” nie znajdziemy na wielu piosenkach wydanego w 2005 roku krążka, a i drugi zapowiadany jest marniutkim singlem. Chodzi oczywiście o przebojowość, bo intencja w jakiej został nagrany „Living Dufar” jest jak najbardziej chwalebna.

Ciekawi mnie bardzo, czy Mattafix wykorzystają swoją szansę i zapiszą się na kartach historii muzyki nie tylko 3 minutami i 57 sekundami z pierwszej płyty. Ja życzę im jak najlepiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.