Podsumowanie roku 2007: Podsumowanie?

Ya man, rok 2007? Jak mam go ocenić? Muzycznie, czy życiowo? Jeśli to ma być dla brata Axuna to chyba oczywiste. Do sedna więc przejdę zaraz, bo mogę przecież pomarudzić, o czym chcę tylko, prawda?

Dla mnie ten tok był niezwykły. Zleciał bardzo szybko, wręcz uciekał mi przez palce. A to, co mi przeciekało było słodkie jak miód. Od kwietnia do dziś żyję jak we śnie, bo choć fakt, mam jakieś problemy, to nikną one, zapominam na dobre, przynajmniej do momentu, w którym żegnam się z Kornelią. Dla mnie to właśnie owa osoba jest rewelacją tego roku i mam nadzieję, że kolejnych również. Przepraszam stary, za smęcenie, ale nie mogłem o tym nie wspomnieć. Po prostu nie ma nic lepszego od miłości, nawet, jeśli to jest muzyka, album zasługujący na miano historycznego. Dlatego apel – wyjdź z domu, szukaj miłości, mój drogi czytelniku. Podziękujesz mi później, bo naprawdę warto.

Vavamuffin

Muzycznie? Zanim zacznę, zaznaczam, że to moja prywatna ocena, to moje poglądy i masz prawo jak najbardziej się z tym nie zgodzić! Jasne? Wspaniale, teraz do rzeczy. Myślałem, że wybór będzie oczywisty, że walka o tytuł albumu roku dla mnie toczyć się będzie między dwoma grupami: Vavamuffin i jego „Inadibusu” oraz nowy krążek Natural Dread Killaz. Jestem jednak zaskoczony, jak najbardziej pozytywnie. Zaczęło się od… singla grupy z Warszawy – Hooligan Rootz”. Kiedy usłyszałem to, co szaleńcy z Wawy wytworzyli, dosłownie umarłem. Ten riddim i te wokale (głos Gorga!) sprawiły, że przez jakiś miesiąc bez przerwy słuchałem jednego singla, składającego się z trzech utworów, po prostu masakra. Ale wtedy pojawił się nowy album Masala Soundsytem. Grupa, którą do tej pory kojarzyłem z mocnym wpływem muzyki indyjskiej teraz pokazała się od zupełnie innej strony. Zaciągnęli Dużego Pe z Cinq G i pojawił się tekst. Album pod tytułem „Obywatele IV Świata” – nazwa mówi chyba sama za siebie? Podkłady, mocne i szybkie riddimy i niszczące teksty. Nigdy wcześniej, szczerze mówiąc, nie słyszałem takiej agresji wyrażanej bez użycia jednego przekleństwa. Żaden inny krążek nie sprawiał, że naprawdę miałem ochotę wyjść, pojechać do Warszawy i rzucić koktajlem mołotowa w budynek pałacu prezydenckiego; żaden inny krążek nie sprawił, że bez reszty byłem pochłonięty, do tego stopnia, że potrafiłem wpaść na słup. W jednym utworze było tyle ostrej krytyki, tyle nienawiści i tyle agresji wobec ówczesnego rządu, że starczyłoby dla kilku albumów o podobnej tematyce, naprawdę. No i tak słuchałem sobie Masala. A tu nagle w Gorzowie koncert miejscowego zespołu reggae/ska – Creska. A właściwie Creska jako bonus do dania głównego, którym według mnie było Power Of Trinity. Udali się w trasę koncertową razem z Majestic, by wypromować swój krążek – „11”. To co usłyszałem, było niesamowite, od razu załatwiłem sobie ten album. Progresive reggae w najczystszym wydaniu. A może ragga? Mocne, gitarowe brzmienia, wspaniały głos wokalisty, świeżość na polskiej scenie trójkolorowej. Pomimo ostrych brzmień ta muzyka zawiera w sobie tyle pozytywnych wibracji, tyle emocji i jednocześnie energii właśnie, od mocnego grania. Dla mnie to było coś naprawdę nowego, świeżego, coś, czego na polskiej scenie reggae jeszcze nie było. Jeśli ktoś miałby zamiar teraz napisać, że przecież jest Paprika Korps, to przepraszam, ale się nie zgadzam. Bo Paprika Korps przy Power of Trinity to tak jak Linkin Park i Vader. I tu i tu są gitary, tylko w jednym jest nieco lżej niż w drugim, ale żeby nie było, Paprików też bardzo lubię. I cytując jeden z utworów „Power of Trinity is a really wicked squad!” Oj tak! Bardzo. No i wtedy stało się – „Inadibusu” – ten, który był moim faworytem. Album po prostu zajebisty, innym słowem tego nie zastąpię. Nowe, odświeżone Vavamuffin. Nowe, lepsze Vavamuffin! Wspaniałe piosenki, genialne wokale (Gorgu! Gorgu raz jeszcze!) i świetne teksty! To jest w zupełności to, na co czekałem tyle czasu! Na dobrych parę tygodni przygniotło mnie. Bez przerwy dosłownie słuchałem tego, nie mogłem przestać słuchać „Poland Story” i podniecać się tym, że wspomina tutaj o moim mieście o i moim wspaniałym festiwalu, jakim jest „Reggae nad Wartą” (na który, swoją drogą, serdecznie wszystkich zapraszam w roku nadchodzącym, naprawdę warto, tak samo jak warto pojechać na One Love Sound Festival we Wrocławiu!). Album cudny. Długo do siebie po nim dochodziłem. A Natural Dread Killaz? Nowego tworu ani widu, ani słychu. No i nie wiadomo co i jak, tak samo z solowym albmuem Mesajaha. Nic to, pozostaje czekać. Miał być wraz z końcem jesieni (jeden i drugi), a będą może na początku roku, szkoda, bardzo szkoda, że trzeba tak długo czekać. A teraz, dosłownie przed chwilą odkryłem nowiutki, jeszcze ciepły album Cinq G„Juma”. Podoba mi się mocno. Nie jest to może drastyczny krok w przód w karierze tej grupy, ale słychać progres mimo wszystko, ładne, ciekawe stylistycznie riddimy i nienaganne wokale Grande Pe i Mista Pita, taneczność sącząca się z każdego kawałka, no bajka po prostu, bardzo mi się podoba i polecam każdemu, kto nie boi się eksperymentów.

Habakuk

Porażka roku? Habakuk i jego żałosne „A Ty siej”. Pan Kaczmarski, przez wielu nazywany Mistrzem, pewnie się w grobie przewraca słysząc to, co zrobili. Habakuk, który swoją popularność zdobywa głównie wśród młodzi 13-14 letniej, którzy tak wcześnie zaczynają swoją przygodę z reggae. Nie wyszło im, po prostu im nie wyszło. Utwory nijakie, właściwie bez większego polotu, bez żadnej inwencji. To nie to, co było przy „Fogga Ragga” od Cinq G, gdzie utwory Mieczysława Fogga dostały nowe życie, gdzie niektóre były zupełnie przerobione (vide Soca Andrusowska” i „Tango Andrusowskie”). Habakuk powinien zakończyć karierę po nagraniu piosenki pt. „Rozczochrany łeb”.

No ale jaki jest ostateczny werdykt? Jaki album zasługuje na miano najlepszego w tym roku? Nawet teraz nie wiem. Dla słuchaczy muzyki zielono-żółto-czerwonej ten rok był bardzo obfity i bardzo urodzajny. I na mocno wysokim poziomie. Dlatego wybór należy do tych, co słyszeli. Ja jestem najbliżej za tym, żeby to się ułożyło mniej więcej tak:

1. Power of Trinity „11” – za świeżość, moc i pozytywną energię wśród mocnych gitar.
2. Vavamuffin „Inadubusu” – za radość, riddimy i wokale (Gorg!)
3. Masala Soundsystem „Obywatele IV Świata” – za brak strachu przed rządem, za ragga w najczystszej postaci, za agresję i szczerość w osądach.
4. Cinq G „Juma” – za nowość i widoczny, acz nie ogromny postęp.

Na tym podsumowanie zakończę. Jednocześnie chciałbym wszystkim w nadchodzącym roku życzyć wszystkiego dobrego, spełnienia marzeń i odnalezienia szczęścia, życzę wszystkim czytającym jeszcze więcej wspaniałej muzyki. Pozdrawiam!

P.S. Dlaczego pisałem tylko o reggae/ragga? A dlaczego nie? W tej muzyce czuję się najlepiej. Fakt, mógłbym próbować poruszać się w innych gatunkach, ale zwyczajnie nie czuję się tak pewnie. O.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.