Był Sobie Blues 2006 – relacja.

Festiwal Bluesa na tarnowskim Rynku to chyba największe wydarzenie tegorocznych wakacji w tym mieście (po finale IMP na żużlu oczywiście hehe). Całość podzielona była na cztery koncerty – w każdy piątek sierpnia. Co się działo szczegółowo przeczytacie niżej, a na razie troszkę danych, że tak powiem technicznych. Koncerty zaczynały się o 19:00, a kończyły najpóźniej o 22:00 – ale to była wersja oficjalna. Dla fanów czekały po koncertowe Jam Session, które to w klubie Alchemik trwały do oporu (bez głupich skojarzeń). Pomysłodawcą festiwalu był tarnowianin Wojtek Klich, który działa na scenie muzycznej od dawna (niegdyś gitarzysta zespołu Ziyo), a i w Tarnowie się nie oszczędza. Dla formalności powiem tylko, że to przecież on m.in. organizuje już od 10 lat tzw. „Rockowe opłateczki”, czyli imprezę nocną w podziemiach Rynku w Boże Narodzenie. Dla porządku trzeba jeszcze dodać, że impreza nie odbyłaby się gdyby nie pomoc finansowa Domu Handlowego Nomi oraz miejscowego Zakładu Energetycznego. Dobra tyle nudzenia, a teraz sedno sprawy czyli opisy koncertów.


KONCERT I – 4.08

Tego wieczoru fani muzyki mogli wysłuchać podwójnego koncertu. Na scenie wystąpili bowiem Wojtek Klich Band oraz śląski zespół Ścigani. Było to zderzeniem dwóch pokoleń muzycznych oraz zupełnie różnych poglądów na tematykę blues’ową. Młodszy wiekowo zespół z Rudy Śląskiej zaprezentował nam tradycyjnego blues’a – głęboko zakorzenionego w amerykańskiej przeszłości, jazzie i muzycznym dorobku południa Stanów Zjednoczonych – co widać było zresztą na scenie. Przebojowość, a zarazem lekkość wykonywanych piosenek porwały publikę, która to bawiła się bardzo dobrze.

Jednak najważniejszym tego dnia był występ Wojtka Klicha (na zdjęciu powyżej) wraz z zespołem. Oprócz znanego miejscowym melomanom gitarzysty, wystąpili także m.in. Jerzy „Kobra” Dobot i Krzysztof Krupa. Piękny koncert, który na zawsze pozostanie w pamięci – co do tego niema wątpliwości. Warto też wspomnieć o tym co działo się później w klubie Alchemik. Spontaniczne występy nawet amatorskich muzyków, piwo, śpiew… No dobra bez szczegółów.

KONCERT II – 11.08

Powiem szczerze – na ten dzień czekałem cały dłuuuuugi jak cholera tydzień, ale i tak na koncert się spóźniłem. Powodem była niepewna pogoda, która to trzymałam mnie w niepewności do końca. Ostatnie przybyłem na Rynek z 15 minutowym poślizgiem. Na miejsce przybyła i tak liczniejsza niż tydzień wcześniej publika. Powodem była zapewne postać Maćka Maleńczuka (na zdjęciu poniżej), czyli gwiazdy wieczoru (a nawet i całego festiwalu). Ale po kolei.

Jako pierwsi na scenie pojawili się młodzi gniewni blues’a czyli zespół Devil Blues. W tym miejscu trzeba wspomnieć o bardzo istotnej rzeczy. Artyście przyjechali na festiwal, aż z Białegostoku, czyli z drugiego końca kraju. Ale podróż chyba nie okazała się męcząca, bo panowie dali naprawdę czadu. Mieszanka bluesowo-rockowych kawałków bardzo spodobała się publice. Mi osobiście przypadł do gustu klawiszowiec Przemek Zalewski (co on wyczyniał – to trzeba było zobaczyć, bo pisanie suchych faktów nie mam sensu). Grupa zaprezentowała nam własny repertuar – w większości w języku angielskim. Przed 21 na scenie pojawił się były już wokalista Pudelsów – czyli … wiadomo kto. Oprócz własnych produkcji, Maleńczuk pokusił się także o wykonanie znanych i lubianych kawałków (jak np. „Kiedy byłem małym chłopcem” zespołu Breakuot ). Na scenie wokaliście towarzyszyli Wojtek Klich i Robert Lubera na gitarach, Krzysztof „Flipper” Krupa na bębnach oraz Piotr „Quentin” Wojtanowski na basie. Jednym słowem było „bosko”! Szkoda, że bawiła się tylko garstka ludzi, która to skakała pod sceną – widać było, że rozumieją tą muzykę. Ale nie będę wcale kłamcą jeśli napiszę, iż taka sytuacja powtarzała się w każdy piątek. Jeszcze smutniejsze jest to, że na kolejny koncert przybyło już mniejsze grono publiki, mimo tego, iż występy nie były gorsze. Ale o tym niżej.

Koncert III – 18.08

I po tym koncercie byłem w „siódmym niebie”. Mogłoby się wydawać, iż to występ Maleńczuka był najlepszy na całym festiwalu….a jednak nie! Wieczór zaczął się klimatycznie, bardzo spokojnie, stonowanie. Po 20 minutowym opóźnieniu na scenie pojawili się dwaj panowie – Jan “Kyks” Skrzek i Leszek Winder. Pierwszy z nich to wokalista z charakterystycznym, chrypowatym głosem (jak ktoś słyszał kiedyś Louisa Armstrong’a to wie o czym teraz piszę). Duet zaprezentował się bardzo przyzwoicie, może troszkę za spokojnie jak dla mnie, ale ja jestem młody i mogę nie czuć klimatu starego dobrego blues’a. I tak naprawdę to występ zapadł mi w pamięć z dwóch powodów. Chodzi oczywiście o głos artysty oraz o wyrażenie „Dzięki, dzięki, dzięki”, które to pojawiało się zawsze po każdej piosence, nagradzanej brawami. Za to koncert późniejszy był dla mnie fenomenalny, a to za sprawą zespołu Boogie Boys.

Panowie to pierwszy w Polsce zespół grający muzykę boogie woogie z domieszką czarnego blues’a. Charakterystyczne dla ich muzyki jest granie przy pomocy dwóch fortepianów. Brzmienie ich muzyki przenosi słuchaczy w odległe czasy amerykańskiego świata. Oprócz trzyosobowego trzonu grupy, w Tarnowie wystąpili także gościnnie dwaj muzycy z Węgier, którzy na co dzień grają w kapeli Jackpoint. Także można śmiało powiedzieć, iż był to koncert wyjątkowy. Nie pamiętam niestety nazwisk obu artystów z zagranicy (za co bardzo przepraszam), ale ten grający na kontrabasie Lizard Firehands robił taki klimat, że szok! Nogi same podrywa się do tupania, a nawet tańczenia. Reasumując napiszę tak – zakochałem się w ich muzyce do tego stopnie, że odnalazłem ich stronę internetową i zamówiłem płytę.
„…daj mi chwile, daj mi chwile…”

KONCERT IV – 25.08

Ostatni (niestety) festiwalowy piątek zapowiadał się niezbyt atrakcyjnie, a to z powodu deszczu, który raz po raz nawiedzał tarnowski Rynek. Maiło to duży wpływ na frekwencję publiczności jaka przybyła na koncert. ‘Ogródki” piwne jak nigdy praktycznie puste, ludzi pod scena mniej… przykro było patrzeć. Sama już pogoda przytłaczała, a tu jeszcze pierwszym występującym artystą (a raczej artystką) miała być Anika – wrocławianka śpiewająca i grająca na gitarze akustycznej, obracająca się w klimatach bluesowo-folkowych. Cóż , nie będę ukrywał, iż troszkę bałem się o ten mini-koncert. Smętna pogoda plus wolna i bardzo melancholijna muzyka … do czego to może doprowadzić? I tak też było. Nie żebym miał coś przeciw Anice, ale … bardziej podobało mi się to, co działo się na scenie później. Dla uzupełnienia danych dodam, że na scenie wraz artystką wystąpił Bartek Miarka (także grający na gitarze).

Drugim wydarzeniem tego wieczora był występ formacji The Bluesmobile Band, którego składu nie wymieniam – szkoda czasu, bo trochę ich jest (zapraszam do poszukania w sieci strony zespołu). Formacja założona przez znanego wszystkim Tadeusza Pocieszyńskiego, zagrała naprawdę kawał dobrej rockowo-bluesowej muzyki. Fani mili okazję usłyszeć kawałki zarówno polsko- jak i angielskojęzyczne. Gościnnie na scenie pojawili się Wojtek Klich (jego dziecinne skakanie wraz z Jackiem Chruścińskim podczas solówki perkusisty – to trzeba było zobaczyć!) oraz Leszek Cichoński. Wspaniała akcja – trzech gitarzystów i jeden basista na scenie. Najlepsze było jednak to, że pod koniec ich występu przestało padać, co było naprawdę dobrym znakiem przed mającym zakończyć festiwal Jam Session (tym razem na scenie, a nie w pubie). Jam Session to popis Leszka Cichońskiego – człowieka, który o blues’ie wie wszystko. Zresztą jak gra się tourne z Tadeuszem Nalepą lub współpracuje z muzykami z Chicago … bo to każdy już chyba wie, czemu to taka znana postać. Występ gitarzysty był jedyny w swoim rodzaju i od siebie dodam, że nigdy go nie zapomnę.

Aha byłbym zapomniał! Pomiędzy występami artystów odbywały się konkursy, w których można było wygrać m.in. namioty i śpiwory ufundowane przez jednego ze sponsorów.

WARSZTATY GITAROWE – 25-26.08

W tych dniach w podziemiach Tarnowskiego Centrum Kultury miały miejsce warsztaty gitarowe prowadzone przez znanego na całym świecie polskiego gitarzystę blues’owego Leszka Cichońskiego (który przecież jedną z gwiazd ostatniego koncertu). Spotkania z muzykiem odbywały się w godzinach 15-19:30 (w piątek) oraz 11–15:30 (w sobotę). Koszt ‘obcowania’ z idolem i doskonalenia gry wynosił 30 złotych. Ja osobiście nie brałem udziału z jednego istotnego powodu – nie umiem grać na gitarze i nawet nie posiadam owego instrumentu. Jednak dla miłośników tego instrumentu była to zapewne nie lada frajda.

Z nutką nostalgii…

Tak już na sam koniec napisze, że takie pozytywne koncerty (sorry, festiwale!) powinny odbywać się częściej – przynajmniej raz w roku. Liczę na to, iż Pan Wojtek zachęcony tegorocznym – można powiedzieć sukcesem, zorganizuje coś podobnego w następne wakacje. Pomogło by to na pewno w muzycznej edukacji większości mieszkańców Tarnowa (bo jaka jest sytuacja to wole przemilczeć…), a i może służby porządkowe zabrały by się za ‘menelstwo’, które było jedynym niesmacznym elementem sierpniowych wydarzeń na tarnowskim Rynku.

Rapstrefa #3 (wrzesień 2006)

One Comment

  1. Dr House

    Jestem dumna, że 11.08.2006r. byłam w tej wybitnej garstce ludzi skakającej pod sceną :) Naprawdę było bosko, Maciek nie zawiódł, Wojtek czarował a chłopcy z Devil Bluesa nadali rozpęd wszystkiemu… Mimo, że to już prawie 4 lata, wciąż wspominam:)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.