Kilka zdań o koncercie Walk Away, który miał miejsce 10 października w tarnowskim Kinie Marzenie.
^ Walk Away na scenie Kina Marzenie (foto: MAK)
Tarnów potrzebuje jazzu i to takiego na najwyższym poziomie. Doskonale przekonaliśmy się o tym w piątkowy wieczór, kiedy salę Kina Marzenie wypełniły dźwięki tego muzycznego gatunku. Jazzowa jesień w Tarnowskim Centrum Kultury, a więc cykl koncertów, który corocznie był lekiem na spadającą życiową energię i chandrę towarzyszącą deszczowym tygodniom, tym razem ograniczono do… jednego wydarzenia. Gdybym chciał zażartować, zapewne napisałbym coś w stylu, że zimna w tym roku rozpocznie się dość szybko, ale tutaj naprawdę nie jest nikomu do śmiechu. To przykra sytuacja bez względu na to, gdzie przyjdzie nam zlokalizować źródło problemu.
Skupmy się jednak – chociaż na chwilę – na czymś pozytywnym.
Walk Away świętuje w 2025 roku swoje czterdziestolecie, a to wiąże się z tą przyjemną zarówno dla muzyków, jak i fanów częścią celebracji, czyli trasą koncertową. Kluby mniejsze i większe, miejsca mniej i bardziej kultowe, takie, do których wraca się z sentymentem, chęcią i często lub jeździ raz na jakiś czas, ale z wytęsknieniem. I do tego materiał niejako łatwy do przewidzenia, bo będący przekrojem całego dorobku, z nastawieniem na kompozycje sprzed lat, które w jakiś sposób automatycznie, po pierwszej nutce kojarzą się nam z zespołem (żeby wspomnieć tylko otwierające wczorajszy koncert „Leśne Małpice”, które stały się dla muzyków swoistą przepustką do wieloletniej kariery). Krzysztof Zawadzki (perkusja), Bernard Maseli (wibrafon), Adam Wendt (saksofon) i Tomasz Grabowy (gitara basowa) zrobili na scenie Marzenia to, co potrafią najlepiej – zaserwowali ponad godzinę doskonałej zabawy. Z granej muzyki bił pozytywny vibe, panowie balansowali na granicy stylistyk z wyczuciem godnym podziwu, mieszając tempa i rozbudowując kolejne kompozycje o partie solowe (bawiąc się przy tym doskonale, co w sumie godne podziwu, bowiem oznacza to, że po takim czasie ciągle są siebie ciekawi i lubią ze sobą przebywać). Funkowe fragmenty bujały głową, spokojniejsze melodie miło koiły, a jazz-rockowe utwory zdradzały, ile dobrego udało się wspólnie osiągnąć przez te cztery dekady od pierwszej próby w grudniu 1985 roku w katowickim akademiku.
Tutaj miał się pojawić akapit z kreatywnym porównaniem muzyków do czterech muszkieterów lub – jeszcze lepiej – wojowniczych żółwi ninja, takiej czteroosobowej ekipy, która radzi sobie w każdej sytuacji i zwycięża wiele pojedynków, ale przecież ci muzycy nie potrzebują takich zabiegów. Sami, na scenie, są niczym herosi żywcem wyjęci z komiksowego uniwersum (Maseli to Wolverine, wiadomo!), którzy zamiast peleryn dzierżą instrumenty i posiadają moce, dzięki którym z łatwością ratują świat, przenosząc publikę na kilkadziesiąt minut do innego, lepszego wymiaru.





Dodaj komentarz