W tym tygodniu kilka słów o płytach, do których pasuje określenie „niespodziewane”.
Miley Cyrus „Miley Cyrus & Her Dead Petz”
(2015; Smiley Miley Inc.)
Miley Cyrus zaprezentowała swoją nową płytę trochę „z partyzanta”. Materiał trafił do sieci (na ten moment nic nie wiadomo o wersji CD) i wywołał już sporo zamieszania. Niestety, nie z powodu jego dobrego poziomu. Piosenkarka, której ostatni album („Bangerz”, 2013) przyjąłem bardzo pozytywnie, tym razem mnie nie przekonała. Miley postawiła bowiem na to, co kulało już na poprzednim krążku – wolniejsze utwory, w których ujawniają się wokalne braki artystki. Na „Miley Cyrus & Her Dead Petz” (tytuł jest ponoć inspirowany utratą ulubionego psa) składają się dwadzieścia trzy numery – w większości z fakturami dźwięków gitar i mocno eterycznych instrumentów klawiszowych nałożonymi na przetworzony wokal Miley. Ostateczna forma tego miksu zupełnie nie porywa. Piosenki brzmią niczym niedokończone dema lub projekty, nad którymi zwyczajnie przestano pracować z powodu braku pomysłu na ich rozwinięcie lub ulepszenie. Z drugiej strony mamy do czynienia z materiałem przepełnionym myślami naznaczonymi depresją i utratą cennych dla autorki istot lub rzeczy. To rozpaczanie idzie jednak w złym kierunku – zamiast wywołać coś na wzór starogreckiego katharsis, sprawia, że słuchacz zaczyna rozpaczać nad sobą i faktem niepotrzebnego wciśnięcia przycisku play.

Lupe Fiasco „Pharaoh Height 2/30”
(2015; wydanie własne)
Dla jednych mixtape, dla innych epka, dla mnie niespodziewany prezent od chicagowskiego rapera w postaci sześciu utworów zarapowanych m.in. do muzyki autorstwa takich twórców jak J Dilla („Of”) i Flying Lotus („Pyramid”; w obu przypadkach są to tzw. kradzione bity). Fiasco mierzy się również z dźwiękową materią pochodzącą z zapowiedzi gry „Metal Gear Solid V: The Phantom Pain E3” (utwór otwierający, „In”). Jakby tego było mało, całość kończy „Schemes” – kawałek w swej formie przypominający historyjkę opowiadaną na dobranoc. Najlepiej prezentuje się numer „Kings”, będący swego rodzaju remiksem i rozważaniem nad „King of the Fall” The Weeknd. Lupe robi na epce/mixtape’ie (niepotrzebne skreślić) to, do czego nas przyzwyczaił. Składa ciekawe linijki, bawi się słowem i jego formą (tytuły utworów odczytać można jako jedno zdanie), nie zapominając przy tym o sensie rapowanych wersów.

Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir „1976: A Space Odyssey”
(2015; Lado ABC)
Dwie powyższe płyty otrzymały status niespodziewanych ze względu na takowe ukazanie się. „1976: A Space Odyssey” zyskuje go z powodu niespodziewanego odświeżenia zestawu piosenek z połowy lat 70., które nie spotkały się wówczas z należytym uznaniem u słuchaczy. Imienny album Zbigniewa Wodeckiego z 1976 roku odszedł w zapomnienie, ale liderzy krajowej sceny alternatywnej z zespołu Mitch & Mitch nie byliby sobą, gdyby nie sięgnęli właśnie po ten materiał. Zadałem sobie pytanie o to, co jest największym atutem tej płyty. Jest dobrze zagrana, skomponowana, zaaranżowana, wykonana, zaśpiewana, ale to nie to. Nie chcę być brutalny dla współczesnej muzyki, dlatego nie napiszę, że w większości przypadków jest przeciętna, mało pomysłowa lub po prostu kiepska (cholera, a jednak to napisałem). Stwierdzenie to wolę zastąpić zdaniem mówiącym, że polska muzyka powstała w okresie PRL-u jest zwyczajnie lepsza i co istotne – cały czas aktualna (zarówno brzmieniowo, jak i lirycznie). Właśnie w tym upatrywałbym największego atutu albumu. (MAK)






Dodaj komentarz