Dwóch reprezentantów kolektywu Odd Future w niewielkiej odległości czasowej zaprezentowało w tym roku swoje solowe płyty. Sprawdźmy, co przygotowali dla nas Tyler, The Creator oraz Earl Sweatshirt i czy warto zaprzątać sobie tym głowę.
Tyler, The Creator „Cherry Bomb”
(2015; Odd Future Records)
Pharell Williams wersja 2.0. OK, tylko co z tego jeśli jest to dobre? Tyler, The Creator nową płytą co prawda nieco zaprzecza swojej stwórczej ksywce, ale robi to przynajmniej na niezłym poziomie. Odtworzenie stylu (chociaż wolę termin: zbliżenie się do stylu) autora przeboju „Happy” na krążku „Cherry Bomb” sprawiło, że spora rzesza słuchaczy wylała na Amerykanina wiadro pomyj. Tylko czy słusznie? Niesłuchanie, bowiem krążek koniec końców okazuje się zgrabnym zestawem czternastu utworów, z których mniej więcej ponad polowa zachęca do ponownego przesłuchania (szczególnie warto zwrócić uwagę na „Deathcamp”, „Fucking Young/Perfect”, „Blow My Load” i numer tytułowy). Zaryzykuje stwierdzenie, że Tyler przechodzi tym materiałem na kolejny poziom, dokonując małej ewolucji w swoim dotychczasowym stylu.

Earl Sweatshirt „I Don’t Like Shit, I Don’t Go Outside: An Album by Earl Sweatshirt”
(2015; Tan Cressida)
To cholernie trudna płyta, kto wie – może nawet najbardziej niewygodna do słuchania ze wszystkich krążków, jakie ukażą się w 2015 roku. Earl Sweatshirt nie jawi się na tym albumie jako typ rapera, który porwałby mnie jako potencjalnego fana. Nic z tych rzeczy! To monotonne flow, które przypomina bardziej recytowanie na odpierdol się początkowych wersów „Pana Tadeusza” – bez zwracania uwagi na interpunkcję i rytm, byleby tylko zaliczyć na to dwa plus i mieć spokój. Strasznie brzmią też podkłady – ciężkie, oparte na rozciągniętych do granic możliwości loopach, graniczące z psychodeliczną wariacją a’la Madlib. O właśnie, Madlib! Gdyby materiał na „I Don’t Like Shit…” był chociaż w połowie tak dobry, jak najbardziej szalone projekty Otisa Jacksona lub MF Doom, byłbym w niebie – może nie siódmym, ale powiedzmy piątym. A tak 21-letni raper serwuje duszne, narkotyczne wizje świata, który nie jest moim, który nawet przez kilka minut nie intryguje mnie na tyle, aby w nim się zagłębić. Lubię muzykę, która zmusza do myślenia, ale w przypadku płyty Earla Sweatshirta w głowie mam tylko chaos i pragnienie odcięcia kabla łączącego głośnik z odtwarzaczem. Być może to początek nowej-starej mody na Lorda Quasa, a być może coś, na co jestem za głupi i jeszcze nieprzygotowany. Nie łapię twojej fazy Earl, sorry. Z drugiej strony nigdy nie byłem na Samoa, więc to może dlatego? (MAK)






Dodaj komentarz