Mariusz Bogdanowicz szczerze o hermetyzacji polskiego środowiska jazzowego, tym, że niektórzy twórcy mylnie definiują termin „jazz”, nowym projekcie płytowym oraz roli kontrabasisty w zespole. Zapraszam do lektury wywiadu.

Mariusz Bogdanowicz (foto: Beata Motuk)

Jest pan kontrabasistą, dlatego zapytam u źródła: czy muzyk grający na kontrabasie jest „zawodnikiem drugiej linii”?
Wizualnie może tak wyglądać, ponieważ basiści stoją zazwyczaj z tyłu i są mniej widoczni. Prawda jest jednak taka, że nisko brzmiące instrumenty rządzą w muzyce. Udowadniam to w moim doktoracie zatytułowanym „Wieloznaczeniowość i rola kontrabasu we współczesnym zespole jazzowym”. Niskie dźwięki są niezmiernie istotne. Są harmonicznym i rytmicznym fundamentem muzyki. To kontrabasowi właśnie powierzony jest w jazzie w idiomatyczny dla tej muzyki sposób grania – walking.

Czyli kontrabas to podstawa, a nie żadna druga linia?
Kontrabas na pewno nie jest instrumentem drugiej linii. Niski dźwięk określa podstawę harmoniczną. Od stabilności grania na kontrabasie lub gitarze basowej zależy, czy ten dom się chwieje czy stoi pewnie. Najniższe dźwięki partytury są niezmiernie istotne.

Jak zatem wytłumaczyć to, że chociażby podczas koncertów kontrabasiści są nieco pomijani?
Pozwolę sobie nie do końca się z tym zgodzić, choć dużo zależy od nagłośnienia i grania całego zespołu – szczególnie perkusisty. Jeśli perkusja gra bardzo ofensywne, jeśli muzyk chce zbyt dominować nad innymi członkami grupy, to kontrabasista musi ograniczyć się do realizacji podstawowych i bardzo uproszczonych elementów swojej „doniosłej” (śmiech) roli. Trzeba po prostu umieć współpracować. Gra w zespole jazzowym to sztuka interreakcji. Wszyscy współtworzymy to co składa się na rezultat końcowy. Nie ma już wyraźnego podziału na solistów i akompaniatorów. Wszystko zależy od wrażliwości, inwencji i indywidualności muzyków. A jak już nie ma innego wyjścia to można założyć swój zespół.

No właśnie, w 2013 roku wrócił pan z autorskim kwartetem i wydał płytę zatytułowaną „Syntonia”. Był to powrót po dziesięciu latach. Co było impulsem do tego, aby reaktywować zespół?
Około dziesięć lat temu zawiesiłem granie w kwartecie ponieważ byłem trochę wypalony, zmęczony. Cały czas powstawały jednak nowe utwory. Niegranie z moim zespołem nie równało się z brakiem aktywności na polu muzycznym. Organizowałem inne składy, koncertowałem jako sideman. Jakoś trzy lata temu poczułem, że najwyższy czas ponownie zrobić coś swojego. Faktycznym bodźcem był koncert w Brukseli, na którym pokazałem kolegom kilka nowych utworów. Kompozycje się spodobały. Koncert się udał. Pomyślałem sobie wtedy: „Próbujemy znowu, czas w okopy!” (śmiech).

Dekada to sporo czasu – szczególnie w muzyce, gdzie wszystko zmienia się bardzo szybko, a dzisiejsza gwiazda za rok czy dwa może być już zapomniana. Nie bał się pan, że pana nazwisko dla młodszych słuchaczy, którzy świadomie zaczęli interesować się jazzem w okresie tych dwunastu lat, jest niewiadomą, czymś nieznanym?
Tak, bałem się tego. Jestem zły na siebie, że tak długo nic nie robiłem Muszę przez to odbudowywać pozycję. Może nie osiągnę tego, co miałem, może coś bezpowrotnie straciłem. C’est la vie. Trzeba się z tym pogodzić i iść dalej.

Czy jest pan zadowolony z promocji płyty?
Chyba tak… Większość ruchów leżało po mojej stronie… Robiłem i robię w tej kwestii co mogę. Sam jestem wydawcą i producentem muzycznym płyty. Jak na takie chałupnictwo, to chyba wychodzi nieźle.

Skąd pomysł na wydanie płyty samodzielnie? Czy żadna wytwórnia nie była tym zainteresowana?
W przypadku „Syntonii” nawet nikogo nie pytałem. Podejrzewam, że nie byłoby tłumu chętnych. Uważam, że dziś muzycy jazzowi powinni sami wydawać własne albumy. Jeśli chodzi o jazz, są to niewielkie nakłady. Tak zwani „wielcy” wydawcy nie są zainteresowani tego typu muzyką z prostej przyczyny – nie zarabia. Jedną z tragedii współczesnego świata jest to, że wszystko, nie tylko w muzyce, nastawione jest na generowanie zysku.

Jednak giganci fonograficzni posiadają w swoich katalogach tytuły jazzowe.
Duże firmy fonograficzne wydają od czasu do czasu taką muzykę, aby mieć trochę ambitniejszych pozycji, rzec by można pro forma… Jednak za tym niewiele idzie… Później często dzieje się tak, że muzycy wykupują cały nakład. Sprzedają to na koncertach. Poza tym płyta to dziś narzędzie promocji.

Jak wpłynąć na zwiększenie popularności jazzu w Polsce?
Dzisiaj my, jazzmani, możemy trafić do naprawdę dużej liczby odbiorców dzięki mediom internetowym. Jest tego przecież ogrom. Wiadomo, poza już niemal archaicznymi stronami www, są jazzowe portale informacyjne, prasowe, wręcz regularne gazety. Jest YouTube, no i Facebook. Jeżeli ktoś w zainteresowaniach zaznaczył gatunek „jazz”, a my damy na Facebooku reklamę, to może ją zobaczyć kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Tylko ile osób w Polsce „kliknęło” ten „jazz”? Trochę generalizuję, ponieważ wiadomo, że nie wszyscy korzystają z Facebooka, ale częściowo można się na takich statystykach opierać. Chciałbym, żeby jazz wrócił do czasów z lat 50. i 60. ubiegłego wieku, kiedy na rynku fonograficznym zajmował trzydzieści procent. Marzenia ściętej głowy Nie jest lekko, ale jazzmani nie poddają się. Gramy dalej. Show must go on! Karawana idzie dalej.

Płytą „Syntonia” wpisuje się pan w swego rodzaju nurt powrotów, który w ostatnich latach reprezentuje również Andrzej Jagodziński, który w 2013 roku przypomniał o sobie solowym albumem „Koncert fortepianowy g-moll”. Pianista pojawia się na pana płycie jako gość, ale jest to znaczący udział w aż pięciu utworach. Można nawet rzecz, że jest w pewnym sensie dodatkowym członkiem kwartetu.
Znamy się od lat, przyjaźnimy się i wielokrotnie współpracowaliśmy przy różnych projektach. Andrzej gra na mojej płycie w trzech utworach na akordeonie i w dwóch na fortepianie. W pozostałych pianistą jest Miłosz Wośko. Miłosz jest uczniem „Jagody”, więc wszystko zostaje w rodzinie. Chciałbym tu jeszcze powiedzieć o innych gościach „Syntonii”. Lubię współpracować z ludźmi, z którymi dobrze się czuję nie tylko na scenie. Może nie będę tu wyjaśniał znaczenia tytułu mojej płyty. Zostawmy takie niedomówienie do sprawdzenia w indywidualnym zakresie. Dodam, że jestem zdeklarowanym syntonikiem, czasem mi to przeszkadza i nawet szkodzi… Taka dygresja. Na płycie gra jeszcze Marcin Olak i Piotr Schmidt. Marcin to wszechstronny gitarzysta, niekoniecznie stricte jazzowy. Podobają mi się jego klasyczne „dygresje”. No i wspaniały trębacz Piotr Schmidt. Wszyscy go znają. Jest jednym z najaktywniejszych muzyków na naszej scenie. Nadmienię tylko, że Piotr jest synem mojego ukochanego dziekana Andrzeja Schmida, tak, tego od „Historii jazzu”. Gdy studiowałem na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej AM w Katowicach, to on właśnie był dziekanem. Wiele mu zawdzięczam. Znowu jak rodzina… Nie mogę nie wymienić moich wspaniałych przyjaciół grających ze mną na stałe. Od lat we wszystkich moich składach na saksofonie tenorowym i sopranowym gra Adam Wendt i na perkusji Sebastian Frankiewicz. I ostatnio coraz częściej gra na fortepianie Paweł Tomaszewski – absolutny fenomen.

„Syntonia” to płyta niemal w całości instrumentalna. Pojawia się na niej jeden utwór piosenkowy „Nie zapominaj mnie”. Co ciekawe, kompozycja ta jako „Forgetmenot” jest już znana z dwóch wcześniejszych pana płyt.
To, że utwór ten znajduje się na moich trzech płytach, zawdzięczam przyjaciołom muzykom, którzy wmawiają mi, że to świetny kawałek (śmiech). Na pierwszej płycie, „Back to the Bass”, utwór pojawia się bez sekcji rytmicznej. Później zaczęliśmy grać ten temat na koncertach i jego wyraz się zmienił, został włączony na drugą płytę kwartetu – „Confiteor Song”. Pojawia się też na albumie „Do widzenia, do jutra…” Mariusza Mielczarka. Już wiele lat temu Andrzej Poniedzielski napisał piękny wiersz do tego utworu. Dziękuję mu za to, pozdrawiam go serdecznie i proszę, żeby ukończył dwa kolejne, które dałem mu parę miesięcy temu (śmiech).

Czy podstawą do nowych piosenek będą może któreś z kompozycji z „Syntonii”?
To „Emigranci”.

Jak doszło do tego, że „Nie zapominaj mnie” śpiewa Kuba Badach?
To długa historia. Zaśpiewanie tego utworu proponowałem kilku osobom… Liczyłem naiwnie, że komuś się to spodoba do tego stopnia, że weźmie utwór na swoją płytę. Tak się jednak niestety nie stało. Dotarło do mnie, że muszę nagrać to sam. Kuba to wspaniały wokalista, obdarzony niespotykaną wrażliwością i nieskrępowaną swobodą interpretacyjną. Cieszę się, że ostatecznie to on śpiewa tę piosenkę. Teraz, niedawno, wziął ją do repertuaru świetny Wojtek Myrczek – wschodząca gwiazda naszej wokalistyki, także nie jest źle…

Mariusz Bogdanowicz (foto: Beata Motuk)

Skoro mówi pan, że powstaje tekst do kolejnego utworu, do „Emigrantów”, to czy oznacza to, że trwają prace nad nowym albumem?
W tej chwili rozpocząłem prace nad płytą z moimi piosenkami. Będzie to album monograficzny zawierający piosenki niemal z całego mojego życia (śmiech), taka praca przekrojowa, mam nadzieję, że nie na koniec kariery. (śmiech) Tekst do utworu „U & U” napisał Wojciech Młynarski. Udało mi się zaskarbić jego łaski. „U & U” to swingowy utwór i pomyślałem sobie: „Kto ma to zrobić, jak nie Wojtek?”. I zrobił. W swoim wielkim stylu.

Skoro album zawierał będzie piosenki, to muszę zapytać o to, kto będzie je śpiewał?
Od prawie dziesięciu lat wykładam na Wydziale Artystycznym Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Najlepiej szukać blisko. Zaprosiłem młode, wspaniałe i utalentowane wokalistki: Anię Michałowską (ona już u nas wykłada) oraz studentki: Kasię Maziarczyk, Paulinę Mazepę, Natalię Nejman i Kingę Ziółko. Pewnie za chwilę padnie pytanie, dlaczego one, a nie ktoś bardziej znany. One, czego im bardzo życzę, za chwilę też będą znane. Może dzięki tej płycie… (śmiech) Poza tym to bardzo fajna artystyczna przygoda. Bawimy się. Możemy poeksperymentować. One jeszcze nie wpadały w rutynę i w „bycie gwiazdami”… Zostawię to bez komentarza… Płyta będzie się nazywała „Przy Tobie”.

A kto zagra na płycie?
Ostateczny skład nie jest jeszcze ustalony. Na pewno mój ulubiony Sebastian Frankiewicz, do tego świetny pianista z Lublina – Michał Iwanek. „Beno” Went na saksofonach, Schmidt na trąbce. Chciałbym bardzo, żeby choć jeden utwór zagrał Paweł Tomaszewski – może się uda. Tytułowe „Przy Tobie” to będzie duet wokal – Kasia Maziarczyk i fortepian – Wiesiek Pieregorólka, mój przyjaciel jeszcze od czasów studiów. Aha, tak jeszcze żeby była jasność. To nie będzie płyta jazzowa. Nie bardzo wiem jak określić jej stylistykę. Może tak – pop grany przez jazzmanów. Jest trochę takich przedsięwzięć, mnie się podobają. Może i ta nawiąże do tej tradycji.

Czyje teksty zostaną zaśpiewane?
Wspomnianych już – Wojtka Młynarskiego i Andrzeja Poniedzielskiego oraz Jana Wołka, Justyny Holm, Marii Przybysz Wojtka Ziembickiego i Marka Gaszyńskiego. Mam nadzieję, że Andrzej jeszcze zdąży napisać te dwa nowe.

Wykłada pan na uczelni wyższej. Czuje pan potrzebę edukacji muzycznej młodszego pokolenia?
Kiedy byłem młody nie myślałem o tym. Początkowo nauczanie traktowałem jak eksperyment. Zastanawiałem się czy dam radę, czy się sprawdzę. Z czasem zacząłem się wkręcać i dojrzałem do pedagogiki. Jeżeli ma się coś do powiedzenia w muzyce, wymyśla się utwory i sposób jak je zagrać, to dlaczego nie miałbym przekazać tego młodszym pasjonatom? Uczenie muzyki jazzowej jest bardzo spersonalizowane. Dzięki temu można przekazać wiele od siebie. Wiadomo, że istnieją kanony, na które trzeba zwrócić uwagę, wręcz zacząć od nich, ale podczas zajęć można zawrzeć wiele indywidualnych rzeczy. Na początku rozmawiamy o standardach, o walkingu, o harmonii. Dopiero kiedy pozna się abecadło, można pójść o krok dalej i pofantazjować.

Sugeruje pan, że młodzi muzycy nie znają podstaw jazzu?
To trochę nie tak. Ci, którzy się uczą już sporo wiedzą i chcą tę wiedzę zgłębiać. Nie tyczy się to edukacji. Natomiast jest sporo hochsztaplerki w muzyce i używania hasła „jazz” w stosunku do tego, co tym jazzem nie jest. Dobrze, jak ktoś inspiruje się tą muzyką, ale niech już nie nazywa od razu jazzem tego, co gra. To jest już nadużycie. Ale działa, bo jazz ma ambitny wizerunek…

Być może trzeba ich edukować ze sceny? Nie ma pan ochoty stać się edukatorem podczas koncertów?
Nie, nie, to na pewno nie…. Nie jesteśmy nieomylni, pozbawieni ludzkich ułomności. Kiedy przychodzi do grania nie jesteśmy profesorami jazzu. To nigdy! Jesteśmy zwykłymi muzykami…

… którzy podlegają ocenie ze strony publiczności.
Zgadza się! Ponadto często grywamy ze swoimi byłymi lub obecnym studentami. W tym momencie to są nasi koledzy i relacje są zupełnie inne niż na uczelni.

Nie jest pan jednak tylko muzykiem, ale udziela się również w mediach muzycznych. Mam na myśli felietony w piśmie „Top Guitar”.
To jest strasznie miła sprawa. Te felietony nie są pisane dla pisma jazzowego i nie zawsze są o jazzie.

Dlaczego wybór padł na pismo „Top Guitar”, a nie periodyk o tematyce jazzowej?
Ja trochę nie lubię tego jazzowego getta. To środowisko na własną prośbę się hermetyzuje, niektórzy nieco się wywyższają… Można by tu „popłynąć” w temat komunikatywności współczesnej muzyki jazzowej, ale to może przy innej okazji. Wracając do felietonów, pisanie ich jest dla mnie wyzwaniem. Wiadomo, że jazz dość często się przewija, ale jest nie tylko o nim. Wylewam swoje żale, czasem się trochę wygłupiam, czasem grzmię i wieszczę. Świetna zabawa! Od naczelnego wiem, że teksty te są chętnie czytane, dodatkowo poszerzają target czytelników. Warto też przypomnieć, że prze lata prowadziłem audycję radiową „Jazz Travels”. Teraz zawiesiłem tę działalność, ale na pewno do tego wrócę (pod inną nazwą…). W tym wszystkim jest jeden problem.

Jaki?
Czas. Ja przede wszystkim jestem kontrabasistą. Gram w swoich zespołach współpracuję z Włodzimierzem Nahornym. Piszę kolejne utwory, pracuję nad nowymi „wynalazkami”, które zmienią bieg współczesnej sztuki… (śmiech) Do tego jestem wykładowcą, piszę felietony i w pewnym momencie zwyczajnie zaczyna mi tego czasu brakować. A poza tym jestem leniem. Lubię sobie poleżeć i poczytać książkę albo pooglądać filmy.

Tyle zajęć, czy zostaje jeszcze czas na marzenia? Co chciałby osiągnąć jeszcze w muzyce Mariusz Bogdanowicz?
Bardzo dużo! Chciałbym jak najlepiej grać na kontrabasie, aczkolwiek zauważam, że ręce nie są już tak sprawne jak kiedyś. Chciałbym nagrać jeszcze kilka płyt i prezentować tę muzykę na koncertach. Chciałbym, żeby moja twórczość dotarła do największej liczby słuchaczy. Wierzę, że przy dobrej organizacji nawet czas da się trochę poskromić i cele te zrealizować. Czego sobie i wszystkim syntonikom życzę. (śmiech)

* * * * *

Mariusz Bogdanowicz – urodzony w Gdańsku polski muzyk jazzowy, kontrabasista, kompozytor, wydawca, producent muzyczny, felietonista, pedagog. Autor trzech solowych płyt. Współtworzy słynny Heavy Metal Sextet, lider imiennego kwartetu. Współpracował (lub współpracuje) z takimi wykonawcami, jak m.in. Włodzimierz Nahorny, Sławomir Kulpowicz, Wojciech Karolak, Andrzej Kurylewicz, Edyta Geppert, Urszula Dudziak, Jacek Kaczmarski, Wojciech Gogolewski, Katarzyna Groniec i Wiesław Pieregorólka.

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Autor

moje życie w obrazkach

ostatnio popularne