Tematem przewodnim dzisiejszej odsłony cyklu Krótka piłka jest Kalifornia. Wszyscy wykonawcy, jakich płyty oceniam w poniższym tekście, wywodzą się bowiem z tego amerykańskiego stanu.

Colleen Green „I Want To Grow Up”
(2015; Hardly Art)
Nie będę ukrywał, że sięgnąłem po tę płytę z dwóch powodów: 1) Kalifornia, 2) okładka. Colleen Green do tej pory nie była mi znana. „I Want To Grow Up” nie jest jednak debiutanckim krążkiem urodzonej w Los Angeles wokalistki. Wydany w lutym tego roku album, to już trzecia pozycja w dyskografii Amerykanki. Nie wiem jak nowy materiał wypada na tle poprzednich płyt (nadrobię, obiecuję), ale osób takich, jak ja – to znaczy stykających się dopiero z tą twórczością – nie zachęca do sięgnięcia po wcześniejsze nagrania. Być może to taka gra z odbiorcą, której pierwszym elementem jest sam tytuł („I Want To Grow Up”)? Być może Colleen Green faktycznie chce dorosnąć, o czym może świadczyć kilka zaprezentowanych piosenek, ale czy oddaje się temu w stu procentach? Czy ta post-punkowa stylistyka zmiksowana z indie popowymi melodiami nie odwołuje się do korzeni, od których trudno się odciąć? A te romantyczne kawałki (np. „Deeper Than Love” i „Wild One”) – czy nie są dziecinnie naiwne? Z dorastaniem ta płyta styka się tylko w jednym punkcie – za pracę w nią włożoną będą pieniądze, ponieważ nie wierzę, żeby taki krążek nie miał wzięcia. „I Want To Grow Up” to bowiem materiał za bardzo popowy dla fanów alternatywy, ale jednocześnie zbyt alternatywny dla typowego komercyjnego radia, a takie dziwa sprzedają się, jak wiadomo, całkiem dobrze.

Jessica Pratt „On Your Own Love Again”
(2015; Drag City)
Imienny debiut Pratt sprzed trzech lat przeszedł nieco niezauważony (mam na myśli szersze grono odbiorców, bowiem fani folkowych brzmień zapewne zetknęli się z tym tytułem), jednak pozwolił autorce na tyle ugruntować swoją pozycję, że dzisiaj bez zbędnych ogródek nazwać można ją jedną z ciekawszych postaci Kalifornijskiej sceny. Twórczość wokalistki i gitarzystki klimatem nawiązuje do lat 60. Oszczędna i powściągliwa w akordach, mocna w słowie – tak pokrótce scharakteryzowałbym tę płytę. Nieco romantyczna (także naiwnie), nieco zabawna (ten głosik), ale w pełni skupiona na swoich piosenkach, które prezentowane są niemal w całości w składzie jednoosobowym. Jej nieśmiałość i momentami granicząca z niedbałością gra zamiast odrzucać, a jakże, przyciąga. Urokliwa płyta, która w tę dżdżystą wiosenną aurę doskonale sprawdza się wieczorową porą.

California Breed „California Breed”
(2014; Frontiers Records)
Na koniec kilka słów powstałych trochę na fali sentymentalnego uniesienia. W ubiegłym roku do sprzedaży trafił debiutancki album zespołu California Breed. Płyta, która ukazała się nakładem włoskiego labelu Frontiers Records, okazała się niestety ostatnim muzycznym akcentem w krótkiej historii grupy z Miasta Aniołów. Formacja powstała na fundamentach innej nieistniejącej już grupy, Black Country Communion, i chyba przejęła po niej fatum krótkowieczności. Naturalną rzeczą jest porównywanie twórczości obu ekip, a nawet rozpatrywanie „California Breed” jako kontynuacji nagrań sygnowanych nazwą BCC. Spróbujmy jednak skupić się na tym, co słyszymy, a do czynienia mamy z dobrą, chwytliwą muzykę z pogranicza hard rocka i blues rocka z wieloma udanymi partiami solowymi oraz riffami, które z pewnością poderwą z miejsca niejednego fana gitarowego grania. Płyta to zbiór dwunastu piosenek (w wersji podstawowej; trzynastu w wersji deluxe) o różnej stylistyce. Muzycy na srebrnym krążku znaleźli miejsce zarówno dla typowych stadionowych hitów („The Way”), rockowych ballad („All Falls Down”), jak i mocno radiowych kawałków („Midnight Oil”). Po trochę wszystkiego, ale na dość dobrym poziomie. Jednak czemu się dziwić – to w końcu Kalifornia. (MAK)

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Autor

moje życie w obrazkach

ostatnio popularne