Ostatnia część grudniowego nadrabiania zaległości. Dzisiaj oprócz krótkich notek na temat płyt pojawiają się również dwa teksty dotyczące książek związanych oczywiście z muzyką. Zapraszam.
Royal Blood „Royal Blood”
(2014; Warner)
Moi faworyci do nagrody BBC Sound of 2014 udowadniają, że ulokowane w nich nadzieje nie były chwilowym zauroczeniem opartym na podstawie poznania dwóch piosenek. Owszem, angielski duet nie wnosi do muzyki niczego nowego. Riffy, przejścia, patenty na kawałki – jeśli sympatyzujecie z rockiem od dawna, to wszystko już znacie i pewnie pod tym względem materiał zawarty na „Royal Blood” was nie zaskoczy. Mike Kerr i Ben Thatcher grają jednak z taką pasją i zaangażowaniem, że brak innowacyjności można im wybaczyć. Każda z dziesięciu piosenek zawartych na krążku przyciąga swoją prostotą i brakiem niepotrzebnego budowania kolejnych dźwięków. Oczywiście można kręcić nosem, że gdyby nagrać te same numery w szerszym instrumentarium, to efekt byłby głębszy, ale właściwie po co to robić skoro „Royal Blood” w takiej formie niemal z dnia na dzień zyskuje nowych fanów?

WOW „WOW”
(2014; Bajkonur Records)
Projekt WOW to eksperyment i tak też należy go traktować. To również wypadkowa pastiszu na rapowe płyty i żartu wycelowanego w rymujące środowisko. To w końcu hipsterska jazda bez hamulców nieprzeznaczona dla większości odbiorców. Materiał zawarty na „WOW” postawiłbym na jednej półce z krążkami autorstwa zespołu Nivea, Małych Miast i muzycznego wcielenia Doroty Masłowskiej… gdybym tylko takowe w swojej kolekcji posiadał. To, co prezentują wymienieni w zdaniu wcześniejszym wykonawcy, nie jest moją muzyczną bajką. To samo dotyczy kasety (nie płyty!) trójmiejskiego WOW. To muzyka prosta, nagrana przy użyciu czterośladowego magnetofonu, jaki pewnie w latach 90. dostępny był w większości polskich domów, zrobiona spontanicznie w chwili potrzeby twórczej. Problem jednak w tym, że – przynajmniej ja – posiadam wpojone nieco inne wzorce, którymi kieruję się przy doborze muzyki z szeroko pojmowanego rapu. Alternatywne spojrzenie na scenę również jest potrzebne, ale trzeba przy tym zaciekawić potencjalnego odbiorcę. Zatem panowie, wróćcie proszę do swoich projektów z zespołami G.A.R.S. i Czechoslovakia, a hip-hopy zostawcie innym.

Kiev Office „Statek matka”
(2014; Nasiono Records)
Album „Statek matka” ma dwa plusy: 1) jest zbiorem premierowych utworów, a za tymi fani Kiev Office mogli już nieco zatęsknić, 2) został nagrany na tzw. setkę, co tylko dodaje smaczku. Płyta w kwestii muzycznej dość jednostajna, ale nie jest to wadą przy jej odbiorze. Setkowość materiału wpłynęła na fakt, że całość brzmi bardziej jak zapis próby, ewentualnie przymiarka do koncertu, niż typowa płyta poddana procesowi miksu i masteringu. Nie odbieram tego inaczej jak doskonałej zachęty do przyjścia do klubu, w którym Kiev Office akurat będzie występować. „Statek matka” to również materiał charakteryzujący się punkowym pazurem, którego można było się spodziewać po trójmiejskim zespole, ale jednocześnie nieuciekający od melodyjności. Niezwykle naturalna muzyka, która z łatwością trafi do waszych uszu. To znaczy mam nadzieję, że trafi.

Emiter „Field Notes #4: Pejzaż dźwiękowy Pomorza”
(2014; Sojuz Emiter Records)
„Field recording właściwie niewiele różni się od fotografii” pisał Tomek Mirt w pierwszym numerze periodyku „M/I”. Przyznam szczerze, że fotografia, jak i field recording, to zagadnienia mi obce. Dlaczego zatem sięgnąłem po płytę sygnowaną pseudonimem Marcina Dymitera? Powody są dwa: po pierwsze, w posiadanie krążka wszedłem trochę przypadkowo, a skoro już go mam, to posłucham, pomyślałem; po drugie, tematyka dźwięków związanych z polskim Pomorzem wydała mi się po prostu interesująca (tak, jestem z tej grupy ludzi, którzy uznają wyższość morza nad górami). I co? Okazało się, że dźwięki Pomorza, jakie zarejestrował mój aparat słuchowy podczas sporej ilości wakacyjnych wyjazdów, są zgoła odmienne od tych, które prezentuje na płycie Emiter. Seria dwudziestu próbek (terminy „piosenka” lub „utwór” niespecjalnie pasują, prawda?) to z pewnością chęć przybliżenia słuchaczowi natury tamtych rejonów, świata naznaczonego ingerencją człowieka w mniejszym stopniu niż znane nam z lipcowo-sierpniowych wojaży plaże, wydmy i jeziora tworzące się często przy ujściach rzek do Bałtyku. Materiał z tych relaksacyjnych i odprężających. Wada? Za mało pisku mew, które wręcz uwielbiam. Nie podejmuję się wystawienia noty tej płycie z powodu, jaki podałem na samym początku tego krótkiego tekstu (brak znajomości tematu). Poza tym, umówmy się, nie jest to muzyka, więc co mam tutaj poddać ocenie – naturę? Nie śmiałbym!
brak oceny
Hannah Rothschild „Baronowa Jazzu”, tłum. Dobromiła Jankowska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014
Pannonica „Nica” Rothschild nie była jazzową wokalistką, ani muzykiem. Mimo tego w artystycznym świecie Nowego Jorku zyskała pozycję równą największym mistrzom, takim jak Charlie Parker (który zmarł zresztą w wynajętym przez nią pokoju hotelowym), Thelonious Monk czy Miles Davis. Jej historię od ponad dwudziestu lat zgłębia Hannah Rothschild, dla której Nica była cioteczną babką. „Baronowa Jazzu” – książka, której polskie tłumaczenie ukazało się dwa lata po światowej premierze – to powieść o życiu kobiety, która do końca swoich dni mogła żyć w bezpiecznym świecie, pod kloszem stworzonym dzięki rodzinnej fortunie Rothschildów (jednej z najbardziej zamożnych żydowskich familii w dziejach Europy). Wolała jednak salony zamienić na zadymione jazzowe kluby, znajomość z Winstonem Churchillem na przyjaźń z czarnoskórymi muzykami, a angielskie pałace na domek w New Jersey z niezliczoną ilością kotów. Nica portretowana jest w książce jako kobieta niezłomna. Przetrwać udało się jej nawet drugą wojnę światową, która jak wiadomo była naznaczona pogromem ludności wyznania judaistycznego. Przeżyła dzięki wrodzonemu brakowi zgody na schematy i częstemu działaniu na krawędzi. Podjęcie w tamtym czasie dwóch ryzykownych, ale jak się później okazało trafnych decyzji (wywiezienie dzieci do Ameryki i dołączenie do męża Julesa, który stacjonował razem z oddziałem w Afryce), ocaliło życie jej, ale także jej bliskich. Wojna, która dzięki odwadze zakończyła się dla Niki w randze porucznika, pokazała kobiecie, że pomimo arystokratycznych korzeni i ciągłej izolacji od realnego świata w sytuacji kryzysowej potrafiła radzić sobie samodzielnie. „Baronowa Jazzu” to także opowieść o relacji Pannoniki z Theloniousem Monkiem, pod wpływem którego dziedziczka postanowiła odejść od męża. Zrobiła to pod koniec lat 40. nigdy wcześniej nie widząc pianisty na oczy (ot, jedna z wielu szalonych decyzji Baronowej). Wracając z USA do Meksyku, w którym wówczas mieszkała, usłyszała „’Roind Midnight” i spóźniła się na samolot. Spóźniła się na wszystkie samoloty powrotne! Na żywo swojego idola spotkała dopiero kilka lat później podczas koncertu w Paryżu. Od tamtego czasu związana była z nim przez prawie trzy dekady (sam Monk mieszkał u niej tylko przez ostatnie lata swojego życia, na tzw. muzycznej emeryturze, wcześniej będąc wiernym żonie i dzieciom). Z kart książki wyłania się obraz relacji opartej na uwielbieniu, ale nie cielesności. Narracja autorki nie wyjaśnia do końca, czy Monk i Nica mieli ze sobą romans, czy też Angielka była tylko „bogatą dyletantką i groupie (…) kimś, kto miał środki, by być tam, gdzie trzeba i robić to, co chciał robić” (jak wspomina ją poeta i krytyk muzyczny Amiri Baraka). „Baronowa Jazzu” to świetna książka dla fanów gatunku, ale i osób lubiących ciekawe historie. A te, jak wiadomo, najlepiej pisze samo życie.

Urszula Sipińska „Hodowcy lalek”, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2005
Świetna artystyczna autobiografia Urszuli Sipińskiej napisana z humorem, ironią, ale bez owijania w bawełnę i upraszczania. Książka punktująca absurdy PRL-u, ukazująca ówczesne zwyczaje panujące w sferach odpowiedzialnych za kulturę i sztukę oraz negatywnie wypowiadająca się o monopolu Polskich Nagrań. Pełna anegdot i historii (dzisiaj śmieszących, w tamtych latach stanowiących nieodłączny element szarej codzienności). Ciekawa opowieść o życiu osobistym i scenicznym Sipińskiej, której talent dostrzeżony został przez wytwórnię RCA, ale z powodu tzw. żelaznej kurtyny nie mógł być rozwijany na Zachodzie Europy i w Stanach Zjednoczonych. „Hodowcy lalek” to również kreślony przez autorkę portret kobiety silnej psychicznie, trwałej w postanowieniach i obdarzonej zdrowym podejściem do życia. Bez względu na to czy pamiętacie przebój „Zapomniałam”, czy też postać jasnowłosej śpiewającego go dziewczyny jest dla was obca – po tę książkę powinniście sięgnąć. Pozycja z tych, których lektura nie zajmuje dużo czasu nie tylko ze względu na sporą liczbę archiwalnych fotografii.

Zachęcam również do sprawdzenia poprzednich odsłon grudniowego nadrabiania zaległości: pierwszej, drugiej, trzeciej i czwartej. (MAK)





Dodaj komentarz