Kolejną odsłonę cyklu Krótka piłka dzielę pomiędzy dwie nowości fonograficzne oraz książkę sprzed dwóch lat. Zapraszam do lektury.

Curly Heads „Ruby Dress Skinny Dog”
(2014; Sony)
Dawid Podsiadło po przypieczętowaniu sukcesu w programie „X Factor” wydaniem debiutanckiej płyty, która pokryła się trzykrotną platyną, postanowił otworzyć furtkę do muzycznego show biznesu kolegom z zespołu. Kapela, której nazwa przewijała się w wywiadach z wokalistą i artykułach na temat Podsiadły, doczekała się swoich pięciu minut. Cieszy fakt, że to, co znajdziemy na płycie „Ruby Dress Skinny Dog” nie jest kopią solowych poczynań Dawida. Materiał Curly Heads jawi się jako muzyka bardziej gitarowa i bardziej rockowa od tego, co znane jest nam z krążka „Comfort and Happiness”. Podsiadło udowadnia, że nie jest przeciętnym wokalistą, który potrafi tylko piać i śpiewać lekkie popowe pioseneczki. Z pazurem, energią, wręcz zwierzęcym zacięciem – taki jest ten materiał. Album, jakiego być może nie spodziewaliśmy się po laureacie TVN-owskiego talent show, ale to przecież nic złego. Pozytywne zaskoczenie zawsze w cenie. Plus dla Podsiadły również za to, że w momencie bycia na szczycie nie zapomina o ludziach, z którymi wcześniej dzielił muzyczne pasje. Kamil Bednarek w tej kwestii może się od Dawida sporo nauczyć.

Flying Lotus „You’re Dead!”
(2014; Warp)
Flying Lotus zaprezentował właśnie swój piąty solowy album (szósty jeśli liczyć mixtape z 2012 roku nagrany jako Captain Murphy). Producent nie zwalnia, aczkolwiek po małym obniżeniu lotów w przypadku „Until the Quiet Comes” wraca niczym F16 na wysoki pułap, do którego przyzwyczaił nas albumem „Cosmogramma”. W czym „You’re Dead!” jest lepszy od poprzedniczki? Przede wszystkim sporymi inspiracjami jazzem. Stylistka ta była już obecna na wcześniejszych płytach Amerykanina, nigdy jednak w aż tak dużym stopniu nie miała wpływu na całkowity wygląd materiału. Płyta sporo zawdzięcza nie tylko selekcji dokonanej przez gospodarza, ale gościom z jazzowych kręgów na czele z mistrzem fortepianu Herbie Hancockiem, współpracującym m.in. z Chaką Khan i Lauryn Hill saksofonistą Kamasi Washingtonem oraz gitarzystą Jeffem Lynnem (członek Electric Light Orchestra mający na koncie współpracę m.in. z Georgem Harrisonem, Royem Orbisonem i Bobem Dylanem). Te nazwiska mówią same za siebie. Jeśli dodamy do tego kreatywność Lotusa i jego muzyczną wizję, efektem nie może być płyta przeciętna. Na „You’re Dead!” pojawiają się również akcenty hip-hopowe („Never Catch Me” z gościnnym udziałem Kendricka Lamara i „Dead Man’s Tetris” ze Snoop Doggiem), jednak nie są one aż tak wciągające jak te nawiązujące do jazzu. Ellison próbuje również zmierzyć się ze stylistyką r&b („Coronus the Terminator”), ale na próbach w zasadzie się kończy. Te małe wpadki nie przynoszą wielkiej ujmy i cała płyta (płyta roku?) nie traci dużo na swej mocy.

Christopher Andersen „Mick. Szalone życie i geniusz Jaggera”, tłum. Przemysław Bieliński, wyd. Insignis, Kraków 2012
Czytałem i polecałem kiedyś „Życie” Keitha Richardsa – książkę w mojej opinii nie tyle o samym gitarzyście, ale całych Stonesach. Z książką Christophera Andersena jest nieco inaczej. Pochłaniając kolejne strony biografii Jaggera doszedłem do wniosku, że 90% jej zawartości to narkotyki i miłosne podboje wokalisty. W pewnym momencie zacząłem się nawet zastanawiać kiedy Mick i jego naćpani koledzy mieli czas nagrywać kolejne płyty? Po przeczytaniu tych czterystu stron śmiem twierdzić, że w pewnym okresie życia Jaggera, muzyka była tylko dodatkiem do ćpania i zaciągania do łóżka każdego, kto wydał mu się atrakcyjny bez względu na płeć i wiek (fragment o związku Micka z Davidem Bowiem daje do myślenia; gdzieś w końcówce lat 70. przez łóżko wokalisty przewija się nawet Madonna). Od strony warsztatu literackiego do książki nie można mieć większych zastrzeżeń. Czyta się szybko, chociaż po pewnym czasie cała historia zaczyna robić się nieco monotonna. Wszystko przez raz po raz powtarzający się schemat „Mick idzie do łóżka z panią ABC, ale na drugi dzień na imprezie poznaje XYZ i do trójkąta zaprasza jeszcze znanego gwiazdora dużego ekranu lub rockowej sceny”. Na szczęście młodość nie trwa wiecznie, a Jagger im starszym tym spokojniejszy, a nawet dojrzalszy emocjonalnie. Tę drugą stronę artysty poznajemy m.in. w momencie, kiedy w wyniku zamachu terrorystycznego w Nowym Jorku runęły wierze WTC, a przerażony Mick próbuje skontaktować się z córką, która mieszkała w owym czasie niedaleko strefy Ground Zero. W końcu nawet Szatan ma ludzkie odruchy. (MAK)

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Autor

moje życie w obrazkach

ostatnio popularne