W 236. odsłonie cyklu Krótka piłka prezentuję kilka zdań na temat tegorocznych płyt Enema („Domino”) i Jennifer Lopez („A.K.A.”).

Emen „Domino”
(2014; UrbanRec)
O płycie „Domino” głośno było głównie przez historię z muzyką użytą w utworze „Boeing” (ja opowiadam się za tym, że całość została po prostu przeklejona, o samplingu mowy być nie może). Wskutek skargi i roszczeń autorskich cały nakład krążka został wycofany z legalnej dystrybucji, a sam album przeszedł bez większego echa. A to niesprawiedliwe, bo chociaż w kwestii „Boeinga” Emena nie popieram, to za pozostałe trzynaście numerów autora z chęcią pochwalę. Nie jest to może moja wymarzona rapowa płyta, ale znajduję na niej plusy, obok których przejść obojętnie nie można. Pachnący Kalifornią „Jakby coś cię ugryzło” z gościnnym udziałem Kuby Knapa, podane w formie skitu „Ultimatum” (kilka życiowych linijek, z którymi utożsamiać będzie się spora część pokolenia 20-latków) oraz pewnie wyśmienicie sprawdzający się na koncertach „Muszę lecieć” (oczyma wyobraźni widzę ten ogień pod sceną podczas refrenu). Do tego kilka interesujących, ale niekoniecznie zmuszających do wciśnięcia replay kawałków z nieco spokojniejszym „Poznasz mnie” na czele. Bez względu na tematykę rapowanych linijek, tempo i poziom kolejnych numerów, cechą charakterystyczną płyty „Domino” jest niebywały ładunek emocjonalny. Ma się wrażenie, że każde słowo płynie prosto z serca rapera. I być może momentami jest nieco sentymentalnie, czasami zbyt osobiście, a całość ocieka smętnymi wątkami, to poprzedni solowy materiał Emena („Przedmieścia”) w stosunku do nowej produkcji pozostaje daleko w tyle.

Jennifer Lopez „A.K.A.”
(2014; Capitol)
Jennifer Lopez zrobiła wreszcie to, czego oczekiwałem od niej (nie tylko ja?) od dawna. Po kiepskich tanecznych, popowych, wręcz nijakich płytach, nagrała wreszcie materiał, który może zebrać też pochlebne recenzje (co ciekawe – wielu ich na ten moment nie ma). Album „A.K.A.”, utrzymany w klimacie szeroko pojętego R&B z domieszką popowych wpływów, to zgrabnie skrojony zestaw dźwięków, których nie powstydzą się komercyjne stacje radiowe. Niemal co drugi numer to potencjalny letni przebój, a jak wiadomo na takich zarabia się najlepiej. W Stanach Zjednoczonych szczególnie spodobają się kolaboracje z tamtejszymi raperami (Nas, T.I., French Montana, Rick Ross). W Polsce na takie duety zatwardziali chłopscy w bluzach HG i z kołczanami prawilności kręciliby nosami, za oceanem współpraca na linii raper-wokalistka to norma od lat. Osobiście jestem bardzo na tak. I chociaż takie numery, jak duszny dancefloorowy hit „Booty” z Pitbullem i następujące po sobie mniej więcej w środku płyty trzy solowe numery – „Emotions”, „So Good”, „Let It Be Me” – kłują w uszy (o ileż ta płyta byłaby lepsza bez tych czterech kawałków!), to zamykający całość, okraszony teledyskiem singiel „Same Girl” rekompensuje całe wcześniejsze muzyczne zło. Bez żartów, ponieważ na nie teraz nie pora: J.Lo z najlepszą płytą R&B tego roku. (MAK)

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Autor

moje życie w obrazkach

ostatnio popularne